Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plus. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 marca 2017

Płeć białą, bohatyry, wojny i miłości śpiewać będę - "Orland szalony", Ludovico Ariosto (tłum. Piotr Kochanowski)



Oblecze się we zbroję i konia wywiedzie
I do lasa w gęstwinę co nawiętszą jedzie,
I jeśli kogo niemasz, w koło się obziera
I strasznym wyciem bramę żalowi otwiera.
...
„Nie jestem tem, czem się zdam z twarzy: już nieżywy,
Już dawno jest pod ziemią Orland nieszczęśliwy”.


...z tego przykładu daje się przestroga miłośnikom, aby to pewnie wiedzieli, że miłość barziej pochodzi z rozsądku i z obierania, aniźli z jakiego niebieskiego przeznaczenia.

Są książki, których korzenie tkwią w tylu wcześniejszych utworach i które same sięgają mackami swoich wpływów do takiej mnogości późniejszych, jak to się ładnie nazywa, „tekstów kultury”, że kiedy próbuje się to ogarnąć takim dyletanckim umysłem jak mój, natrafia się w pierwszej chwili na mur własnej bezsilności. A przecież już sam „Orland szalony” jest gigantycznym przedsięwzięciem złożonym z 46 pieśni (każda po ok. 100 strof), pisanym przez Ariosta przez dwadzieścia lat z okładem. Byłoby dłużej, gdyby nie to, że dalsze szlifowanie tekstu przerwała Ariostowi śmierć w 1533 roku.

Ten obraz namalowany przez Tycjana często podawany jest za portret Ariosta. Podobno jednak nim nie jest. Moja teoria jest taka, że Ariosto schował się w tym gigantycznym rękawie.

Jak wszyscy wiemy ze szkoły, Karol Wielki walczył z Saracenami, a najdzielniejszym z jego rycerzy był hrabia Roland. Roland był tak mężny, że w obliczu przeważającej siły wroga nie chciał wezwać posiłków i w związku z tym – wpierw rozsiekawszy nieprzeliczone rzesze wrogów – poniósł śmierć w wąwozie Roncevaux.

Brawo, Rolandzie. Szczere gratulacje. (Źródło)


Na długo przed tym jednak zakochał się bez pamięci w bosko pięknej Angelice (jak widać z imienia, księżniczce chińskiej). Jak do tego zakochania doszło, można przeczytać w poemacie „Orlando innamorato” Boiarda, zawiedzie się jednak ten, kto będzie oczekiwać happy endu tej miłości. I wcale nie z powodu śmierci Orlanda – już raczej śmierci samego Boiarda, przez co poemat pozostał nieukończony.

W tym właśnie miejscu do akcji wkracza Ludovico Ariosto, humanista, dyplomata, podopieczny kardynała Hipolita d’Este i niezły szelma, który ukrywał przed światem swoje małżeństwo, żeby nie stracić dochodów z kościelnych beneficjów.

Ariosto postanowił dokończyć to, co Boiardo tak śmiało rozpoczął, i tak właśnie powstał „Orland szalony”, monumentalne dzieło, w którym Orland jest tylko jednym z bardzo, bardzo licznych bohaterów. 

Ferrant szuka swojego hełmu w stawie, kiedy nagle zjawia mu się widmo Argalii, do którego ten hełm wcześniej należał (malował Giuseppe Cades).
Ci liczni bohaterowie to zarówno chrześcijańscy rycerze Karola Wielkiego, jak i Saraceni. Po stronie tych ostatnich walczy też na przykład król Serykany („krainy gdzieś za Indiami, w Chinach leżącej”) oraz Tatar Mandrykard – ten przysiągł, że nie będzie walczył mieczem, póki nie dostanie tego, którym niegdyś walczył Hektor (ten z "Iliady"), a który obecnie należy do Orlanda. Są wśród rycerzy i dwie wojujące kobiety: Bradamante wzdychająca za ukochanym i Marfiza łapiąca za broń przy byle okazji. Jest i mag Malagizy, który dzięki księgom ma władzę nad diabłami. Doprawdy, długo by jeszcze można było wymieniać!

Bradamante właśnie pognębiła maga Atlanta, który uwięził jej ukochanego Rugiera (chociaż zrobił to tylko po to, żeby ustrzec go od śmierci w bitwie. Rugier jest zapewne gdzieś wśród tych smerfów biegających w prawym górnym rogu. (Malował Giuseppe Cades).


Wszyscy ci rycerze od czasu do czasu stoczą jakąś straszliwą bitwę, w której trup ściele się gęsto i krew leje się strumieniami, zaś w chwilach wolnych jeżdżą sobie po świecie i:
walczą z magami latającymi na hipogryfach, 

ratują dziewice złożone w ofierze morskim potworom, 


Rugier uratuje Angelikę, ale "orki" nie zabije. Dokona tego dopiero Orland, spuszczając się na linie wgłąb jej gardzieli i kłując ją od środka. (Filippo Napoletano)

zabijają olbrzymów, którzy zrastają się nawet po rozczłonkowaniu, 

dadzą się uwieść czarownicom,

Alcyna opętała Rugiera i skłoniła go, by porzucił zbroję na rzecz czerwonego szlafroka. Hańba! (Rutilio Manetti)
 
odznaczają się na turniejach, 

słuchają przepowiedni Merlina, 

przepędzają harpie dręczące etiopskiego króla, 

Astolf przegania harpie prosto do piekła (drzeworyt z wydania Zoppina).


czynią spustoszenie na wyspie Amazonek, 

przez pomyłkę ścinają głowy kobietom, których pożądają 

Obrazek 1: Rodomont uprowadza Izabellę (która jest w żałobie po śmierci ukochanego Zerbina). Przy okazji zabija pustelnika (w tekście rzucił nim trzysta metrów dalej). Obrazek 2: Izabella wmawia Rodomontowi, że szykuje magiczną miksturę, dzięki której żadne żelazo nie będzie się go imać. Rodomont upija się po raz pierwszy w życiu. Obrazek 3: Izabella posmarowała się trefną miksturą i namówiła Rodomonta, by wypróbował na niej swój miecz. W ten sposób umknęła jego żądzy i poszła prosto do nieba XD


i mają wiele innych pociesznych przygód, opisanych zgodnie ze stosowaną już przez Chrétiena de Troyes techniką entrelacement, czyli przeplatania się wątków i przeskakiwania od jednego bohatera do drugiego.

Wszystko to okraszone jest jeszcze interwencjami samego Boga, który posyła Michała Archanioła na poszukiwanie Niezgody, żeby zesłać ją na Saracenów (Niezgoda znajduje się, ku zaskoczeniu Michała, w klasztorze, gdzie spodziewał się raczej zastać Milczenie), oraz peanami Ariosta na cześć rodu d’Este, dzięki którym miał co jeść.

Jurny Rygier chce nagrody za uratowanie Angeliki przed morskim potworem. Będzie musiał obejść się smakiem, bo Angelika zaraz użyje magicznego pierścienia, dzięki któremu stanie się niewidzialna i mu ucieknie. (Malował Montelatici Francesco, zwany Cecco Bravo).
 
Tu właśnie ucieka. (Giuseppe Bergomi)

Orland wędruje i bohateruje jak wszyscy. Zamiast siedzieć przy Karolu Wielkim (czy też Karle, jak nazywa go polski tłumacz) szuka ukochanej Angeliki. Nie jest w tym odosobiony; chińską księżniczkę posiąść pragnie u Ariosta właściwie każdy zdrowy na ciele mężczyzna, a nawet i ci, którym zdrowia nie starcza (jak pewien lubieżny pustelnik). 

Jako zboczeniec Rubens wybrał oczywiście ten motyw z "Orlanda". Nota bene w książce Angelice wcale nie jest do śmiechu.

 Angelika zaś nie chce żadnego z nich i bez przerwy ucieka, aż do czasu, gdy zakocha się w saraceńskim wojowniku o anielskiej urodzie, Medorze.

Angelika przy pomocy ziół leczy rany Medora. W rogu mało subtelny amorek już mierzy w jej serce. (Matteo Rosselli).

 
Bardzo dużo jest obrazów inspirowanych miłością Angeliki i Medora – może dlatego, że temat ten stanowi dobrą wymówkę, by przedstawić sielankową scenerię i ludzi na golasa. To, jak kochankowie wypisują swoje imiona na drzewach, dowodzi natomiast, że wandalizm istniał zawsze.

 
Nie wiem, co zamierza zrobić putto w lewym dolnym rogu. (malował anonim).


 Te właśnie napisy napotyka na swej drodze Orland. Zrozpaczony i upokorzony tym, że Angelika zamiast niego wybrała jakiegoś saraceńskiego kmiotka, traci rozum, zdziera z siebie zbroję i tocząc pianę z ust, wyrywa drzewa z korzeniami, urywa ludziom głowy i kończyny oraz wlecze za sobą zajeżdżonego na śmierć konia.

Orland dowiaduje się, że Angelika oddała bransoletkę od niego wieśniaczce. Cierpi. (Benjamin West).
 
A tutaj już oszalał. (Arnold Bocklin).

Trzeba będzie, by inny rycerz, Astolf, w towarzystwie św. Jana wsiadł do płonącego wozu, który swego czasu zabrał do nieba Eliasza, i poleciał aż na Księżyc, gdzie oprócz krzątających się Parek i rzeki zapomnienia znaleźć można wszystko, co się zgubiło. Jest tam również rozum Orlanda w starannie podpisanej butelce, który następnie Astolf musi zaaplikować szaleńcowi drogą inhalacji przez nos, w ten sposób przywracając mu zmysły.
Astolfo leci na księżyc. (malował Vincenzo De Barberis).

I to streszczenie wątku Orlanda chyba najlepiej opisuje całe dzieło: cudowny, feeryczny kocioł wątków antycznych, arturiańskich i karolińskich, opisanych z ironiczną wręcz swadą i przesadą. Nie ma tu miejsca na półśrodki. Kiedy Izabella opłakuje zabitego Zerbina, to robi wszystko, by umrzeć wkrótce po ukochanym. Kiedy Saracen Rodomont wpada do oblężonego Paryża, to w pojedynkę morduje pół populacji i burzy ćwierć zabudowań. Kiedy Marfiza się wścieka, bo jakiś rycerz miał czelność wyśmiać brzydotę podróżującej z nią staruszki, to w trymiga zrzuca go z konia (a potem każe towarzyszce pokonanego zamienić się na ubrania z wyśmianą staruszką). 

Marfiza zwycięska. Każdy pretekst do namalowania gołej kobiety jest dobry. (Eugene Delacroix).


I nadludzkie wyczyny, i aż nazbyt ludzkie słabostki Ariosto traktuje z lekkim dystansem, z przymrużeniem oka, które jednak nigdy nie prowadzi do otwartej drwiny czy parodii. To nie jest „Don Kichot”. W „Orlandzie” kryje się wręcz odrobina nostalgii za czasami rycerskiej chwały.

To były bowiem czasy sprzed wynalezienia broni palnej (którą Ariosto wprost nazywa największym nieszczęściem ludzkości, a przeciwko jej twórcy – nikczemnikowi gorszemu od Judasza – wygłasza całą tyradę).

To były czasy, gdy Syryjczycy nosili zupełnie takie same zbroje jak rycerstwo zachodnie, bo Ziemia Święta była przecież w rękach chrześcijańskich (nie to co teraz, kiedy europejscy książęta żrą się między sobą, zamiast swoje militarne wysiłki obrócić na zbożny cel).

To były czasy, gdy kobiety mogły swobodnie podróżować bez eskorty, a w dodatku zdarzały się wśród nich takie perły odwagi jak Bradamante i Marfiza oraz takie wzory wierności i szlachetności jak Olimpia czy Izabella (chociaż kobiety zawsze są wspaniałe, mimo wstrętnych pomówień różnych mizoginów, a niektóre z nich stanowią niedościgłe ideały we wszystkich dziedzinach, słyszysz, Izabello d’Este? Słyszysz? Nazwałem jedną z postaci na twoją cześć, chyba zasłużyłem na protekcję?).

Olimpia porzucona przez niecnego Birena, dla którego całe jej królestwo poszło na zatracenie. (Giuseppe Cades).

Czarująca jest nieskrępowana baśniowość. Czarujące są wszystkie moralizujące wstawki, które we współczesnym utworze byłyby nie do zniesienia – nie wyobrażam sobie książki, w której każdy rozdział rozpoczyna się od noty zatytułowanej „Alegorie”, w której autor objaśnia z powagą, że na przykładzie postaci X widać, że cnotę nawet we wrogu należy miłować albo że Bóg zawsze mści złamane przysięgi.

Prawda, są w „Orlandzie” również epizody, które budzą mieszane uczucia. 

Fiordispina zakochuje się w Bradamancie, po czym orientuje się, że to kobieta. Bradamante nie jest zainteresowana, ale ma bardzo podobnego brata Ricciarda, który usłyszawszy całą historię, jedzie do Fiordispiny. Podaje się za własną siostrę i twierdzi, że nimfa dorobiła mu penisa. Fiordispina jest uszczęśliwiona. (malował Guido Reni).

Prawda, że polskie tłumaczenie Piotra Kochanowskiego (bratanka Jana K.) najpewniej nie dorasta do pięt oryginałowi. Prawda, że peany na cześć Estów to wedle współczesnej miary zwykłe lizusostwo, niedopuszczalne w epoce, gdy uważa się, że artysta powinien być niezależny i służyć wyłącznie sztuce. Prawda, że pogłębione portrety psychologiczne to nie ten adres.

Wiedźma Melissa pokazuje Bradamancie widma jej potomków z rodu Este (rysował anonim).
Patrzę z intelektualnych wyżyn swojej zarozumiałej epoki i dziwię się: to na początku XVI wieku, gdy nikt nie słyszał o politycznej poprawności, Saraceni mogli być heroiczni, honorowi i piękni, mimo wiary w „fałszywego Mahometa”? To wtedy były postacie walecznych kobiet ciekawsze niż w sporej części współczesnego popularnego fantasy? To wtedy byli tacy narratorzy, żartobliwi i (auto)ironiczni, ale gdy trzeba, potrafiący zagrać na prawdziwych, dramatycznych uczuciach? Były takie historie, które oślepiają blaskiem, a mimochodem i z wdziękiem potrafią dać do myślenia, przede wszystkim o stosunkach damsko-męskich?



I wreszcie dochodzę do wniosku oczywistego, choć tak często przeze mnie zapominanego: dobra literatura była zawsze. Nie jest wymysłem wieku XX ani nawet XIX.

I to jest wspaniałe. Wspaniałe jest to, że Ariosto napisał swojego „Orlando furioso”. Wspaniałe jest to, że Piotr Kochanowski go przetłumaczył, a Jan Czubek wydał w całości w 1905 r. Wspaniałe jest wreszcie to, że poemat zainspirował tylu innych artystów – przede wszystkim Händla, którego opery „Ariodante”, „Alcina” i „Orlando” w ogóle nakłoniły mnie do przeczytania książki. Zwłaszcza „Ariodante”, który przez całą ponurą zimę był promyczkiem utrzymującym mnie przy życiu.

Trudno było wybrać jakiś zgrabny cytat na zakończenie, bo „Orlando szalony” niemal cały się składa ze zgrabnych cytatów, więc po długich deliberacjach dam fragment filipiki przeciwko broni palnej:

Jakoś, o niecnotliwy, przeklęty wymyśle,
Nalazł miejsce w człowieczem sercu i umyśle?
Przez cię rycerska sława i chwała spodlała,
Przez cię każda przewaga beze czci została;
Przez cię dzielność w swej słusznej cenie nie zostawa,
Przez cię się za dobrego często zły udawa.
Męstwo więcej na place przez cię – żal się, Boże! –
I serce śmiałe stanąć na próbie nie może
[...]
Przeto i teraz twierdzę, com rzekł, że od wieka
Gorszego i sroższego nie było człowieka
Nad tego, który naprzód wymyślił swą głową
Przeklętą broń i srogą strzelbę piorunową.

I ja tak o niem trzymać i rozumieć muszę,
Że Bóg jego przeklętą, potępioną duszę
W piekle nagłębiej zawarł z Judaszem, gdzie za tę
Subtelność swoję godną odbiera zapłatę.

Święte słowa.

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci. (Gustave Dore).

sobota, 28 stycznia 2017

"Mam wrażenie, że zstąpiłem do królestwa wapnia" - "Generał martwej armii", Ismail Kadare (tłum. z francuskiego przekładu Maria i Cezary Gawrysiowie)



Albania jest to kraj, który ma prawie dziesięć razy więcej mieszkańców niż Islandia, a mimo to trendotwórcze centrum współczesnego świata widzi w nim głównie położoną na krańcach cywilizację kryjówkę dla pozbawionych ciał czarnoksiężników tudzież legendarnych artefaktów.

Albania jest również krajem, który wydał znakomitego pisarza Ismaila Kadarego. Nazywam go znakomitym, choć znam zaledwie dwie jego książki: „Krew za krew”, dzięki której mój ignorancki, zaściankowy móżdżek dowiedział się o albańskiej tradycji wendetty, oraz „Generała martwej armii”, dzięki której mój ignorancki, zaściankowy móżdżek dowiedział się, że podczas drugiej wojny światowej w Albanii byli Włosi.

Tytułowy generał to właśnie Włoch, który dwadzieścia lat po wojnie został wysłany, by zabrać szczątki swoich poległych rodaków, pochowanych przy drogach i pod oborami, gdzie popadło. Albańczycy są dla niego obcy; więcej nawet, podskórnie nadal są wrogami, mimo że wojna dawno się skończyła. Chciałby czuć do nich podszyte pogardą pobłażanie, jakie dla zagubionych wśród błot i gór dzikusów żywi przedstawiciel cywilizacji – a on przecież jest przedstawicielem cywilizacji, tej cywilizacji wspartej na „Iliadzie” i „Antygonie”, zdolnej dopasować bezimienne zwłoki do nazwiska na liście i zapakować je do porządnego worka firmy „Olimpia”. Chciałby widzieć w swoim zadaniu szlachetne dzieło, które pozwoli przywrócić bohaterów na łono ojczyzny.

Ale bohaterów nie ma, jest za to zamordowana prostytutka z armijnego domu publicznego, jest dezerter, po którym został dziennik, i okrutny najeźdźca, po którym zostały spalone wioski. A przede wszystkim jest śmierć. Jest wielka martwa armia, za którą generał musi wziąć odpowiedzialność, ponieważ jest generałem i nie wolno mu być nikim innym jak tylko generałem (nigdy nie poznajemy jego imienia).

Jest to przejmująca opowieść o osamotnieniu, ale też znacznie więcej – opowieść o wojnie, która nie kończy się wraz z podpisaniem rozejmu, ale trwa we wspomnieniach i w bardziej namacalnych skutkach. Jest to również osobliwe spojrzenie Kadarego z zewnątrz na własną kulturę, wyobcowanie swojskości (dzięki któremu paradoksalnie albańskość wypada znacznie lepiej niż cywilizowana włoskość).

A „Krew za krew” jest jeszcze lepsza.

niedziela, 15 stycznia 2017

Attyla był Węgrem - "Byłem niewolnikiem Hunów", Géza Gárdonyi (tłum. Andrzej Sieroszewski)



Człek mądry podąża za pająkami. W tych bowiem bibliotecznych niszach, gdzie gnieżdżą się najobficiej, niespodziewanie można natknąć się na prawdziwe skarby (czasami też na bezwartościowe śmiecie, oczywiście, ale po cóż wspominać rzeczy nieprzyjemne).



Takim zaskakującym skarbem okazała się węgierska powieść „Byłem niewolnikiem Hunów” Gézy Gárdonyiego, opowiadająca historię bizantyńskiego niewolnika Zety, który dobrowolnie idzie na służbę u Hunów w nadziei, że zdoła zdobyć serce niedostępnej Hunki Emöke.



Przez pierwszą połowę książki Zeta był głównie bohaterem mdłego romansu i jednym z mniej ciekawych elementów powieści, przypominając niesławnego leniwego pieroga z "Knights of the Cross". Przyćmiewał go chociażby obraz życia Hunów – na pozór brutalnych, kochających wojnę dzikusów, w rzeczywistości zaś ludzi twardych, niepozbawionych sprytu, ale też sprawiedliwych i honorowych (w końcu są dla Gárdonyiego takimi pra-Węgrami). Znamienna jest scena, w której Zeta opowiada Hunkom, że z powodu nędzy jego własny ojciec sprzedał go w niewolę; Hunki są oburzone i zapowiadają z satysfakcją, że Attyla zrobi porządek z tą hańbą, jaką stał się dla świata Rzym. Attyla to rzeczywiście Bicz Boży, budzący jednocześnie grozę i podziw, a przy tym władca wielkiego imperium i wytrawny polityk, którego Rzymianie lekceważą jako barbarzyńcę, lecz który jednocześnie budzi w nich paniczny strach.

I kiedy zdawało mi się, że książka odkryła już przede mną wszystkie karty, zaczęła się prawdziwa zabawa: bitwa na Polach Katalaunijskich, w której Zeta uczestniczy jako giermek.

Powiem krótko: „Byłem niewolnikiem Hunów” zawiera jeden z najlepszych opisów bitew, z jakimi zdarzyło mi się spotkać. Gorączka i ślepy szał, jakie ogarniają częstokroć ciamajdowatego dotąd Zetę, są opisane po mistrzowsku, jeszcze lepsze jest zaś to, co następuje potem, kiedy ranny Zeta budzi się na pobojowisku, przygnieciony koniem i potwornie spragniony, i długo czeka na pomoc tych, którzy przyjdą pozbierać zwłoki.

Przytłaczające poczucie opuszczenia i beznadziejnego zabłąkania, które będzie już dominować właściwie do samego końca książki, jest uchwycone tak znakomicie, że w pełni rekompensuje dosyć sztampowy wątek romansowy i ofermowate początki Zety. Nie dziwi mnie więc wcale, że książka jest ponoć nadal (po ponad stu latach od wydania) jedną z najpopularniejszych powieści historycznych na Węgrzech, a sam Gàrdonyi uważał ją za swoje najlepsze dzieło.

Tym razem pająki mnie nie zawiodły.

niedziela, 8 stycznia 2017

Gdzie okiem sięgnąć, tylko złudzenia - "Srebrne orły", Teodor Parnicki



Przez dobrą godzinę po zamknięciu tej książki prześladowała mnie myśl: o czym właściwie ona była?

Nie o początkach państwa polskiego, mimo że pojawia się tam i geniusz polityki Bolesław Chrobry, i zafascynowana nim ambitna Rycheza, i opat tyniecki Aron. Ten ostatni, nawiasem mówiąc, wiedziony piórem Parnickiego nieco się pospieszył, ponieważ opactwo tynieckie zostało założone najprawdopodobniej dopiero przez Kazimierza Odnowiciela, jeśli nie Bolesława Szczodrego.


Tu jednak Aron jest opatem w Tyńcu już za Bolesława Chrobrego. Zanim nim jednak został, przewędrował całą Europę – a czytelnik razem z nim, ponieważ to właśnie Aron jest, przynajmniej pozornie, głównym bohaterem „Srebrnych orłów”. Jako młodziutki mnich przybywa z Wysp Brytyjskich do Rzymu: teoretycznie duchowej stolicy świata chrześcijańskiego, w praktyce miasta rozdzieranego konfliktami, gdzie na każdym kroku wyczuwalna jest bluźniercza, pogańska przeszłość i tradycja republiki, ta ostatnia co prawda zdegenerowana do postaci bardziej przypominającej anarchię.

W Rzymie właśnie przebywa pewien niezrównoważony, okrutny, kapryśny młodzik, upojony snami o wielkości. Nazywa się Otto, niedawno mianował pierwszym patrycjuszem słowiańskiego księcia Bolesława i snuje wielkie plany stworzenia nowego, chrześcijańskiego cesarstwa, w które mało kto wierzy oprócz niego.

Więc może „Srebrne orły” są książką o Ottonie i o jego zuchwałej wizji? Może o papieżu Sylwestrze, Gerbercie z Aurillac, którego uczoność narażała na podejrzenia o czary? Może o plątaninie politycznych intryg, które knują italscy wielmoże i miasta, niemieccy panowie, agenci Bizancjum i wysłannicy Stefana węgierskiego, a które Aron – nasz bohater, nasze okno na świat przedstawiony – zrozumie długo po czasie?

A może o fałszywości kobiet, o zdradliwym powabie ich wdzięków? Przyjaciel Arona żyje wyłącznie miłością do Teodory Stefanii, łudząc się, że ona odwzajemnia jego uczucia, nawet gdy zostaje kochanką Ottona. Ta sama Teodora Stefania – uosobienie samolubnej, mściwej, wielbiącej samą siebie rzymskości – doprowadzi Ottona do zguby. Rycheza może zrobić to samo z Mieszkiem, swoim mężem.

„Srebrne orły” z pewnością mają w sobie to wszystko i więcej jeszcze – dla mnie jednak jest to przede wszystkim opowieść o złudzeniach, które kierują ludzkimi poczynaniami i które często okazują się zgubne.

Złudzeniem okazuje się miłość, władza i panowanie, niezależność; złudzeniem jest możliwość uszczęśliwienia uprowadzonych chrześcijan, którzy po wyzwoleniu przez Arona z muzułmańskiej niewoli wpadają w stokroć gorsze poddaństwo; wielkim złudzeniem jest ottońska wizja zjednoczonego chrześcijaństwa, w którym pierwszym patrycjuszem i następcą cesarza może być wielki Bolesław. Ale wielkość Bolesława – według Parnickiego – polega na tym właśnie, że on nie ulega temu złudzeniu. Jest pragmatykiem, nie wizjonerem. Srebrne orły stają się jego własnym znakiem, a nie pięknym, lecz bezużytecznym symbolem cesarskiego patrycjusza.

Ale Rycheza nie chce się z tym pogodzić. Ona oddana jest pięknej, bezużytecznej wizji całą duszą i sercem – i kto wie, jaki wpływ może wywrzeć na podatnego Mieszka?
Dużo można by pewnie zarzucić „Srebrnym orłom”, jeśli chodzi o wierność ustaleniom historyków. Jest to jednak książka piękna, co mile mnie zaskoczyło, bo moje dotychczasowe doświadczenia z Parnickim wspominam raczej niemiło. Jest to powiesć o niesamowitej atmosferze, pełna malowniczych i poruszających wyobraźnię opisów, a przy tym znakomicie skonstruowana, czego dowodzi choćby to, że pozostaje ciekawa, mimo że głównym bohaterem jest byle pionek, przez większość czasu kompletnie nieświadom prawdziwego znaczenia zdarzeń, których jest świadkiem. Mało który pisarz potrafiłby tego dokonać – za to chwała Parnickiemu. 

Jeśli będziecie mieć okazję, przeczytajcie "Srebrne orły", zwłaszcza że niedawno zostały na nowo wydane. Naprawdę warto.

piątek, 30 grudnia 2016

Lancelot po polsku - "Fałszywa kochanka" Balzaca



Mając za sobą wnikliwe analizy tysiącstronicowych powieści z tezą napisanych przez osoby popierające pedofilię, mogę wreszcie podumać chwilę nad innymi rzeczami przeczytanymi w ostatnim miesiącu.

W „Fałszywej kochance” mój nasiąknięty legendą arturiańską umysł zaraz zaczął doszukiwać się podobieństw do trójkąta miłosnego Artur-Ginewra-Lancelot: najlepszy przyjaciel i ktoś w rodzaju majordomusa hrabiego Łagińskiego zakochuje się w jego żonie, a i ona – jak się przynajmniej przez pewien czas wydaje – nie traktuje go obojętnie. Hrabia pozostaje przy tym w błogiej nieświadomości uczuć, jakie płoną w jego totumfackim, wierząc bezgranicznie w jego lojalność.

Nie ma zresztą powodów, by w nią nie wierzyć. Tadeusz Pac – czy też, jak napisał sam Balzac, Thaddée Paz – nie jest bowiem mimo wszystko Lancelotem. Taka jest w nim prawość i szlachetność – a w pewnym sensie również lęk przed poddaniem się uczuciu i słabość – że zrobi wszystko, byle tylko nie sprzeniewierzyć się przyjacielowi. Postanawia więc zohydzić się w oczach ukochanej i udaje, że ma romans z artystką cyrkową: płytką i interesowną, choć niepozbawioną pewnego czaru Malagą, opisaną przez Balzaca z wielkim humorem.

Pac poświęca więc własne dobre imię i wszelkie szanse na szczęście. Paradoksalnie, im bardziej stara się odciąć od ukochanej, tym bardziej koncentruje się wyłącznie na niej. Wydaje się, że wreszcie się od niej odcina, kiedy obwieszcza, że wyjeżdża do Rosji – wkrótce jednak okazuje się, że tak naprawdę zapuścił korzonki w Paryżu, by z ukrycia strzec ukochanej hrabiny. W ten sposób Pac staje się wzorem ofiarnego, wiernego polipa, który wielbi obiekt swych uczuć z daleka, nie oczekując niczego w zamian. Właściwie nawet boi się, że jego żądze mogłyby zostać spełnione – o wiele bezpieczniej jest pławić się w swoim cierpieniu.

„Fałszywa kochanka” byłaby tylko sentymentalną, słodko-gorzką, choć przyjemną powiastką, gdyby nie dwie rzeczy. Pierwszą jest postać hrabiny, która nie jest ani bezwolnym ptaszęciem, ani femme fatale, tylko osobą zdecydowaną radzić sobie samodzielnie w życiu, bez polegania na uległym mężu ani skompromitowanym Pacu.

Drugą rzeczą są wyborne bon-moty Balzaca na temat Polaków. Jak się można domyślić po nazwiskach, zarówno hrabia Łagiński, jak i Pac (który zresztą też ma tytuł hrabiego) należą do tej zacnej nacji, której przedstawiciele obdarzeni są gorącymi i szczerymi sercami, a każdy z nich ma się za wielkiego pana. I Łagiński, i Pac brali udział w powstaniu, przy czym Pac bił się jak Polak, jak patriota, jak człowiek, który nie ma nic, miał zatem trzy doskonałe powody do walki. Ogólnie rzecz biorąc – mówi Balzac – istnieją dwa rodzaje Polaków, tak jak istnieją dwa rodzaje Angielek: Angielki są albo zachwycająco piękne, to potwornie szpetne; hrabia Adam niestety należy do tej drugiej kategorii.

Polacy noszą też te wszystkie trudne do zapisania i wymówienia nazwiska: Sapiéha, Radzivill, Cartoriski, Leczinski, a sam hrabia Adam nosi drugie imię Mitgislas. „Niech nam będzie wolno” – pisze Balzac – „pisać imiona polskie tak, jak się je wymawia, by oszczędzić czytelnikom widoku fortyfikacji spółgłosek, jakimi słowiańska mowa osłania swoje samogłoski, zapewne po to, by ich nie utracić, zważywszy na ich już i tak niewielką liczbę”.

W istocie, mało jest rzeczy równie uroczych co balzakowski dowcip.

sobota, 3 grudnia 2016

I przestań przeklinać, do diabła - "Hugo", Bédu (tłum. Agnieszka Labisko)




Po krótkim zastanowieniu śmiało rzec mogę, że „Hugo” był pierwszym komiksem w moim życiu i do tej pory chyba pozostaje ulubionym, wyprzedzając „Thorgala”, który zaczął się rozrastać i pączkować w sto tysięcy nieogarnialnych dla mnie serii pobocznych.






Ten komiks nauczył mnie wszystkiego, co warto wiedzieć o średniowieczu.

„Hugo” jest baśnią. Przedstawiony w nim świat po mistrzowsku łączy elementy znane i nieznane, realistyczne i cudowne: są tam zbrojne warzywa wojujące z oblegającymi ich mury hordami szkodników, ale i całkiem zwykłe średniowieczne opactwo; jest magiczny zamek stworzony dosłownie z tysięcy mew, ale i budowana przez dziesięciolecia gotycka katedra. Równie wyraziste są postaci. Sam Hugo, choć w wieku dość młodocianym (sądząc z mikrej postury), cieszy się całkowicie dorosłą autonomią; to on nauczył mnie słowa „trubadur”, mimo że swojej lutni zazwyczaj używa jako broni obuchowej. Jest też jego milczący towarzysz, niedźwiedź Biskoto, i aż nazbyt rozgadane przeznaczenie – Narcyz, no i wróżka Śliweczka, którą wbrew niesprawiedliwym i z gruntu niesłusznym słowom jednego z moich pająków („Śliweczka to Deus ex machina i dama w opresji w jednym) uważam, za jedną z najbardziej pamiętnych żeńskich postaci mojego dzieciństwa.

Dwa posiadane przeze mnie zeszyty komiksu („Zaklęcie w fasolę” i „Zamek mew”) zostały zaczytane niemal na śmierć i podczas jednego z zabiegów konserwatorskich zostały im zamienione okładki, dlatego ogromnie mnie ucieszyło nowe wydanie wszystkich pięciu części „Hugo” w jednym tomie. Radość i przyjemność ogromna, mimo nowego tłumaczenia, które, jak to zwykle bywa z nowymi tłumaczeniami, budziło czasem sprzeciw u tych, którzy znają stare.

Przyznać trzeba, że nowe tłumaczenie Agnieszki Labisko jest znacznie bardziej nastawione na dzisiejszą młodzież, nader często używając sformułowań takich jak „tępe dzidy”, sypiąc ripostami wyraźnie pomyślanymi jako „śmieszne teksty”, a nawet stosując aluzje popkulturowe z wróżbitą Maciejem włącznie. To może się nie podobać, ja jednak patrzę na to łaskawiej, bo niektóre sformułowania są naprawdę bardzo udane, a jedno weszło już do mojej codziennej komunikacji:

Nie macie pojęcia, ile rzeczy można w ten sposób skomentować.


Z drugiej jednak strony jest co najmniej jedno miejsce, które bardzo mnie skonfundowało. Zwróćcie uwagę szczególnie na trzeci obrazek:

To jest stare tłumaczenie, autorstwa Iwony Sienickiej...
...a to nowe.


Gdzie się podziałeś, mój finezyjny dowcipie? Co się z tobą stało? Bo przecież chyba pojawiasz się w oryginale – ale jeśli tak, czemu zniknąłeś u Agnieszki Labisko? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie – niech się odezwie, niech uśmierzy mój niepokój.

Niepokój, który mimo wszystko nie jest aż tak wielki, by „Hugo” nie był dla mnie jednym z najprzyjemniejszych czytelniczych doświadczeń ostatniego czasu.

czwartek, 20 października 2016

Zniewolenie umysłu i zanik umiejętności żucia - "Globalia", Jean-Christophe Rufin



Globalia jest rajem na ziemi. To świat, w którym nie ma konfliktów na tle narodowościowym – bo nie ma narodowości, lecz najwyżej ściśle określony zestaw dozwolonych kulturowych punktów odniesienia, które pozwalają postawić sobie w domu matrioszkę, jeśli miało się wśród przodków Rosjan.

Nie ma w Globalii ubóstwa, każdemu bowiem przysługuje minimalna płaca. Każdy ma absolutną wolność wyboru zajęcia i nikt nigdy nie jest zwalniany z pracy – najwyżej spotka go „przyspieszenie tempa rozwoju kariery”. Przyspieszenie tak gwałtowne, że kariera dobiega swojego końca w ciągu jednego dnia.

Nie ma w Globalii starych ludzi. Są tylko „ludzie wielkiej przyszłości”, dojrzali i stateczni, świadomi, że życie zaczyna się dopiero po setnych urodzinach i siódmej operacji plastycznej – a mimo to nie mogą nie patrzyć z zawiścią na przedstawicieli tego jednego promila społeczeństwa, którzy nie skończyli jeszcze trzydziestki.

Globalia jest idealną demokracją, gdzie wszystko jest rozstrzygane w drodze wyborów – na które nikt nie chodzi, bo gigantyczna machina światowego państwa napędza się sama. Obywatele zamiast tracić czas na politykę, wolą spędzić dzień w centrum handlowym albo przed ekranem reklamowym.

Życie w bezpiecznych strefach Globalii jest kolorowe i bezproblemowe, i tak miałkie, że aby całe społeczeństwo nie rozlazło się w szwach, decydenci (czyli szefowie wielkich koncernów) muszą od czasu do czasu stworzyć dlań nowego wroga – najczęściej jakąś grupę terrorystyczną – która postawi rozleniwionych ludzi do pionu i zjednoczy ich przy pomocy strachu.

A jest się czego bać, bowiem tuż za szklanymi kopułami Globalii rozciągają się postapokaliptyczne anty-strefy, gdzie ludzie żyją w biedzie, czcząc legendarnego przodka imieniem Frezer, który był kapłanem wielkiego boga Forda w świętym mieście Detroit. Globalia na zmianę ich bombarduje i zsyła im pomoc humanitarną, ale zwykli jej obywatele najczęściej mają bardzo mgliste pojęcie o ich istnieniu, bo świat w ogóle interesuje ich w niewielkim stopniu. Zajęci pobieżnym rozwijaniem coraz to nowych pasji i zakupywaniem niezbędnego sprzętu związanego z tymi pasjami, poprzestają na prostych przekazach medialnych, które utwierdzają ich w wierze, że żyją w najlepszym z możliwych światów.

http://www.actioncontrelafaim.org/
Autor „Globalii” angażował się swego czasu w działania humanitarne, był nawet przez pewien czas prezesem walczącej z głodem Action contre la faim. Bardzo dobrze widać te jego doświadczenia w tym, jak konstruuje świat przedstawiony "Globalii", podzielony grubą krechą na (anty)utopię i postapokalipsę. Świat sytości, kupionej za cenę konsumpcyjnej niewoli i wiecznej inwigilacji, graniczy ze światem skrajnego niedostatku – ale i romantycznej swobody, w którą można uciec.

„Globalia” nie jest bowiem antyutopią przygnębiającą jak „Rok 1984” albo „Nowy wspaniały świat”. Swoim bohaterom pozostawia furtkę eskapizmu w dzikie, nieskażone cywilizacją regiony. Brzmi to jednak z lekka fałszywie, bo i sami bohaterowie są w większości płascy i bierni, i bardzo bladzi w porównaniu ze światem, w którym się obracają. Aż szkoda mi strzępić na nich języka, niestety; jeśli ktoś zapadnie mi głębiej w pamięć, to raczej makiaweliczni antagoniści, którzy niemal do ostatniej strony sterują każdym ruchem bohaterów usiłujących wydostać się z zaklętego królestwa Globalii. Trudno, nie można mieć wszystkiego – a doprawdy niewdzięcznością byłoby narzekać w sytuacji, gdy Rufin naprawdę po mistrzowsku opisał dziesiątki mechanizmów i tendencji, ubarwiając je takimi szczegółami jak zanik umiejętności żucia (ze względu na starzenie się społeczeństwa przestawiono się na produkcję pokarmów płynnych i galaretkowatych) albo aktorki robiące sobie postarzające operacje plastyczne (bo młodość i naturalność są faszystowskie).

Dawno temu zdarzyło mi się natrafić na recenzję "Nowego wspaniałego świata", której autor bardzo się dziwił Huxleyowi, czemu tak krytycznie przedstawia wykreowaną przez siebie rzeczywistość. Bo jak to - każdy ma co jeść, każdy wykonuje pracę, która mu się podoba, bo został tak uwarunkowany, żeby ją lubić, każdy może wziąć udział w orgii, czegóż więcej chcieć? Mówiąc szczerze, recenzja przygnębiła mnie dalece bardziej niż cały "Nowy wspaniały świat". To uczucie powróciło przy lekturze książki Rufina.

Bo prawda jest taka, że już teraz żyjemy w Globalii.