Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balzac. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balzac. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2016

Lancelot po polsku - "Fałszywa kochanka" Balzaca



Mając za sobą wnikliwe analizy tysiącstronicowych powieści z tezą napisanych przez osoby popierające pedofilię, mogę wreszcie podumać chwilę nad innymi rzeczami przeczytanymi w ostatnim miesiącu.

W „Fałszywej kochance” mój nasiąknięty legendą arturiańską umysł zaraz zaczął doszukiwać się podobieństw do trójkąta miłosnego Artur-Ginewra-Lancelot: najlepszy przyjaciel i ktoś w rodzaju majordomusa hrabiego Łagińskiego zakochuje się w jego żonie, a i ona – jak się przynajmniej przez pewien czas wydaje – nie traktuje go obojętnie. Hrabia pozostaje przy tym w błogiej nieświadomości uczuć, jakie płoną w jego totumfackim, wierząc bezgranicznie w jego lojalność.

Nie ma zresztą powodów, by w nią nie wierzyć. Tadeusz Pac – czy też, jak napisał sam Balzac, Thaddée Paz – nie jest bowiem mimo wszystko Lancelotem. Taka jest w nim prawość i szlachetność – a w pewnym sensie również lęk przed poddaniem się uczuciu i słabość – że zrobi wszystko, byle tylko nie sprzeniewierzyć się przyjacielowi. Postanawia więc zohydzić się w oczach ukochanej i udaje, że ma romans z artystką cyrkową: płytką i interesowną, choć niepozbawioną pewnego czaru Malagą, opisaną przez Balzaca z wielkim humorem.

Pac poświęca więc własne dobre imię i wszelkie szanse na szczęście. Paradoksalnie, im bardziej stara się odciąć od ukochanej, tym bardziej koncentruje się wyłącznie na niej. Wydaje się, że wreszcie się od niej odcina, kiedy obwieszcza, że wyjeżdża do Rosji – wkrótce jednak okazuje się, że tak naprawdę zapuścił korzonki w Paryżu, by z ukrycia strzec ukochanej hrabiny. W ten sposób Pac staje się wzorem ofiarnego, wiernego polipa, który wielbi obiekt swych uczuć z daleka, nie oczekując niczego w zamian. Właściwie nawet boi się, że jego żądze mogłyby zostać spełnione – o wiele bezpieczniej jest pławić się w swoim cierpieniu.

„Fałszywa kochanka” byłaby tylko sentymentalną, słodko-gorzką, choć przyjemną powiastką, gdyby nie dwie rzeczy. Pierwszą jest postać hrabiny, która nie jest ani bezwolnym ptaszęciem, ani femme fatale, tylko osobą zdecydowaną radzić sobie samodzielnie w życiu, bez polegania na uległym mężu ani skompromitowanym Pacu.

Drugą rzeczą są wyborne bon-moty Balzaca na temat Polaków. Jak się można domyślić po nazwiskach, zarówno hrabia Łagiński, jak i Pac (który zresztą też ma tytuł hrabiego) należą do tej zacnej nacji, której przedstawiciele obdarzeni są gorącymi i szczerymi sercami, a każdy z nich ma się za wielkiego pana. I Łagiński, i Pac brali udział w powstaniu, przy czym Pac bił się jak Polak, jak patriota, jak człowiek, który nie ma nic, miał zatem trzy doskonałe powody do walki. Ogólnie rzecz biorąc – mówi Balzac – istnieją dwa rodzaje Polaków, tak jak istnieją dwa rodzaje Angielek: Angielki są albo zachwycająco piękne, to potwornie szpetne; hrabia Adam niestety należy do tej drugiej kategorii.

Polacy noszą też te wszystkie trudne do zapisania i wymówienia nazwiska: Sapiéha, Radzivill, Cartoriski, Leczinski, a sam hrabia Adam nosi drugie imię Mitgislas. „Niech nam będzie wolno” – pisze Balzac – „pisać imiona polskie tak, jak się je wymawia, by oszczędzić czytelnikom widoku fortyfikacji spółgłosek, jakimi słowiańska mowa osłania swoje samogłoski, zapewne po to, by ich nie utracić, zważywszy na ich już i tak niewielką liczbę”.

W istocie, mało jest rzeczy równie uroczych co balzakowski dowcip.

piątek, 16 września 2016

Amor, Psyche i Megiera - "Podwójna rodzina" (Balzac)



„Podwójna rodzina” to podwójna historia – o bardzo ciekawej, epizodycznej konstrukcji, z licznymi przeskokami w czasie.

Zaczyna się od Caroline, młodej szwaczki, która razem z matką mieszka w ciemnym mieszkanku. Odgrodzona od ulicy kratą, którą zdobią wątłe roślinki rosnące w skrzynce na parapecie, całe dnie pilnie pracuje, podczas gdy jej matka taksuje wzrokiem przechodniów, upatrując w nich wybranków dla córki i szans na poprawę bytu. 


Jednym z takich przechodniów jest posępny, zamożny mężczyzna, z którym Caroline przez parę miesięcy porozumiewa się wyłącznie za pomocą spojrzeń. Podziwiają się tak nawzajem w tkliwym milczeniu, by pewnego pięknego wiosennego dnia nawiązać na spacerze kontakt werbalny. Pod wpływem radosnej i żywiołowej Caroline ponury do tej pory Roger odżywa– nic więc dziwnego, że już niedługo widzimy Caroline szczęśliwą i otoczoną zbytkiem. Wyrwana z ciemnej jaskini, bezkrytycznie wielbi swojego Rogera i nie pyta go o nic, nie tylko o powody, dla których nie zaproponował jej małżeństwa (o których nie ma ochoty myśleć), lecz nawet o jego nazwisko. Lepsza jest niż Psyche dla Amora – a Roger mało się nie rozpuknie ze rozkoszy, bo w Caroline odnalazł wymarzoną kobietę, która przyjmuje go zawsze z zachwytem i czułością, chodzi z nim do teatru i rodzi rozkoszne bobasy. Ich cudzołożne szczęście trwa siedem lat – siedem lat tłustych, chciałoby się powiedzieć, bo zaraz potem przechodzimy do siedmiu lat chudych, lat przed spotkaniem z Caroline, podczas których następował rozkład małżeństwa Rogera z dewotką Angélique.

Małżeństwo to zostało zawarte po zaledwie dwóch tygodniach znajomości, z poduszczenia ojca Rogera. Sam Roger nie miał początkowo nic przeciwko, bowiem – jak mówi nam narrator – pomylił miłość z żądzą. Żądza jednak szybko wygasa, a zastępuje ją rosnące rozczarowanie. Angélique nie chodzi do teatru, bo teatr jest grzeszny – choćby sam papież mówił co innego (a mówi, bo Roger posuwa się do napisania do niego listu na ten temat). Angélique nie ma też gustu, okropnie urządza mieszkanie, a wszystko, czego się tknie, przesiąka klasztornym chłodem. O pożyciu małżeńskim od pewnego czasu nie ma mowy, a Roger coraz bardziej cierpi w poczuciu, że zmarnował sobie życie.

Zatem kiedy po siedmiu latach szczęścia z kochanką wybucha bomba – Caroline dowiaduje się o istnieniu Angélique, Angélique dowiaduje się o istnieniu Caroline – i następuje konfrontacja z żoną, Roger czuje się w pełni usprawiedliwiony. Zdrady męża winna jest zimna małżonka – nie taka, jakiej się spodziewał, niedarząca go taką ślepą, oddaną miłością, jakiej pragnął. Właściwie to ona jest niewierna, zdradzając męża z Bogiem. Wstrząśnięta Angélique, przekonana, że postępowała słusznie, dbając o zbawienie nie tylko swoje, ale i męża, obiecuje, że się zmieni. Roger odpowiada coś w guście „Frankly, my dear, I don’t give a damn”, bo już jej nie kocha, zwłaszcza że się zestarzała. Na to Angélique łzawo mówi: oj, żeby tobie kiedyś tak nie powiedziała twoja ukochana.

I jej słowa okazują się czymś w rodzaju klątwy. Znowu bowiem przeskakujemy kilka lat w przód i okazuje się, że Psyche jednak zdradziła: Caroline całe swoje żarliwe uwielbienie ofiarowała jakiemuś łotrowi. Po tym drugim bolesnym rozczarowaniu Roger jest cyniczny, rozgoryczony i martwy wewnętrznie. I wszystko skończyłoby się wielkim przygnębieniem, gdyby nie synowie – zarówno urodzony przez Caroline Charles, jak i prawy dziedzic. Tego pierwszego, popadłego w złodziejstwo, trzeba ratować – temu drugiemu trzeba udzielić dobrych rad, żeby nad wyborem żony zastanawiał się dłużej niż dwa tygodnie. Roger przekonuje się, że nie jest tak wewnętrznie martwy, jak sądził.

Postaci są jak zwykle nakreślone znakomicie, od obdarzonej rysami stręczycielki matki Caroline po knującego opata Fontanona, który zdradza Angélique prawdę o jej mężu. Balzac powtarza też zabieg, który i w poprzednich utworach dało się zauważyć, mianowicie charakteryzowanie postaci poprzez opis ich mieszkań – pełnego światła i blasku w przypadku Caroline, surowego i brzydkiego w przypadku Angélique. I chociaż Roger chwilami wychodzi na egoistę, który ma pretensje do świata, kiedy przestaje się on kręcić wokół niego, a w narracji zbyt silna jest myśl „miłość kobiety oznacza całkowite posłuszeństwo mężowi”, to „Podwójna rodzina” jest dla mnie przede wszystkim ciekawą i w sumie dosyć niejednoznaczną historią o zmienności ludzkiego losu, w której ironia przeplata się ze współczuciem.

sobota, 27 sierpnia 2016

Balzac w obrazkach dla najmłodszych – „Zgoda w małżeństwie”



„Zgoda w małżeństwie” nie jest głębokim dziełem filozoficznym ani przenikliwą krytyką społeczną. Pod pewnymi względami przypomina sztukę teatralną, a jeszcze lepiej – barokową operę. Cała akcja zamyka się w jednym wieczorze, podczas balu, w którym jak w soczewce skupia się cały blichtr i całe rozgorączkowanie epoki napoleońskiego cesarstwa. Epoki, w której wojskowi byli absztyfikantami najatrakcyjniejszymi, lecz zarazem najmniej żywotnymi, bowiem już po paru miesiącach mogli zginąć w bitwie, pozostawiając młodziutkie wdowy. Cesarstwo zaczęło się wczoraj, jutro może już go nie być, szczęście trwa tylko chwilę, więc - cytując twórczość sztambuchową - należy łapać je za ogon i dusić jak cytrynkę.

Frenetyczny pęd i łapczywe umiłowanie przepychu znajdują odbicie w miłosnych wielokątach, miłosnej rywalizacji i miłosnych zakładach, od których w „Zgodzie w małżeństwie” aż się roi. Wśród balowego zgiełku i rozedrgania wyróżnia się nieruchoma postać nikomu nieznanej piękności. Kim ona jest, dlaczego przyszła na bal i jak można ją poderwać – to tylko niektóre z pytań, jakie zadają sobie baron Martial i pułkownik Montcornet. A zagadki mnożą się niemal w oczach, bo na bal przybywają kolejne osoby, których zachowanie i wzajemne relacje trudno przeniknąć. Montcornet, kiedy zostaje przez piękną nieznajomą uprzejmie spławiony, rozpoczyna niemalże detektywistyczne śledztwo, dzięki czemu przed czytelnikiem w końcu rysuje się mniej więcej taka siatka wzajemnych zależności:



W istocie barokowa opera, w której główną siłą napędową jest pragnienie pani de Soulanges, by odzyskać męża. I to mimo że mąż ów jest w sumie indywiduum dosyć nikczemnym, które najpierw zdradza żonę, a kiedy samo zostaje zdradzone przez kochankę – panią Vaudremont, zaczyna wzdychać i jęczeć, zjadane wyrzutami sumienia, w międzyczasie zaś posępnie gra w karty. Pani de Soulanges jest zbyt dobra i prawa, żeby uknuć chytrą intrygę, na szczęście jednak ma sprytną ciotkę, która – porównywana przez nieżyczliwych do starej małpy i smoka pilnującego skarbu – jest chyba najlepszą postacią w opowiadaniu (chociaż wszystkie są zarysowane bardzo żywo i wyraziście, jak to przeważnie u Balzaca). Słuchając dobrych rad ciotki, pani de Soulanges przyszła zatem na bal, żeby zabrać pierścień z diamentem Martialowi, nowemu kochankowi kochanki jej męża. Jak pierścień miałby uratować małżeństwo Soulanges’ów? Sprawa nieco się rozjaśnia, gdy spojrzymy na poniższy wykres, przedstawiający drogę, jaką błyskotka ta przebyła, zanim w końcu (pkt 4 na wykresie) trafia do rąk pani de Soulanges:


Pani de Soulanges udaje, że miłe są jej zaloty Martiala, a gdy tylko zdobywa swój pierścień, uchodzi zwycięsko z łupem – stosownie do zdobywczego ducha tej militarnej epoki – i zanosi go mężowi jako znak przebaczenia i nieustającego uczucia. Śliski Martial jako jedyny zostaje na lodzie, tracąc i pierścień, i kochankę, kiedy pani de Vaudremont stwierdza, że lepiej postawić na sympatycznego Montcorneta. Prawdziwa miłość triumfuje nad słabością, spryt wygrywa z arogancją i na koniec wszyscy śpiewają zachwycający ansambl. Jednym słowem – przednia zabawa z wyrazistymi postaciami i znakomicie oddaną atmosferą pełnego blichtru cesarstwa.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Ludzie są podli, jeśli jeszcze tego nie wiecie - "Pani Firmiani" Balzaca



„Przedmowa do książki jest co sień do domu, z tą jednak różnicą, iż domowi być bez sieni trudno, a książka się bez przedmowy obejdzie”.

Ta cudownie cięta uwaga nie jest, niestety, moim dziełem. Napisał ją Ignacy Krasicki w przedmowie (tak, tak!) do "Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków" autorstwa Ignacego Krasickiego. Cytuję to zdanie dlatego, że sporą część "Pani Firmiani" – opowiadania bądź co bądź krótszego niż poprzednie – nazwać by można właśnie przedmową. Lub, ewentualnie, "jednym z powodów, dla których mam co do „Pani Firmiani” mieszane uczucia". Balzac zaczyna opowiadanie dosyć rozwlekłym ostrzeżeniem, że aby docenić historię, którą opisał, trzeba znać słodko-cierpki smak nostalgii, tęsknoty za czymś utraconym i ukochanym. Jedyny problem jest taki, że fabuła jest, owszem, miejscami dosyć sentymentalna - ale w moim odczuciu trudno byłoby nazwać ją melancholijną.

Ja jestem panią Firmiani, a pani Firmiani mną - rzekł Balzac (Źródło obrazka)


Właściwe opowiadanie zaczyna się od opisania tytułowej bohaterki. Ale nie w sposób prosty czy prostacki, jak w jakichś "Małych kobietkach", z kolorem włosów i ulubionym hobby. Nie - Balzac stosuje bardzo ciekawy zabieg cytowania wypowiedzi różnych typów ludzi należących do francuskiej socjety. Bardzo różne są to wypowiedzi, sprzeczne, mniej i bardziej pochlebne, niektóre podszyte umiłowaniem skandalu i filisterskim świętym oburzeniem na tę tajemniczą kobietę, której męża nikt nigdy nie widział. Plotki, pogłoski, domysły – lecz nic o prawdziwym charakterze pani Firmiani.

Jedna z tych pogłosek trafia do uszu jowialnego pana de Bourbonne, który dowiaduje się, że Octave, jego siostrzeniec i spadkobierca stracił z powodu pani Firmiani cały odziedziczony po ojcu majątek. Postanawia zatem pojechać do Paryża i zbadać sprawę na miejscu. Bardzo sympatyczny z niego człowiek, zarazem bystry i dobroduszny, i nie wystarczają mu mętne domniemania Paryżan. Osobiście konfrontuje się z panią Firmiani, próbując dociec, czy ma przed sobą niewinną i szlachetną kobietę, czy też intrygantkę i uwodzicielkę.

A pani Firmiani odpowiada na wszystko wymijająco i odprawia go z kwitkiem, pozostając równie nieprzeniknioną co na początku. Bourbonne’owi pozostało tylko jedno: odwiedzić swojego siostrzeńca, który niemalże przymiera głodem jako korepetytor. Trochę dziwne, że wuj nie zajrzał do niego w pierwszej kolejności, ale wtedy nie mielibyśmy w opowiadaniu tej niemalże kryminalnej intrygi pod hasłem "kim jest pani Firmiani". Intrygi, która po jednej rozmowie Bourbonne’a z Octave’em całkowicie się rozwiązuje.

Następuje całkowite odwrócenie sytuacji. Owszem, młodzieniec zrujnował się z powodu pani Firmiani – ale fakt ten, w którym paryska socjeta dopatrywała się nieczystych knowań podstępnej kobiety, w rzeczywistości był aktem wielkiej szlachetności. Odziedziczony majątek został bowiem zdobyty w nieuczciwej sprawie sądowej, w której ojciec Octave’a był adwokatem. Zrzec się tego plugawego bogactwa na rzecz ubogich poszkodowanych – oto, do czego nakłoniła Octave’a pani Firmiani, która chciała, by mężczyzna przez nią kochany był człowiekiem prawym. Ledwie pan de Bourbonne poznaje całą prawdę, do mieszkania wchodzi pani Firmiani z wieścią, że wreszcie nastąpiło prawne uregulowanie jej sytuacji jako wdowy po zmarłym przed kilku laty panu Firmianim, co pozwoli jej objąć spadek po mężu i żyć długo i szczęśliwie z Octave’em.
 
Przyjemna to powiastka, prawie tak przyjemna jak "Sakiewka", z którą widać wiele punktów wspólnych, lecz powtórzę raz jeszcze: więcej niż zapowiadanej w przedmowie nostalgii jest w niej sentymentalizmu, żeby nie powiedzieć ckliwości. Brudne myśli paryskich plotkarzy są tak jaskrawo skontrastowane z anielską duszą pani Firmiani, że ta ostatnia nie ma tak naprawdę miejsca, by rozwinąć się jako postać. Mimo tylu sprzecznych opinii na jej temat, ona sama pozostaje zdumiewająco jednowymiarowa, służąc nieledwie za pretekst do hymnu na cześć kobiety, najznakomitszej i najczystszej cząstki ludzkości, niesłusznie plugawionej jadowitymi jęzorami zawistnych. I chociaż doceniam narracyjne zabiegi Balzaca, sympatyczną postać Bourbonne’a, a nawet kryształowo jasny przekaz moralny opowiadania – to jednak mam co do „Pani Firmiani” mieszane uczucia.

piątek, 5 sierpnia 2016

Korsykańskie gorące głowy - "Vendetta" (Balzac)


Dobra passa nie mogła trwać długo. Po uroczej love story w "Sakiewce" nadeszła pora na ponurą i złowrogą "Vendettę".

Tym razem do Paryża przybywa wraz z żoną i dziesięcioletnią córką Korsykańczyk Bartholomeo di Piombo. Z racji swej przynależności etnicznej jest to człek dumny, porywczy i pamiętliwy. Z ojczystej wyspy uszedł po wyrżnięciu całej rodziny Porta w zemście za to, że rodzina Porta z kolei wyrżnęła jego synów. Zrobił to zresztą z niesłychaną klasą – oszczędził tylko małego chłopca, którego przywiązał do łóżka, a następnie podpalił dom. Tak, tak, oto gorąca korsykańska krew – kiwa głową narrator. Na szczęście dla di Piomba Korsykańczykiem jest też Napoleon i dzięki jego łasce srogi mściciel może spokojnie osiąść w Paryżu.

Piętnaście lat poźniej Napoleon przegrywa pod Waterloo. Ginevra di Piombo, która uczy się malarstwa u słynnego Servina, jako córka znanego sympatyka cesarza musi znosić pewne nieprzyjemności – motywowane niby to poglądami politycznymi, ale też zwykłą zawiścią – ze strony innych uczennic. Zbiorowisko dziewcząt to – umówmy się – kłębowisko żmijek, intryg i grup wpływu. Ginevra mało jednak o to dba, ponieważ jest zakochana.

Jej wybranek Luigi posiada rozliczne zalety. Po pierwsze jest przystojny. Po drugie jest ranny. Po trzecie jest patriotą – żołnierzem wiernym Napoleonowi, teraz poszukiwanym przez władze. Po czwarte, ukrywa się w komórce u malarza Servina, gdzie Ginevra może go wygodnie podglądać. Po piąte wreszcie – jest, jak Ginevra, Korsykańczykiem. Idealny kandydat na męża, jednym słowem.

Luigi jako Młody Bóg podglądany w komórce (Źródło)
 Stary di Piombo na pierwszą wzmiankę o nim wpada w histerię, domagając się zaciekle, by córka nie opuszczała go dla jakiegoś, tfu, młodzianka. Sam jednak wychował Ginevrę tak, by była równie uparta i gwałtowna jak on. Dziewczyna zatem nie ustępuje, i to nawet kiedy na jaw wychodzi wielki grzech Luigiego, wina nie do zmazania i nie do przebaczenia.

Luigi jest mianowicie tamtym chłopcem, którego Bartholomeo di Piombo przywiązał do łóżka w płonącym domu. Jest potomkiem znienawidzonej rodziny Porta.
Wbrew woli despotycznego di Piomba Ginevra i Luigi biorą smutny ślub, pozbawiony splendoru, jaki daje udział szczęśliwej rodziny. Reszta opowiadania to rozdzierający serce opis coraz głębszego osuwania się w ubóstwa dwojga osamotnionych małżonków. Szczęście, że ich uczucie wytrzymuje tę próbę do samego końca – dzięki temu ślozy, które leje obficie czytelnik, są mimo wszystko pozbawione goryczy. Najbardziej bolesnym dramatem jest jednak rozłam między ojcem i córką. Straszliwy upór i krwiożercze zacietrzewienie Bartholomea di Piombo, który nie chce znać córki – jeszcze niedawno kochanej tak zaborczo – nieuchronnie prowadzi do tragedii. Owszem, historia miłości Luigiego i Ginevry jest wzruszająca, ale najciekawszym elementem "Vendetty", budzącym o wiele intensywniejsze emocje, jest starcie dwóch niesłychanie silnych (bo korsykańskich, mówi narrator) osobowości. Śmiało mogę powiedzieć, że ze wszystkich kobiet, którego do tej pory pojawiły się w "Komedii ludzkiej", Ginevra jest moją ulubioną: samodzielna i nieugięta, obdarzona gorącym sercem i do bólu konsekwentna. Niestety, jak mówi nam narrator, nieposłuszeństwo rodzicom i zerwanie więzi z bliskimi, pozbawienie się ich wsparcia – choćby nastąpiło z winy tychże bliskich, zaślepionych ponurą idée fixe – często kończy się smutno. 

Ale taki to już tragiczny naród, ci Korsykańczycy.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Na dwoje babka wróżyła - "Sakiewka" Balzaca


Trudno mi było w to uwierzyć, ale ta część „Komedii ludzkiej” kończy się szczęśliwie. Ciekawe było też to, że po raz pierwszy jedna z postaci z innych opowiadań pojawia się powtórnie: jest to wuj dumnej Émilie z „Balu z Sceaux”, który sygnalizuje czytelnikowi, że całe dzieło Balzaca dzieje się w jednej makrorzeczywistości.

Amantem w „Sakiewce” jest Hippolyte Schinner, genialny malarz – ale jakże różny od kapryśnego, wielkopańskiego Theodore’a de Sommerville z „Domu pod kotem z rakietką”. Wychowany przez niezamężną, porzuconą przez kochanka matkę, która mimo ubóstwa umożliwiła ubóstwianemu synowi start w świecie artystycznym, Hippolyte jest szlachetny, uprzejmy, idealistyczny i prostolinijny, i odpowiednio do swego charakteru czystym i szczerym uczuciem darzy Adélaïde, która wraz z matką – baronową de Rouville, przypominającą „markizy z czasów ancien régime’u” – mieszka piętro niżej od jego pracowni malarskiej. 
Scena, której w opowiadaniu ewidentnie nie ma (Źródło)

Mieszkanko pań de Rouville jest ubogie, a wszystko w nim nosi mocne ślady zużycia, ale Hippolyte nie gardzi niedostatkiem, w jakim sam się wychowywał, szczególnie że wszelkie cienie opromienia blask anielskiej urody Adélaïde. Tylko narrator zasiewa w nas ziarno wątpliwości – w nas, czyli w cynicznym i zblazowanym czytelniku, którego nie zaślepia miłosna łatwowierność Hippolyte’a – i każe nam się zastanawiać, czy mamy do czynienia ze szlachetnym ubóstwem, czy z podle umakijażowaną niecnotą. Czy matka Adélaïde jest dobrą kobietą, czy podstępną i wyrachowaną intrygantką? Czy szczery jest żal i uwielbienia dla poległego w boju barona de Rouville? Czy hrabia Kergarouët, który przychodzi co wieczór, by przegrać w karty 40 franków, jest przyjacielem rodziny, czy też za jego czułościami okazywanymi Adélaïde kryje się coś więcej – coś nie całkiem czystego? Sama Adélaïde wydaje się szczera w swojej rodzącej się czułości do młodego malarza – ale przecież nigdy nic nie wiadomo. Zamknięta przestrzeń mieszkanka pań de Rouville jest pełna znaków, o których można z przekąsem rzec „na dwoje babka wróżyła”. Hippolyte’a takie podejrzenia z pełną mocą dopadają dosyć późno, gdy dostrzega, z jakim zacięciem matka Adélaïde gra w pikietę z Kergarouëtem; zmieszany tym odkryciem, zapomina wziąć ze stołu swojej sakiewki, a kiedy po nią wraca, Adélaïde – rumieniąc się, zaprzecza, jakoby ją zostawił. 

To dla Hippolyte’a straszny cios. Cierpiąc w uczuciu, że został oszukany, wykorzystany i zdradzony, Hippolyte jest mimo wszystko jak kawaler de Grieux, któremu miłość każe wybaczyć wszystkie występki ukochanej. Przy ponownych odwiedzinach w mieszkanku pań de Rouville – ku własnemu zdumieniu i osłupieniu zblazowanego czytelnika – odzyskuje swoje pieniądze w pięknie ozdobionej sakiewce, na której Adélaïde strawiła kilka ostatnich nocy. Zaraz też wyjaśnia się, że 40 franków wygranych w karty to jedyne materialne wsparcie, jakie baronowa w swojej dumie jest skłonna przyjąć od hrabiego Kergarouëta, i nie ma w tym nic nieuczciwego (swoją drogą, ciekawa jest ta skłonność Kergarouëta do szczodrego wspierania znajomych dam, dzięki której w „Balu w Sceaux” poślubi własną siostrzenicę). Na sam koniec – gdy już Hippolyte w porywie serca zdążył poprosić Adélaïde o rękę – pojawia się nawet jego matka i daje mu swoje błogosławieństwo.  


Jakże wstrętne wydają się teraz wszystkie podejrzenia, jakże podłe i plugawe! Okazało się, że rację miał nie zimny umysł, lecz gorące i szczere serce, którego wszystkie drżenia i słodką niepewność rodzącego się uczucia Balzac z lubością opisuje. Dzięki podkreślanemu często duchowemu porozumieniu między Hippolyte’em a Adélaïde wątek miłosny jest antytezą tego z „Domu pod kotem z rakietką”. Historia jest – powiedzmy to sobie szczerze – urocza i pokazuje, że nie należy krzywdzić ludzi nadmierną podejrzliwością, że ufność nie musi być naiwnością, a miłość – zaślepieniem.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Balzac niszczy baśnie (znowu) – „Bal w Sceaux”



Błogosławiona zwięzłości Balzaca! Jakżeś słodka i ożywcza wobec chorobliwego (a często również bełkotliwego) słowotoku Ziemiańskiego! Chociaż „Bal w Sceaux” podobał mi się mniej niż „Dom pod kotem z rakietką”, to i tak był niebywałą przyjemnością.



Tym razem przenosimy się w świat arystokracji – i to tej prawdziwej, starej, o przedrewolucyjnych korzeniach i niebotycznej dumie. Pierwsza połowa opowiadania traktuje głównie o tym, jak hrabia de Fontaine dobija się zaszczytów na dworze Ludwika XVIII i jak zabiega o dobre partie dla swoich drogich dzieciaczków – przy czym „dobre” znaczy „zamożne”, a niekoniecznie „legitymujące się znakomitym drzewem genealogicznym”. Taki oportunizm nie w smak jest najmłodszej córce hrabiego, przecudnej Émilie, znanej też jako rozpuszczony bachor.

W baśniach często spotyka się motyw okrutnej królewny, która gardzi wszystkimi zalotnikami, czasem nawet skazując ich na dekapitację. Tutaj dekapitacji nie ma, echa rewolucji francuskiej przebrzmiały, ale Émilie postępuje całkiem jak bohaterka baśni o królu Drozdobrodym, domagając się męża szlachetnej krwi (i koniecznie ze świętą partykułą de w nazwisku), o ciemnych włosach i szczupłej sylwetce. Odrzuca wszystkich konkurentów, aż ojciec zaczyna lamentować, że niedługo stuknie jej dwudziestka i już od trzech lat powinna być zamężna.

W „Królu Drozdobrodym” i pokrewnych baśniach królewna w końcu zostaje wydana za jakiegoś pastucha albo świniopasa i przechodzi straszne upokorzenia, ale w końcu dowiaduje się, że jej mąż tak naprawdę jest królem, tylko chciał najpierw złamać jej krnąbrnego ducha, zanim wprowadzi ją na pałacowe komnaty. „Bal w Sceaux” działa całkiem tak samo, tylko zupełnie inaczej. Na tytułowym balu Émilie spotyka tajemniczego nieznajomego, tak przystojnego i szarmanckiego, że musi być arystokratą. Każde jego słowo tłumaczy sobie tak, jak tłumaczono niegdyś wyrocznie Pytii – czyli zgodnie z własnymi pragnieniami. On, choć również w niej zakochany, zachowuje dyskrecję, gdyż nie jest pewien jej uczuć ani charakteru; ona nie jest pewna jego urodzenia i pozycji społecznej, więc zachowuje dyskrecję, ale i tak jest w nim zakochana. Ich dyskrecja jest tak wielka, że po trzech miesiącach są praktycznie zaręczeni.

A potem Émilie natyka się na Maximiliena w sklepie. I dowiaduje się, że pracuje w nim jako zwykły, prosty, plebejski, plugawy subiekt. Upokorzona duma wyzwala całą jej zjadliwość i każe jej odrzucić ukochanego. Wiele Émilie mogłaby znieść, nawet pochodzenie Maximiliena od jakiegoś szlacheckiego bękarta, ale kupiectwo to doprawdy za wiele – choćby subiekt pochodził rzeczywiście z arystokratycznego rodu, lecz zrzekł się majątku na rzecz brata, jak to właśnie uczynił Maximilien.

Potem – całkiem jak w baśni – karta się odwraca, ojciec i brat Maximiliena umierają, on przejmuje tytuł i majątek, zostaje mianowany parem, olśniewa świat swoim czarem, lecz dla Émilie jest już za późno, bo wyszła za swojego siedemdziesięciodwuletniego (lecz nadal krzepkiego) wuja. Królewna nie chciała znieść upokorzenia, nie powściągnęła złości i zjadliwości, nie dostała nagrody. Nie ma to jak balzakowskie zakończenie.

„Bal w Sceaux” jest pod pewnymi względami mniej aktualny niż „Dom pod kotem z rakietką”. Sporo miejsca zajmują sprawy polityczno-społeczne Francji w czasie Restauracji, a kwestia mezaliansu też zdążyła się już zestarzeć, nie mówiąc już o tym, że teraz nie ma takiego parcia na prędki ożenek. Ale postać Émilie, ze swoimi wygórowanymi oczekiwaniami i zaciętą dumą, skrzywdzonej – jak zauważa narrator – przez nazbyt pobłażliwe wychowanie, nadal jest boleśnie prawdziwa.

sobota, 2 lipca 2016

Klęska Kopciuszka – „Dom pod kotem z rakietką” Balzaca



Przyszła mi do głowy ostatnio szalona myśl, zresztą nie po raz pierwszy: przeczytać całą "Komedię ludzką" Balzaca. Wszystkie 93 części. Jeśli on dał radę napisać, to ja dam radę przeczytać.


 
Kojarzycie takie osoby, które trudnią się niszczeniem ludziom dzieciństwa? Wiecie, te osoby, które w kółko powtarzają, że „Piękna i Bestia” jest o syndromie sztokholmskim, a wszystkie baśnie o królu, który poślubia piękną dziewczynę z ludu, są złe, gdyż nierealistyczne, albowiem dwa miesiące po ślubie król znudziłby się niewykształconą żoną. No więc taką osobą jest Balzac, tyle że przy okazji jest świetnym pisarzem, a nie kiepskim psychologiem-dyletantem.

Kot z rakietką. Jaki jest, każdy widzi. (Źródło obrazka)


W „Domu pod kotem z rakietką” zderzają się dwa światy. Z jednej strony – tytułowy dom należący do najbardziej kupieckiego kupca wszech czasów, przestrzegającego starych, dobrych mieszczańskich tradycji, które już odchodzą w przeszłość. Z drugiej strony – pełen blichtru świat artystów i arystokratów. Augustine, piękna córka kupca, pod wpływem czytanych ukradkiem romansów trochę do takiego świata wzdycha, czując – niczym disneyowska księżniczka – że chciałaby czegoś więcej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zjawia się genialny malarz Theodore de Sommerville, który po kryjomu maluje portret nieświadomej niczego Augustine i przedstawia go na wystawie, na której do jego arcydzieła cisną się tłumy. Przychodzi też Augustine i ze zdumieniem widzi własną podobiznę; na domiar złego sam Sommerville pochyla się nad jej uszkiem i szepcze: „Widzisz, co sprawiła moja miłość”. Trochę to straszne, jak na mój gust, ale Augustine się nie przestrasza, gdyż jej jedyną cechą na razie jest jej uroda i tęsknota za powieściową miłością. Zakochuje się w przystojnym malarzu i po pewnych perturbacjach nawet wychodzi za niego za mąż, choć zapobiegliwy kupiecki ojciec pilnuje, by zapewnić jej w intercyzie odrębność majątkową. Augustine i Sommerville żyją długo i szczęśliwie, jeżeli za „długo” uznamy „rok”. Nie można się przecież spodziewać happy endu po człowieku, który pisał z nogami w lodowatej wodzie, to oczywiste. Rzeczywistość przypuszcza brutalny atak na ckliwą baśń i wkrótce wychodzi na jaw, że prosta, nieuczona dziewczyna, jaką jest Augustine, wprawdzie obdarzona gorącym i szczerym sercem, ale pozbawiona daru błyskotliwej wymowy oraz kokieterii, nie jest w stanie utrzymać względów kapryśnego małżonka. Kapryśny małżonek coraz bardziej nią zatem pogardza, Augustine zaś ima się wszelkich sposobów, by jego miłość odzyskać. I kompletnie jej to nie wychodzi. Siedem lat później Augustine leży już w grobie, dwie dziurki w nosie i skończyło się.

Proste? Proste. Ale jak to jest napisane! Najlepsze w całej książce jest to, że Augustine – niewinna, prosta, bezradna, święta Augustine – nie jest wcale ckliwą do obrzydliwości, żebrzącą litości czytelnika mamałygą z marcypanem. Jest wiarygodną i ciekawą postacią, która rzeczywiście budzi współczucie. Wszystkie zresztą postaci w książce są zarysowane wyśmienicie. Balzac nie bawi się w dogłębne analizy psychologiczne, tylko z kilku kresek odmalowuje całego człowieka, takiego właśnie, jakim my widzimy innych ludzi na co dzień, podsumowując ich w kilku najbardziej widocznych cechach. Ponieważ była to moja pierwsza przygoda z Balzakiem, zwięzłość i intensywność opisów mnie, prawdę mówiąc, zaskoczyła. Chociaż tekstu nie jest dużo, to zawarty w nim ładunek ideologiczny jest całkiem spory.

I tak na przykład w tle historii nieszczęsnej Augustine mamy wątek jej brzydkiej siostry, która wychodzi za kupca niepałającego do niej szczególnym uczuciem. Jej mieszczańskie małżeństwo pozbawione jest wzlotów i upadków, a opiera się na wspólnej uczciwej pracy, wzajemnym szacunku, a wreszcie i przywiązaniu. Z drugiej strony jest postać księżnej – kochanki kapryśnego Sommerville’a, która radzi Augustine: mężczyznę trzeba trzymać pod pantoflem, inaczej wlezie kobiecie na głowę i nie da żyć. To okrutne zwierzę, jakim jest człowiek płci brzydkiej, należy jak najszybciej zdominować, nie okazywać mu miłości, uciekać, odrzucać i ranić, bo tylko w ten sposób kobieta zachowa sobie jego względy. Ale Augustine nie wybiera ani kupieckiego małżeństwa z rozsądku, ani wielkopańskich gierek – ma do zaoferowania tylko nieskrywaną, gorącą i szczerą miłość, która w tym świecie wartością wcale nie jest. Szczególnie w starciu z artystą: z artystą można romansować, ale nie można się z nim żenić, co potwierdza powszechnie znana prawda, że geniusze są w życiu prywatnym częstokroć nieznośni, zamęczając otoczenie własnymi mękami twórczymi i/lub megalomanią. Spytajcie tylko moją służbę.

Tylko nie myślcie sobie, że „Dom pod kotem z rakietką” to takie porady matrymonialne wujka Balzaca. Balzac nie moralizuje, lecz prowadzi niemal medyczną obserwację i notuje spostrzeżenia. A przy tym w czasach tyranii zasady „show, don’t tell”, która prowadzi nieraz do pisarstwa „serialowego” i dokładnych opisów parzenia herbaty, przypomina mistrzostwo zwięzłego, treściwego „telling”.