wtorek, 9 sierpnia 2016

I ty możesz zostać Kleopatrą - "Pamiętniki księżniczek" ("The Royal Diaries")



Któż w dzieciństwie nie chciał być księżniczką, nosić piękne suknie, jeździć na śnieżnobiałych konikach, jeść z porcelanowych talerzyków i drżeć o swoje życie w sieci politycznych intryg, które grożą nasadzeniem żelaznej maski na twarz i wypędzeniem na kresy królestwa? Odpowiedzią na to właśnie marzenie, skryte w serduszku każdego z nas, była seria „Pamiętniki księżniczek” (czy – w oryginale – „The Royal Diaries”).

Dawno, dawno temu (u zarania XXI wieku), za górami, za lasami, za siedmioma morzami (w Ameryce) wydał ją tamtejszy hegemon literatury dziecięco-młodzieżowej – Scholastic. Seria oparta była na prostym pomyśle fikcyjnych pamiętników różnych wysoko urodzonych dziewcząt z różnych epok historycznych, niektórych dobrze znanych (jak Elżbieta I albo Katarzyna Wielka), innych nieco mniej, zwłaszcza w naszym kręgu kulturowym (jak Nzinga z Ndongo). Wymóg młodego wieku bohaterek i powściągliwość źródeł historycznych sprawiały, że autorzy musieli czasem trochę nazmyślać, całość doprawić szczegółami na temat życia codziennego, a wydarzenia historyczne wcisnąć do epilogu. Chociaż jednak w wielu fabułach jednym z najważniejszych elementów był polityczny mariaż i spotkanie z przyszłym małżonkiem, bohaterki rzadko są przedstawione jako bezwolne pionki w dynastycznych grach. Izabela Kastylijska walczy o przetrwanie w obliczu intryg starszego brata i sama kombinuje, żeby poślubić Ferdynanda Aragońskiego. Katarzyna Wielka walczy o przetrwanie na rosyjskim dworze, wiedząc, że nie może liczyć na głupawego Piotra. Maria Antonina walczy o przetrwanie na francuskim dworze, z wysiłkiem nawiązując przyjaźń z Ludwikiem. Kazunomiya walczy o przetrwanie na japońskim dworze i o prawo do samodzielnego wyboru ukochanego. Sissi... no dobrze, ona akurat wychodzi trochę na bezwolnego pionka, bo książka opowiada głównie o jej zauroczeniu przystojnym i szarmanckim Franciszkiem Józefem, który zechciał łaskawie na nią spojrzeć. Ale i tam oprócz białych koników i porcelanowych talerzyków pojawiają się mroczniejsze akcenty w postaci strasznej teściowej i zapowiedź rozczarowania mężem, który nie jest tak idealny, jak się z początku zdawało.

Scholastic wydał w sumie 20 tomów „The Royal Diaries”, z czego w Polsce nakładem wydawnictwa „Świat Książki” ukazało się sześć: o Kleopatrze, Izabeli Kastylijskiej, Marii Antoninie, Wiktorii, Anastazji i – co dziwne – Kaiulani, księżniczce Hawajów z czasów, gdy ten piękny archipelag zagarnęli chciwi Amerykanie, by zrobić z niego terytorium zależne (co nastąpiło pod koniec XIX wieku). Mówię „co dziwne” nawet nie dlatego, że jest to tematyka dosyć odległa dla polskich dzieciaczków (w końcu poszerzać horyzonty zawsze warto), tylko dlatego, że książka o Kaiulani jest okrutnie nudna. Skłonność do teorii spiskowych każe mi przypuszczać, że może właśnie z racji wypełniającej ją nudy „Kaiulani” była tańsza do odkupienia od Scholastic i dlatego „Świat Książki” wydał właśnie ją zamiast znakomitej „Elżbiety I”.


Jeśli to miały być przeprosiny dla Hawajczyków za zaanektowanie ich państwa, to wypadły miernie.


Tu niestety trzeba powiedzieć o wadach tej serii. Zdarza się – nawet dość często – adaptacja treści do współczesnych wartości: oto Kleopatra boleje nad smutnym losem niewolników, a najlepsza przyjaciółka Izabeli – tej samej Izabeli, która wypędziła Żydów z Hiszpanii i popierała inkwizycję – pochodzi z rodziny conversos, czyli traktowanych bardzo podejrzliwie żydowskich konwertytów. Zdarzają się różne bzdurki: autorka „Eleonory Akwitańskiej” wydaje się sądzić, że rycerze nosili zbroje turniejowe 24 godziny na dobę (może mieli je nawet chirurgicznie przymocowane do ciała), opisuje bowiem, jak to jeden z nich wybrał się na przechadzkę, wpadł do strumienia i utopił się z powodu ciężkiego pancerza. Zdarzają się uproszczenia i kontrowersyjne sądy: Katarzyna Wielka w epilogu przedstawiona jest jako oświecona patronka kultury i filozofii, a o rozbiorach Polski nie napomyka się nawet słóweczkiem. Zdarza się wreszcie powielanie w co najmniej połowie tomów stereotypu zuchowatej księżniczki, co to od ręcznych robótek woli jazdę konną. 

Jaki słodki piesio! Rozbiory? Jakie rozbiory?

Ale są też rzeczy po prostu wyborne – Maria Antonina zagubiona w dusznej atmosferze intryg i etykiety, Elżbieta żebrząca miłości kapryśnego ojca, sprytna Kazunomiya pisząca zaszyfrowane haiku.
 
Z dwudziestu tomów znam na razie jedenaście, choć mam nadzieję uzupełnić ten brak (między innymi o Nzingę z Ndongo), bo Scholastic ostatnio zaczął wydawać „The Royal Diaries” w formie e-booków. Już teraz jednak ośmielę się stwierdzić, że jest to seria naprawdę solidnie napisanych książek, w przystępny sposób przybliżających różne wydarzenia historyczne i nienachalnie podkreślających rolę, jaką odegrały w nich kobiety. Naprawdę wielka szkoda, że po polsku ukazało się ich zaledwie sześć.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Koło Czasu toczy się powoli – "The Wheel of Time", pierwsze cztery tomy (Robert Jordan)



Po pierwszych czterech tomach "Koło Czasu" nie jest serią, którą mogę z czystym sumieniem polecić. Nie chodzi o to, by było złe – w znanych mi do tej pory tomach chyba jeszcze nie wykwitły z całą mocą przywary, za które jest często krytykowane, a mianowicie irytująco wszechmogący bohaterowie i niemrawo posuwająca się fabuła, grzęznąca w trzęsawisku niezliczonych i nieciekawych wątków.

Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ilustrator uznał, że najciekawszym tematem na okładkę będzie "Kolacja na prerii".
 
Skoro nie o to chodzi, to o co? Trzeba chyba zacząć od początku.
"Koło Czasu" to jeden z czołowych przedstawicieli amerykańskiej fantastyki. Opowiada – ogólnie rzecz biorąc – o walce Dobra ze Złem, które właśnie się budzi z wieloletniego uśpienia. Z otchłani zapomnienia powracają spaczone potwory. Powracają legendy i wielkie moce. Powraca Smok, odrodzony w postaci niczego nieświadomego pastuszka™, który ma stoczyć Ostatnią Bitwę z Wielkim Złem. Jego przyjaciele o równie skromnym jak on pochodzeniu też odkrywają lub rozwijają różne fantastyczne umiejętności i wkraczają w wielki świat politycznych intryg i pradawnych potęg, spotykając legendarne istoty i poznając nowe krainy, niebezpieczne i cudowne zarazem.



Prawda, nie można powiedzieć, by były to książki głębokie z psychologicznego czy filozoficznego punktu widzenia. Podział na dobrych i złych jest równie łopatologiczny jak w "Dwóch królowych" Kraszewskiego. "Koło Czasu" ma jednak do zaoferowania przyjemne krajobrazy, dobre sceny akcji i znakomite opisy uczuć towarzyszących korzystaniu z magii, a poza tym bogaty świat o sięgającej daleko wstecz historii, kryjącej niejedną tajemnicę.

Tu jednak zaczynają się prawdziwe problemy: otóż żeby w pełni odczuć głębię tego świata, trzeba dobrnąć aż do czwartego tomu. Jest on moim zdaniem najlepszy z dotychczasowych, z najciekawszą fabułą i zgoła fascynującym przedstawieniem kultury Aielów - pustynnych wojowników o zaskakującej przeszłości. Niestety, większość postaci wciąż wykazuje cechy charakterystyczne dla dzieci z trzeciej klasy podstawówki: wszyscy mężczyźni narzekają na to, że kobiety są takie dziwne i tajemnicze, a kobiety wiecznie zrzędzą, że mężczyźni są głupi i myślą mięśniami. Ale za to główny bohater (pastuszek-mesjasz™) zaczyna przejawiać coraz więcej cech osobowości, do tej pory zarysowanej raczej blado. Zakończenie jest logiczne i wyważone, czego w niektórych poprzednich tomach brakowało – akcja, tocząca się przez większość książki dosyć statecznie, na ostatnich stronach gwałtownie przyspieszała, co stanowiło pewien dysonans. Czwarty tom jest z pierwszych czterech najlepszy – i to właśnie stanowi problem. Bo żeby do niego dotrzeć, żeby w pełni docenić jego treść, trzeba przebrnąć przez trzy poprzednie, z których można by robić koturny dla aktorów w starożytnej Grecji. 

Więcej miejsca na obrazki! To dopiero fucha dla ilustratora.

 W dodatku sztampa, banał i powszechne w fantastyce stereotypy, w czwartym tomie już mniej liczne, w pierwszym hasają na wolności: jak można traktować poważnie książkę, w której spokojną wioskę (w niczym nieprzypominającą Shire, rzecz jasna) atakują stwory zwane wdzięcznie Trollokami oraz czarni jeźdźcy bez twarzy. W dodatku jedna z postaci to czarnowłosy i tajemniczy następca tronu krainy u bram pseudo-Mordoru. Toż to jakieś tanie popłuczyny po Tolkienie. Wprawdzie nieźle napisane i bezbolesne, ale jednak popłuczyny. Mętny przybrzeżny szlam, przez który trzeba się przebić, żeby wypłynąć na wody czystsze i bardziej burzliwe.


A historia na czwartym tomie wcale się nie kończy. Właściwie dla Jordana nie skończyła się nigdy, bo umarł, zanim doprowadził swoich bohaterów do mety, i kto inny (Brandon Sanderson) musiał ostatnie tomy napisać za niego. Dlatego groźne są długie serie i strach budzą we mnie grube książki, i niepokój każe mi ostrzec tego, kto bierze do ręki "Koło Czasu": uważaj, bo droga ta jest kręta i wyboista, i bardzo, bardzo długa, więc jeśli nie masz tyle czasu, co ja na swoim wygnaniu, dobrze się zastanów, na co chcesz go wykorzystać.

piątek, 5 sierpnia 2016

Korsykańskie gorące głowy - "Vendetta" (Balzac)


Dobra passa nie mogła trwać długo. Po uroczej love story w "Sakiewce" nadeszła pora na ponurą i złowrogą "Vendettę".

Tym razem do Paryża przybywa wraz z żoną i dziesięcioletnią córką Korsykańczyk Bartholomeo di Piombo. Z racji swej przynależności etnicznej jest to człek dumny, porywczy i pamiętliwy. Z ojczystej wyspy uszedł po wyrżnięciu całej rodziny Porta w zemście za to, że rodzina Porta z kolei wyrżnęła jego synów. Zrobił to zresztą z niesłychaną klasą – oszczędził tylko małego chłopca, którego przywiązał do łóżka, a następnie podpalił dom. Tak, tak, oto gorąca korsykańska krew – kiwa głową narrator. Na szczęście dla di Piomba Korsykańczykiem jest też Napoleon i dzięki jego łasce srogi mściciel może spokojnie osiąść w Paryżu.

Piętnaście lat poźniej Napoleon przegrywa pod Waterloo. Ginevra di Piombo, która uczy się malarstwa u słynnego Servina, jako córka znanego sympatyka cesarza musi znosić pewne nieprzyjemności – motywowane niby to poglądami politycznymi, ale też zwykłą zawiścią – ze strony innych uczennic. Zbiorowisko dziewcząt to – umówmy się – kłębowisko żmijek, intryg i grup wpływu. Ginevra mało jednak o to dba, ponieważ jest zakochana.

Jej wybranek Luigi posiada rozliczne zalety. Po pierwsze jest przystojny. Po drugie jest ranny. Po trzecie jest patriotą – żołnierzem wiernym Napoleonowi, teraz poszukiwanym przez władze. Po czwarte, ukrywa się w komórce u malarza Servina, gdzie Ginevra może go wygodnie podglądać. Po piąte wreszcie – jest, jak Ginevra, Korsykańczykiem. Idealny kandydat na męża, jednym słowem.

Luigi jako Młody Bóg podglądany w komórce (Źródło)
 Stary di Piombo na pierwszą wzmiankę o nim wpada w histerię, domagając się zaciekle, by córka nie opuszczała go dla jakiegoś, tfu, młodzianka. Sam jednak wychował Ginevrę tak, by była równie uparta i gwałtowna jak on. Dziewczyna zatem nie ustępuje, i to nawet kiedy na jaw wychodzi wielki grzech Luigiego, wina nie do zmazania i nie do przebaczenia.

Luigi jest mianowicie tamtym chłopcem, którego Bartholomeo di Piombo przywiązał do łóżka w płonącym domu. Jest potomkiem znienawidzonej rodziny Porta.
Wbrew woli despotycznego di Piomba Ginevra i Luigi biorą smutny ślub, pozbawiony splendoru, jaki daje udział szczęśliwej rodziny. Reszta opowiadania to rozdzierający serce opis coraz głębszego osuwania się w ubóstwa dwojga osamotnionych małżonków. Szczęście, że ich uczucie wytrzymuje tę próbę do samego końca – dzięki temu ślozy, które leje obficie czytelnik, są mimo wszystko pozbawione goryczy. Najbardziej bolesnym dramatem jest jednak rozłam między ojcem i córką. Straszliwy upór i krwiożercze zacietrzewienie Bartholomea di Piombo, który nie chce znać córki – jeszcze niedawno kochanej tak zaborczo – nieuchronnie prowadzi do tragedii. Owszem, historia miłości Luigiego i Ginevry jest wzruszająca, ale najciekawszym elementem "Vendetty", budzącym o wiele intensywniejsze emocje, jest starcie dwóch niesłychanie silnych (bo korsykańskich, mówi narrator) osobowości. Śmiało mogę powiedzieć, że ze wszystkich kobiet, którego do tej pory pojawiły się w "Komedii ludzkiej", Ginevra jest moją ulubioną: samodzielna i nieugięta, obdarzona gorącym sercem i do bólu konsekwentna. Niestety, jak mówi nam narrator, nieposłuszeństwo rodzicom i zerwanie więzi z bliskimi, pozbawienie się ich wsparcia – choćby nastąpiło z winy tychże bliskich, zaślepionych ponurą idée fixe – często kończy się smutno. 

Ale taki to już tragiczny naród, ci Korsykańczycy.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Czym, do cholery, jest kobieca wrażliwość? - "Korona śniegu i krwi" Elżbiety Cherezińskiej


Dawno żadna książka nie zmęczyła mnie jak ta. Po czterech miesiącach bitew (prawda, że dość krótkich, bo więcej niż pięć stron naraz trudno było zdzierżyć) leży oto u moich stóp – zbyt długa, przegadana, lecz wreszcie pokonana.

Po samym tytule i po niegdysiejszej akcji promocyjnej, a także po informacji na skrzydełku widać, że "Korona śniegu i krwi" była stylizowana na coś w rodzaju polskiej "Gry o tron" – stąd epatowanie brutalnością czasów rozbicia dzielnicowego, kiedy to Piastowie raz po raz porywali jeden drugiego albo wyłupywali sobie oczka. Rzecz jednak w tym, że powieść jest zdumiewająco statyczna: o większości szokujących i gwałtownych wydarzeń, takich jak bitwy, utarczki czy uprowadzenia, dowiadujemy się w obszernych, lecz przegadanych retrospekcjach albo wręcz w dialogach dwóch popijających piwko gawędziarzy. Każda doprawiona rechotem kwestia typu "A pamiętacie, jak Bolesław Rogatka musiał wyciągać własną siostrę z klasztoru, żeby wydać ją za mąż" wywoływała u mnie zgrzytanie zębów - bo o ileż ciekawsze byłoby opisanie tego wydarzenia "na żywo", z Rogatką w roli głównej.

SPOILER: "Śmierć Przemysława II" Wojciecha Gersona. Nie macie pojęcia, jak mi ulżyło, kiedy książka wreszcie dobiła do tego momentu.

 Główny wątek fabularny opiera się na dosyć taniej spiskowej teorii dziejów i rozważaniach na temat wydumanych klątw, ale i on grzęźnie w mieliznach wątków pobocznych – jeśli można w ogóle nazwać wątkami te porwane nieraz nici, które donikąd nie prowadzą. Bardzo często jakaś postać pojawia się, wydaje się przez chwilę ważna, po czym po prostu znika na kilkaset stron albo i na zawsze.

Te, które nie znikają, też nie są zbyt porywające. Główny bohater, Przemysł, książę Wielkopolski, na początku ma jeszcze jakieś cechy charakteru i dążenia, chociaż polegają głównie na wybujałej młodzieńczej ambicji. W późniejszej części książki Przemysł wyzbywa się nastoletniej porywczości, ale nie zyskuje niczego w zamian. Staje się po prostu ogólnikowo „dobrym władcą”, a wśród jego działań, które dane nam jest zobaczyć, dominuje seks z kolejnymi żonami albo z kochanką. Cóż tu się dziwić, wszak erotyka jest kolejną po przemocy znakomitą przynętą na czytelnika; szkoda jednak, że jest opisywana wybujałymi metaforami i porównaniami – te wszystkie łodzie wpływające między trzciny, żółtka wylewające się z rozbitych jajek, łapczywie pożerane dojrzałe gruszki i oczywiście miecze w ciasnych pochwach budzą najczęściej śmiech, i nie przyczyniają się bynajmniej do ożywienia historycznych postaci. Aby stworzyć ciekawych bohaterów, nie wystarczy obdarzyć ich popędem seksualnym i umiejętnością posługiwania się wulgaryzmami. Głębi bohaterom nie dodają też takie unikatowe umiejętności jak telekineza albo zwijanie się włosów w sprężynki pod wpływem złości (obydwie te zdolności posiada święta Kinga, co ma chyba dodawać jej mistycyzmu, a w rzeczywistości zmienia ją w coś pośredniego między tanią superbohaterką, kapryśnym kotkiem i Angelą z "Eragona"). 

Drażni również to, że postaci właściwie nie przechodzą jakichś ciekawszych przemian w trakcie powieści. Zdarza się utrata osobowości, jak w przypadku Przemysła albo jego pierwszej żony, ale wszyscy pozostali wydają się zamrożeni w czasie. Do tego stopnia, że osiemnastoletni Władysław Łokietek zachowuje się niemal identycznie jak w wieku lat trzynastu (kiedy to zachowywał się tak, jakby miał osiem).

To się naprawdę wydarzyło w tej książce.
 
W kilku fragmentach szwankuje logika – jak wtedy, gdy do uwięzionego w lochu Przemysła przychodzi ukradkiem jego siostra cioteczna Elżbieta, obiecując mu rychłe uwolnienie. Ostrzega przy tym, by przed swymi współwięźniami – innymi Piastami – nie zdradził jej tożsamości i udawał, że jest dziwką (oczywiście), bo nikt nie może się dowiedzieć o jej odwiedzinach. Zważywszy na to, że wie o nich z całą pewnością strażnik, który ją do tego lochu wpuścił i, co więcej, przedstawił więźniom jako „damę”, jedynym celem tej maskarady wydaje się macanie Elżbiety po tyłku przez Przemysła. Takich bzdur jest więcej, tak samo jak przyciężkiego symbolizmu, ale szkoda czasu, by się nad tym rozwodzić, bo w kolejce czeka jeszcze jedna sprawa, która kosztowała mnie wiele łez frustracji i wyrwanych włosów: animizacja herbów.

Sto osiemnaście razy (dokładnie!) w ciągu całej powieści zwierzęta herbowe postaci stają się żywymi istotami, które nie tylko się poruszają czy syczą, ale też atakują ludzi lub siebie nawzajem, ssą mleko z piersi swojej pani albo przymykają oczy z rozkoszy, kiedy ludzie bawią się w łódki i trzciny albo miecze i pochwy. Sto osiemnaście razy czytelnik zastanawia się, jak ma to rozumieć – czy metaforycznie, czy dosłownie – i czemu to ma służyć. Sto osiemnaście razy rodzi się wątpliwość, co z ludźmi, którzy w herbie mają ukośną kreskę albo drzewo. Sto osiemnaście razy moja ręka drżała, walcząc z chęcią odłożenia tej zbyt długiej i przegadanej książki.

Nie twierdzę, że wszystko jest złe. Są w „Koronie śniegu i krwi” poruszające momenty, ciekawe przemyślenia postaci, interesujące pomysły, ale jest ich jednak zbyt mało jak na siedemset stron chaotycznego i na ogół płytkiego pisania. Przepraszam, „świetnej męskiej prozy przesyconej kobiecą wrażliwością” – jak głosi komentarz redaktora „Czasu fantastyki” na skrzydełku. Co to znaczy - on sam wie.

Są lepsze powieści historyczne. Takie, które nie serwują pod przykrywką „współczesności” (krew, flaki i seksy!) niedoskonale skonstruowanej i wydumanej fabuły z papierowymi postaciami.

środa, 3 sierpnia 2016

Bona znaczy "zła" - "Dwie królowe" (Józef Ignacy Kraszewski)

Źródłem wszelkiego zła była Bona.

Tak streścić można treść tej powieści pisarza dziś już nieco zapomnianego pomimo imponującej płodności (według Wikipedii napisał 232 powieści, w tym 88 historycznych. To więcej niż niejeden z moich pająków przeczyta w ciągu całego swojego życia). Dwie królowe wymienione w tytule to właśnie Bona oraz Elżbieta, żona Zygmunta Augusta. Pierwsza z nich jest to żądna władzy Włoszka, chciwa manipulatorka i intrygantka otoczona równie plugawymi jak ona sama poplecznikami. Są wśród nich nowobogacki i rozpustny biskup Gamrat, dziki Kmita, podstępna służka Maryna i Lismanin – franciszkanin ocierający się o herezję. Jeden Opaliński przynajmniej na pierwszy rzut oka wygląda na prawego szlachcica, jednak „dopiero wpatrzywszy się w zwodnicze te rysy, dostrzedz się w nich dawała skryta przebiegłość jakaś i udanie otwartości”. Przy pomocy całej tej odrażającej menażerii Bona trzęsie całym państwem. Zygmunt Stary, król dobry i wspaniały, nie ma już niestety sił, by powstrzymywać jej niecne zapędy. Aby utrzymać władzę po jego śmierci, Bona za wszelką cenę pragnie utrzymać w swoich szponach syna, Zygmunta Augusta, któremu psuje charakter, podsuwając mu zachwycającą kochankę Dżemmę.
 
To Ona.
W drugim narożniku do walki szykuje się niewinna, czysta Elżbieta, wnuczka Jagiellonów, wprost określana wielokrotnie jako męczennica, miłująca nade wszystko swojego męża, choć on z początku traktuje ją zimno i obojętnie, zbyt zajęty Dżemmą. Po stronie Elżbiety stoi nie tylko zacny stary król, ale i biskup Maciejowski, obdarzony szlachetną postawą i znakomitym gustem, a także inne znakomitości o prawych rysach i uczciwym spojrzeniu. Ci chcą dla dobra Rzeczpospolitej uczynić z Zygmunta Augusta dzielnego władcę z dobrą małżonką u boku – a w tym celu trzeba naturalnie pokonać smoka, to jest Bonę.

Jak widać, Kraszewski kreśli postaci dosyć grubą kreską, a poszczególne stronnictwa polityczne łączy z konkretnymi wartościami moralnymi (lub ich brakiem). Brzemię całego zła spoczywa na Bonie, do tego stopnia, że Zygmuntowi Augustowi nie ma się tak naprawdę za złe się ani niestałości w uczuciach (przed Dżemmą miał już niejedną kochankę, a i nią szybko się nudzi), ani ogólnej nieruchawości i obojętności na sprawy państwa. Cały niedostatek męstwa u niego jest przecież winą szatańskich machinacji Bony. Zostaje rozgrzeszony nawet ze swojego chłodnego stosunku do żony – w interpretacji Kraszewskiego Zygmunta Augusta bardzo szybko ujmuje doskonała dobroć i cierpliwość Elżbiety, lecz ukrywa on swoją czułość dla niej, by rozeźlona Bona nie wywarła na niej pomsty. I choć pod koniec powieści August nieco się ożywia i zaczyna działać więcej na własny rachunek, to przez większość książki panuje kuriozalna sytuacja, w której aż trzy kobiety (Bona, Dżemma i Elżbieta) walczą o względy dosyć ospałego młodzieńca.

Wśród tylu postaci nakreślonych z subtelnością godną najstarszych komiksów wyróżnia się Petrek Dudycz, pozbawiony gustu i urody dorobkiewicz, który pragnie poślubić Dżemmę – trochę safanduła, a trochę uparciuch, pojmujący intrygi dworskie tylko o tyle, o ile sam służy w nich za pionka. Niby mało ma sympatycznych cech, a jednak budzi raczej współczucie niż odrazę, i jest chyba najbardziej niejednoznaczną postacią w „Dwóch królowych”.
 
Mimo nieco naiwnych uproszczeń książka nie jest zła – akcja, choć niespieszna, toczy się płynnie, równym tempem zmierzając wzdłuż wytyczonego szlaku do samego końca. Zdarzają się dłużyzny i fragmenty, w których narrator powtarza coś, co już wcześniej powiedział, ale równoważy to barwność opisów. Nawet charakterystyki podłych sojuszników Bony bywają ujmujące – może właśnie dzięki swojej niczym nierozcieńczonej jaskrawości.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Historia nigdy się nie kończy - "Bolesław Chrobry" (Antoni Gołubiew)

Bardzo trudno jest pisać o książce, którą się lubi. O wiele łatwiej jest pastwić się nad gniotem, w kąśliwy i mniej lub bardziej dowcipny sposób wywlekając na jaw wszystkie jego uchybienia i nie przejmując się spoilerami.

Łatwo jest przyrządzić ze złej książki gorzką pigułkę skondensowanego chłamu, aby zniechęcić potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po bubel, który recenzję zainspirował. O wiele gorzej jest coś skutecznie polecić, szczególnie kiedy to coś ma – jak „Bolesław Chrobry” – sześć solidnych tomów, wypełnionych tłumem postaci i w dodatku potraktowanych srogą dawką archaizacji językowej. Nie mówiąc już o lekkim osłupieniu, kiedy dowiadujemy się, że tych sześć tomów i tak nie wystarczyło Gołubiewowi, żeby doczłapać do koronacji Bolesława, tak że fabuła zatrzymuje się w okolicach roku 1008.

W pierwotnym zamyśle ostatni tom miał nosić tytuł "Korona". To było zanim powieść się tak niepowstrzymanie rozrosła. Ale projektu okładki za dużo nie trzeba było zmieniać, jak się okazuje.

 „Bolesław Chrobry” jako powieść, i to w szczególności powieść historyczna, ma jednak dla mnie dwa główne powaby. Pierwszym jest bogactwo opisów – przyrody, ludzi, dopiero co budowanych grodów, lecz także zachowań i codziennych czynności. Ta dbałość o szczegóły nie przeradza się jednak w bezmyślne serialowe przytaczanie każdego gestu i błahego słowa, ponieważ opisywane z taką uwagą detale zawsze mają znaczenie dla bohaterów. Czasem jest to znaczenie praktyczne, czasem emocjonalne, zawsze jednak na pierwszym planie jest człowiek i jego konkretne położenie. „Bolesława Chrobrego” przesyca nie zwykły mechaniczny realizm, ale nadzwyczaj żywa obrazowość, która ukazuje nie tylko suche historyczne fakty i nawet nie warunki życia na ziemiach polskich na przełomie X i XI wieku, ale umysłowość i stan ducha żyjących wtedy ludzi.

Właśnie, ludzie. Drugą ogromną zaletą „Bolesława Chrobrego” są postaci, niezliczone postaci, wśród których sam Bolesław jest tylko drobiną. Bohaterowie cyklu tworzą misterną mozaikę, a każdy z nich ma swoją własną historię, w pewnym sensie wcale nie mniej ważną niż budowanie państwa polskiego przez Bolesława. Każdy jest ważny, każdy zasługuje na to, by pochylić się nad jego życiem – czy jest to święty Wojciech, czy Kłąb, który z kmiecia stał się wojem, czy Latorosłka unieszczęśliwiona małżeństwem ze znienawidzonym intrygantem Zefridem, czy Zefrid właśnie, który w życiu od zawsze stykał się tylko z cudzą odrazą. Są wygnańcy, tajni agenci, księżne, mordercy, misjonarze, kalecy, rzemieślnicy, karczmarze i kmiecie, są ludzie z grodów, z polan i z chat zagubionych pośród gęstwiny, są ludzie uwiecznieni w kronikach i tacy, o których pamięć na zawsze zaginęła. I każdy z nich ma swój udział w tkaniu tej wspaniałej materii o niemożliwym do przeniknięcia wzorze, jaką jest historia.
 
Przyznaję, nie zawsze jest to lektura lekka i łatwa. Tekst jest często bardzo gęsty i wymaga skupienia. Ogromna liczba postaci i wątków jest właśnie powodem, dla którego fabuła nie dociera do roku 1025 – struktura powieści rozrosła się tak bardzo, że autor nie był w stanie dłużej nad nią panować i zakończył ją trochę in medias res. Za to jednak również podziwiam Gołubiewa: że miał odwagę przyznać, że pełne zamknięcie stworzonej przez niego opowieści jest już po prostu niemożliwe, i nie mnożył kolejnych, coraz obszerniejszych tomów o coraz bardziej rozdrobnionej strukturze, na które w dodatku trzeba by było czekać długie lata, ciągle lękając się, że pisarz zemrze, nim ukończy swoje dzieło (jak to na przykład z wdziękiem uczynił na przykład Robert Jordan). „Bolesław Chrobry” pozostaje do końca przemyślaną konstrukcją o ogromnej wartości poznawczej, zarówno z historycznego (chociaż nowsze badania przeczą niektórym przedstawionym w powieści zjawiskom), jak i psychologicznego punktu widzenia. Owszem, lektura wymaga czasu – ale będzie to czas dobrze wykorzystany.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Pomnik Cesarzowej Achai – tom I (Andrzej Ziemiański)

(Pierwsze wrażenia - z około jednej czwartej książki - można przeczytać tutaj).

Po przebrnięciu przez cały pierwszy tom nie znajduję i, co więcej, nie chcę znaleźć w tej podróbce literatury nic, co zasługiwałoby na uznanie – może oprócz tego, że pod jej wpływem zaczyna się doceniać wszystkie inne przeczytane w życiu książki, i każda kolejna jest jak łyk świeżego, pachnącego lasem powietrza po długich miesiącach spędzonych w dławiącym się smogiem mieście.

W tej książce nic nie ma sensu.

Nie ma sensu konstrukcja świata. Nie chodzi mi tu o istnienie alternatywnej, mocarstwowej wersji Polski na północnej półkuli planety, oddzielonej od krain występujących we wcześniejszej serii "Achaja" nieprzebytym pasmem górskim na równiku. Pomysł jak pomysł, nawet najlepszy jest jedynie ziarnem, które należy pielęgnować, by wskiełkowało w zdrową i użyteczną roślinę. W "Pomniku cesarzowej Achai" z ziarna wyrasta coś na kształt barszczu Sosnowskiego, który pleni się na kilkuset stronach, zawsze tak samo szkodliwy. Nie poznajemy choćby w zarysie alternatywnej historii tej alternatywnej Polski  – jak do tego doszło, że stała się mocarstwem, jakie są stosunki polityczne w alternatywnej Europie, czy doszło tam do takich wydarzeń historycznych jak pierwsza wojna światowa, rewolucja w Rosji i epidemia hiszpanki (choć to ostatnie chyba nie, sądząc po tym, z jakim lekceważeniem jeden z bohaterów wypowiada się o grypie), czy rozwinął się kolonializm  – ba, w tej grubej przecież książce próżno by szukać chociażby informacji, jak wygląda geografia tej alternatywnej Ziemi. Czy są to wszystkie ziemskie kontynenty stłoczone na jednej półkuli? Czy w takim razie wszystko jest dwa razy mniejsze? A może planeta jest dwa razy większa od Ziemi? Co ze strefami klimatycznymi w sytuacji, w której Sahara nie jest już na zwrotniku, a lasy równikowe nie istnieją? W której części świata uprawia się kakao (z jakiejś przyczyny nieznane na południowej półkuli)?

Południowa część planety, czyli ta „fantastyczna”, znana z "Achai", nie jest zresztą lepsza. Przez tysiąc lat, które upłynęły od zakończenia poprzedniej serii, nie doszło tam do jakiegokolwiek postępu ideologicznego czy technologicznego. Wojsko dalej posługuje się jednostrzałowymi karabinami ładowanymi od przodu. W niektórych dziedzinach nastąpiła nawet, rzec by można, degradacja: najwyraźniej zapomniano tajemnicę destylacji alkoholowej, ponieważ rany zalewa się już nie wódką, lecz „zagęszczonym winem” – choć trudno stwierdzić, czym jest to cudo i jak się je otrzymuje. Więcej nawet – od tysiąca lat wojsko imperium walczy z tym samym wrogiem, ukrytymi w lesie „potworami” (tymi samymi co w "Achai", godny podziwu brak recyklingu pomysłów) i nie jest w stanie wymyślić znośnej taktyki przeciwko ich tajnej broni i pomysłowym metodom ataku, które zostały już doskonale poznane w poprzedniej serii.

Postaci rzucone w ten bezsensowny świat też nie mają sensu. Kai jest czarownicą, która nie czaruje, bo magia w tym świecie jest równie przemyślana, ciekawa i przydatna co skutek eksperymentu z wielogodzinnym namaczaniem rolki papieru toaletowego. Życiorys Kai zmienia się równie nieprzewidywalnie co jej osobowość, a sama dziewczyna przez większość książki służy wyłącznie za przychylne niewieście ucho wysłuchujące kolejnych mężczyzn, którzy upajają się własnym głosem. Jednym z tych mężczyzn jest Tomaszewski, oficer wywiadu marynarki, który z kolei służy za wielką i nieustannie ględzącą paszczę. Nie posiada żadnych szczególnych umiejętności poza udawaniem, że coś robi. Nudzi się właściwie non stop, chyba że jest akurat gapi się na młodocianą Kai i porównuje ją z równie pociągającą inżynier Wyszyńską (kontrastu między nimi właściwie nie ma, bo pani inżynier też najbardziej pociągająca jest wtedy, kiedy udaje lolitkę). Oprócz tego Tomaszewski przez bite cztery akapity potrafi płakać, że już nie produkują jego ulubionej radioaktywnej pasty do zębów, oraz skrzywić się męczeńsko, kiedy ktoś oczekuje od niego, że jako oficer wywiadu potrafi posługiwać się radiostacją. Trzecią postacią jest młoda żołnierka Shen, która ma trochę więcej osobowości i sensu niż dwie pierwsze. Ma też najlepszą przyjaciółkę, która wbrew jej woli zaciąga ją do burdelu („nic ci nie zrobią, jak nie będziesz chciała... ale ty nie wiesz, czego chcesz, a czego nie, więc panie prostytutku, proszę zdjąć z niej ubrania!”. Siła przyjaźni!).

Niestety, Shen należy do wojsk specjalnych, w których też sensu jest tyle, co kot napłakał. Nie wiadomo, na czym ma polegać specjalność tych wojsk. Najpierw wciska się nam kit, że na "koleżeństwie" i braku tyrańskiej hierarchii, co nie znajduje potwierdzenia w tekście. Potem następuje rewelacja, że wojska specjalne to takie wojska wewnętrzne, które mają chronić władcę na wypadek buntu reszty armii. Fajny pomysł, tyle że w takim razie powinny po pierwsze siedzieć w pobliżu pałacu, a po drugie - być uwarunkowane na fanatyczne oddanie cesarzowej. A nie są. Rzuca się je normalnie do walki na bagna, gdzie nie robią nawet za wspaniałych zwiadowców czy supersprawnych komandosów, tylko maszerują ze zwykłymi oddziałami liniowymi, stosując nieprzystosowaną do terenu taktykę. Teren to też jakaś kpina - najpierw przekonuje się nas, że jest to grząskie bagno i pierwotna puszcza, a za parędziesiąt stron mamy tam głęboki i rwący strumień. Więcej nawet: w tej pierwotnej puszczy wojska natykają się na splądrowaną przez potwory wieś. Władze ponoć specjalnie zachęcały osadników do osiedlenia się w bagnistych ostępach, bo pomoc w karczowaniu zawsze się przyda. Nie wiem, czy Ziemiański wie, ile roboty wymaga wykarczowanie pierwotnej puszczy i osuszenie bagna na tyle, by dało się na nim coś uprawia. Nie wiem, czy zdaje sobie sprawę, ile trzeba czasu, żeby taka osada stała się samowystarczalna - i że przez ten czas trzeba zapewnić osadnikom wyżywienie. Jednym słowem, inwestycja jest bez sensu, szczególnie że władze najwyraźniej zakładają, że i tak osada zostanie zniszczona przez potwory na grubo przed tym, zanim zacznie przynosić dochody. No, ale - jak z powagą informuje nas książka - tak naprawdę splądrowana wieś służy głównie do tego, by przeprowadzić przez nią wojsko i wzbudzić nienawiść do potworów, w ten sposób podnosząc morale. Podsumujmy: wojsko, które nie ma sensu, idzie przez teren, który nie ma sensu, poddawane jest bezsensownym zabiegom motywacyjnym i prowadzi bezsensowne działania wojenne. Wyborne.

Fabuła... Fabuła też nie ma sensu. Fabuła przypomina kiełbasę za dwa złote, zawierającą znikome ilości mięsa i napompowaną do granic przyzwoitości zwykłą wodą. Ziemiański mnoży zbędne postaci, poświęca sporo miejsca dialogom w rodzaju „znakomita kawa, milordzie” – „prawda? świeżo parzona”, każdą sytuację rozciąga na madejowym łożu. Większość sytuacji zresztą – szczególnie tych, które dzieją się w kontekście wojskowym i przeciwstawiają dowództwo zwykłym żołnierzom – przypomina starcia w stadzie pawianów, bo mniej więcej pawianią inteligencją wykazują się ich uczestnicy. Typowy problem można porównać do sytuacji, w której tłum ludzi bezskutecznie próbuje otworzyć drzwi, pchając je z całej siły - aż przychodzi ktoś, kto drzwi ciągnie i otwiera je natychmiast, i natychmiast zyskuje sobie tytuł geniusza. Książka staje się nieco ciekawsza, jeśli odczytywać ją jako wstęp do „Planety małp”, ukazujący intelektualną i społeczną degradację gatunku ludzkiego.

Duża, rozdziawiona paszcza, zdatna do ględzenia. Wszystkie warunki, by być postacią u Ziemiańskiego, spełnione. (Źródło obrazka)


Całą pierwszą ćwierć książki można by spokojnie zredukować to jednego zwięzłego rozdziału. Szczytem wszystkiego jest postać filozofa, który pojawia się znienacka, nie podaje swojego imienia i przez kilkadziesiąt stron uprawia mało sensowne ględzenie na użytek zasłuchanej Kai. (Oto jeden z przykładów: według opowieści pewien statek został zaatakowany przez krakena. Żołnierze rzucili się na niego z siekierami. Ale przecież na każdym statku jest tylko jedna siekiera! Ergo, opowieść kłamie. Ergo, krakeny nie istnieją, CBDU). Filozof jest wkurzający, ale wydaje się, że odegra jakąś ważniejszą rolę jako przyjaciel Kai. Tymczasem w jednej czwartej książki filozof znika bez śladu. Kai, która darzyła go rzekomo sympatią, nie napomyka o nim ani słóweczkiem, czy to na głos, czy w myślach. Być może zbyt jest zajęta perorami Tomaszewskiego. Bezsens postaci filozofa, który nie wnosi do fabuły absolutnie nic, oraz ogólna rozwlekłość początku książki każą mi wysnuć teorię spiskową, zgodnie z którą początek ten został napisany już po ukończeniu całej reszty powieści, żeby ją sztucznie wydłużyć. No, chyba że filozof miał po prostu być przypadkowym NPC-em na jedną krótką scenkę, lecz niepowstrzymanie rozrósł się do nieprzewidzianych rozmiarów, aby później implodować z powodu wypełniającej go próżni.

Sceny walki są jednymi z najgorszych, na jakie można się natknąć w literaturze: chaotyczne i srodze przegadane, pełne sprzeczności i niespójności, a przede wszystkim nudne. Przeciwnicy są pozbawieni twarzy i charakteru, dowódcy podejmują idiotyczne, iście pawianie decyzje (zawsze zgodnie z Regulaminem – które to słowo pojawia się w książce chyba więcej razy niż sakramentalne słowo na „k”, a to spory wyczyn), a teren zmienia się w mgnieniu oka. Ukoronowaniem tego kunsztu opisów batalistycznych jest bitwa, którą Tomaszewski słyszy z oddali, samemu jeżdżąc po okolicy czołgiem i świetnie się bawiąc. Potem przypadkiem znajduje się w tym samym pomieszczeniu, w którym zostaje wydany rozkaz ataku gazowego i oto – z niewiadomych przyczyn – Tomaszewski jest traktowany tak, jakby to on ten rozkaz wydał. Ba, oddział stereotypów – Tatarów genetycznie uwarunkowanych na gwałcenie wszystkiego, co się rusza – nadaje mu przydomek Wielkiego Tatara (chociaż może mają na myśli, że jest czerwony, surowy i ma zbite jajko – wtedy miałoby to więcej sensu).

Na wygnaniu nie mam niestety przyjemności znać żadnego Tatara, ale żeby spróbować jakoś wynagrodzić im obrazę, jaką jest umieszczenie ich w "Pomniku cesarzowej Achai", wstawię tu zdjęcie meczetu w Kruszynianach.


A propos gwałcących Tatarów: nie można nie wspomnieć również o szalejącym seksizmie, niesmacznych żartach o gwałtach („jesteś taka ładna, że bym cię zgwałcił”) oraz wywołujących mdłości rysunkach. Prawda, nie ma już kretyńskich mundurów w postaci minispódniczek, które zdominowały „Achaję”, ale za to dostajemy co najmniej pięć ilustracje dziewczyn z wyeksponowanymi sutkami (obnażonymi lub szokująco sterczącymi przez ubranie), z czego jedna przedstawia nagą żołnierkę, która zostanie zaraz zostanie rozstrzelana za dezercję, druga – żołnierkę najeżoną strzałami wrogów, trzecia – żołnierkę wiszącą na drzewie i pozbawioną nóg, czwarta – żołnierkę, która musiała biegać wokół drzewa, owijając pień własnymi jelitami, aż padła, eksponując obnażoną pierś na użytek widza, zaś piąta – żołnierkę poprzerastaną na wylot morderczym pnączem. Mniam mniam, nie ma to jak seksualizacja trupów i umierających. To dopiero klasa.

Cycek! Tyłek! Szczęście!

Milczeniem pominę fakt, że słowo „żołnierka”, którego nagminnie używam w tej recenzji, nie istnieje w słowniku Ziemiańskiego, mimo że cała armia u niego składa się z kobiet. Stąd co drugie zdanie to gramatyczne monstrum w rodzaju „Saperzy zrobiły” albo „żołnierze pomyślały”.
 
Oczywiście, powie ktoś, że „Pomnik cesarzowej Achai” nie jest ambitną literaturą i jako taki nie musi być dobry. Że to takie pulp fiction, przyjemne czytadło. Tylko że ono nie jest przyjemne. Ziemiański jak gdyby nie mógł się zdecydować, czy pisze coś lekkiego i śmiesznego (przynajmniej według swojego poczucia humoru), czy coś głębokiego, brutalnego i mądrego. Efektem jest niestrawna mieszanina chaotycznej akcji i pseudofilozoficznego ględzenia. Akcja – główny element każdego czytadła – tonie w odmętach słowotoku. Szyte grubymi nićmi intrygi i zagadki, nad którymi można by spodziewać się tabliczki z napisem „Uwaga! Tu jest zagadka!”, a które nie zostają nijak rozwiązane do samego końca liczącego kilkaset stron tomu, nie zachęcają bynajmniej do sięgnięcia po następne. O ile „Achaja” była tak zła, że chwilami aż śmieszna, to tu jest już tylko nędza i rozpacz. Kiełbasa za dwa złote i barszcz Sosnowskiego.