Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuriozum okładkowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuriozum okładkowe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 maja 2017

Czy „Sezon burz” jest rzeczywiście gorszy od reszty serii o wiedźminie?



„Sezon burz” został przez wielu przyjęty dosyć krytycznie i zinterpretowany jako oznaka wypalenia Sapkowskiego i skok na kasę.

Dzięki temu lektura tej książki nie była dla mnie obciążona wysokimi oczekiwaniami – negatywne opinie innych dawały mi moralne prawo do znielubienia „Sezonu burz”. Przecież problem z główną serią dla mnie polegał właśnie na tym, że okazała się nie tak dobra, jak kazał mi wierzyć entuzjazm krewnych i znajomych. „Sezon burz” natomiast okazał się nie tak zły, jak można by się spodziewać po przestrogach jednego ze znanych mi pająków, szepcącego ze zgrozą: „Nie czytaj tego, nie warto”.

„Nie tak zły” nie oznacza naturalnie „dobry”. Postaci są miałkie. Fabuła powtarzalna, i to nie tylko przez porównanie z poprzednimi książkami, ale nawet w obrębie samego „Sezonu burz”: cały czas miele się schemat, zgodnie z którym najpierw ktoś chce wynająć wiedźmina w jakiejś szemranej sprawie, wiedźmin kręci nosem, ale ostatecznie musi przyjąć zlecenie, a na koniec pomimo swojej jakże przezornej nieufności i tak wpada w pułapkę, z której wydobywa się poprzez rozwalanie łbów, względnie interwencję deus ex machina. I tak w koło Macieju.

Już okładka symbolizuje obniżenie lotów.
 
Nawet styl, czyli coś, w czym Sapkowski zawsze celował, zmatowiał i schamiał, racząc czytelnika takimi finezyjnymi i oryginalnymi fajerwerkami dowcipu jak należący do jakiegoś statysty podbródek z rowkiem przypominający, cytuję, „miniaturową dupę”.

Wiele wad „Sezonu burz” miało swoje prefiguracje już w książkach wcześniejszych, jak choćby:

  • Ÿ bezsensowne wątki turbo-romansowe
  • Ÿ bezwyjątkowa ponurość i obrzydliwość całego świata, fundamentalna podłość ludzkości i smętny nihilizm
  • Ÿ pieszczenie fetyszu jedzeniowego, tj. opisywanie z lubością wyszukanych jadłospisów
  • Ÿ epizodyczna struktura fabuły, dygresje o funkcji wyłącznie dekoracyjnej
  • Ÿ virago o muskulaturze niemożliwej do osiągnięcia bez sterydów, rozsiewające wokół swoje gazy jelitowe
  • Ÿ nadęty bęcwał zamiast głównego bohatera, przedstawiany jako jedyny sprawiedliwy.


Niedoskonałości nie wzięły się zatem z niczego; stanowiły immanentną cząstkę stylu Sapkowskiego, tyle że w poprzednich książkach występowały w mniejszym stężeniu i były częściowo przesłonięte elementami wyższej jakości, jak niziołki, których w „Sezonie burz” jest jak na lekarstwo, albo ciekawie napisanymi scenami walki, których w „Sezonie burz” jest cała masa, ale próżno szukać w nich jakiegokolwiek napięcia, ponieważ sprowadzają się do tego, że Geralt bez większego wysiłku rozsmarowuje przeciwników mimo braku porządnej broni i przewagi liczebnej wroga.

Brak napięcia to zresztą istotna cecha całej powieści, częściowo wynikająca z tego, że mamy do czynienia z prequelem, z góry zatem wiadomo, że Geraltowi nic poważnego się nie stanie, a żadna z nowych postaci nie jest na tyle ciekawa, by się nią przejmować. Z góry też wiadomo, że Geralt nie przejdzie żadnego duchowego rozwoju, bo Geralt nie jest po to, żeby mieć jakąś ciekawą psychikę, tylko żeby rąbać wrogów, popisywać się wiedzą prawniczą oraz gimbazjalnym wyszczekaniem, ponuro milczeć, obnosić się ze swoim poczuciem wyższości, pożywać zacne jadło, co i raz lądować w łóżku z ponętną niewiastą i w ten sposób przynosić czytelnikowi satysfakcję. Nawet wyrzuty sumienia, jakie rzekomo nękają go po tym, jak przez zbytnią brawurę doprowadził do śmierci człowieka, narrator zbywa dwoma zdaniami. Znowu więc dostajemy to samo i możemy bezpiecznie dusić się w dobrze znanym sosiku.

Kiedy pojawiają się elementy nowe, to albo są otwarcie zapożyczone skądinąd (jak demoniczna lisica wzięta ze „Świętej księgi wilkołaka” Pielewina, do czego Sapkowski przyznaje się w cytatach na początków rozdziałów), albo rozpaczliwie niedopracowane (jak przyjazny wilkołak, który wpada do książki jak po ogień i zaraz z niej wypada). Fabuła jest rozwleczona i chybotliwa, z czego Sapkowski chyba sam zdawał sobie sprawę, siląc się na autoironię we fragmencie: „I nagle, przy kolejnym ziejącym w skale otworze, nastąpił – zupełnie jak w kiepskiej powieści – przełom akcji”.

Słabe to zatem. Ale mimo wszystko – mimo wszystko „Sezon burz” nie jest dla mnie upadkiem giganta, z jednej strony dlatego, że mimo wszystko da się tę książkę przeczytać bez wydrapywania oczu paznokciami, a z drugiej dlatego, że Sapkowski nigdy gigantem dla mnie nie był.

Dlatego podejrzewam, że przynajmniej dla niektórych rozczarowanych recenzentów, i przynajmniej do pewnego stopnia, ich zawód wynikał z miłości, jaką żywili do pierwotnej serii. Przeczytali ją w latach słodkiej młodości, kiedy jej soczystość i oryginalność – przynajmniej pozorna – poraziła ich wyobraźnię, na zawsze wyciskając na niej piętno. Od tamtej pory wiele przeczytali książek, wiele przeżyli chwil radosnych i smutnych, nolens volens zmienili się i dojrzeli. Wiedźmin natomiast nie dojrzał, ale był bezpieczny przed ich sądem, bo przesłonięty różową mgłą nostalgii.

Potem jednak nadszedł „Sezon burz” i mgłę nostalgii brutalnie rozwiał. Jest to bez wątpienia odgrzewany kotlet; ale komuś, kogo pierwotna seria nie zachwyciła, wyda się zaledwie przysuszony, natomiast dawny wielbiciel uzna go za niejadalny.

Jeśli czyjekolwiek przeżycia zgadzają się z moją hipotezą, to rozumiem go dobrze, bo podobne są moje doświadczenia z „Harrym Potterem” i tym, co się w tej chwili z tą marką wyprawia. Banalna prawda mówi bowiem, że im większe są nasze oczekiwania, tym boleśniejszy jest upadek.

Moje oczekiwania też szybowały wysoko – wiele miesięcy temu, gdy podstępny kuzyn dał mi „Krew elfów”. Teraz nareszcie ta gorzka odyseja dobiegła końca.
Już nigdy nie napiszę ani słowa o wiedźminie.

poniedziałek, 19 września 2016

Zemsta ohydnej okładki - "Wiedźma burz", Susan Dexter ("The Wind-witch", tłum. Andrzej Stępniak)



Wyobrażam sobie czasem pracowników wydawnictwa, jak obradują: „Mamy tu książkę fantasy o młodej wdowie, która ciężko pracuje, żeby utrzymać farmę i zachować niezależność, a w przerwach między młócką a farbowaniem wełny organizuje system ostrzegania przybrzeżnych miast przed wikingopodobnymi najeźdźcami. Co tu dać na okładkę?”

Dumają dłuższą chwilę, po czym ktoś woła: „Eureka! Najlepsza będzie cycolina w podartym czerwonym gorsecie, z zakrwawioną szablą i poważną deformacją bioder!”

Czy tam w tle jest smok? W tej książce nie występują smoki.

 Przynajmniej ktoś powiedział rysownikowi, że napadający krainę bohaterki Ervalowie są wyraźnie wzorowani na Wikingach – wskazuje na to ów gustowny rogaty hełm. Nie powiadomiono go za to, że Druyan jest gospodynią, która urabia sobie ręce po łokcie, a w międzyczasie objeżdża kraj na magicznym koniu. Gdyby Amber wydawał „Mary Poppins”, zapewne przyrządziłby okładkę z dominą z wielką szpicrutą. Ironia losu polega na tym, że obrazkiem takiego roznegliżowanego manekina ozdobiono książkę, która opowiada o drodze młodej kobiety do niezależności, do samodzielnego wyboru męża i do jawnego korzystania z wrodzonych mocy kontrolowania pogody w obronie ojczyzny. Prawdę powiedziawszy, jest to jedna z bardziej feministycznych książek, jakie ostatnio wpadły mi w ręce. Nieprzełomowa, nie szaleńczo oryginalna, ale z pozytywnym i sympatycznym przesłaniem – które ktoś postanowił opakować w ten anatomiczny horror.

Dajmy jednak pokój tej zgrozie i pomówmy o specyficznym przedstawianiu mężczyzn przez Susan Dexter. W „Wiedźmie burz”, tak jak w należącym do tej samej serii „Księciu pecha” główne postaci męskie reprezentują typ pozornego nieudacznika obdarzonego szlachetną determinacją i czystym sercem. Nie są silni fizycznie; właściwie dosyć często słabują (a bohaterki muszą ich wtedy pielęgnować). W przypadku Leitha w „Księcia pecha” wynika to z ciążącej na nim klątwy, przez którą w kółko sobie coś łamie albo rozkwasza na czymś nos; Kellis w „Wiedźmie burz” jest jednym z ostatnich przedstawicieli ludu, który jest uczulony na żelazo, a poza tym miewa prorocze wizje, od których potwornie boli go głowa. Formalnie jest najpierw jeńcem, a potem najemnym parobkiem Druyan; nigdy nie zwraca się do niej inaczej niż per „pani” i pokornie podejmuje się każdej pracy, chociaż na mało której się zna; gotów jest ochraniać ją za cenę swojego zdrowia; nie tylko nie narzuca się ze swoimi tkliwszymi dla niej uczuciami, ale wręcz do ostatniej chwili je ukrywa.

Jest taka książka Kazimierza Pospiszyla, nosi tytuł „Tristan i Don Juan”, w której zdefiniowane są dwa ideały miłości mężczyzny. Don Juan to zdobywca, macho i samiec alfa, pan i władca, ideał, który – co ciekawe – według Pospiszyla – powstał w reakcji na pokornego Tristana. Tristan jest pozbawiony władzy, ponieważ całkowicie poddaje się kochanej kobiecie. Jego wierność, czułość i delikatność stanowią odpowiedź na kobiece potrzeby i wymagania. W skrajnej postaci skutkuje to „Rycerzem z wózka”. Kellis z „Wiedźmy burz”, a także Leith z „Księcia pecha” (oraz, jak teraz o tym pomyślę, również główny amant z „Przeznaczonych” Grocholi) wydają się wyrastać z tej samej tradycji, choć nie popadają w takie ekstrema jak stary dobry Lancelot.

I całe szczęście. Kellis ma wystarczająco dużo osobowości, wystarczająco dużo własnych rozterek i problemów, aby być pełnowartościową postacią, a relacja między nim a Druyan – mimo że tytułuje ją „panią” – jest związkiem równych i wzajemnie się szanujących osób. I to jest kolejny powód, dla którego przesłanie „Wiedźmy burz” jest naprawdę sympatyczne, a cała książka – mimo że nie należy z całą pewnością do dzieł przełomowych – przyjemna i godna uwagi.
 
Z wyjątkiem okładki, ma się rozumieć. Okładka powoduje wrzody na oczach. Przydałyby się żelazne okulary oprócz maski.