Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedźmin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedźmin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 maja 2017

Czy „Sezon burz” jest rzeczywiście gorszy od reszty serii o wiedźminie?



„Sezon burz” został przez wielu przyjęty dosyć krytycznie i zinterpretowany jako oznaka wypalenia Sapkowskiego i skok na kasę.

Dzięki temu lektura tej książki nie była dla mnie obciążona wysokimi oczekiwaniami – negatywne opinie innych dawały mi moralne prawo do znielubienia „Sezonu burz”. Przecież problem z główną serią dla mnie polegał właśnie na tym, że okazała się nie tak dobra, jak kazał mi wierzyć entuzjazm krewnych i znajomych. „Sezon burz” natomiast okazał się nie tak zły, jak można by się spodziewać po przestrogach jednego ze znanych mi pająków, szepcącego ze zgrozą: „Nie czytaj tego, nie warto”.

„Nie tak zły” nie oznacza naturalnie „dobry”. Postaci są miałkie. Fabuła powtarzalna, i to nie tylko przez porównanie z poprzednimi książkami, ale nawet w obrębie samego „Sezonu burz”: cały czas miele się schemat, zgodnie z którym najpierw ktoś chce wynająć wiedźmina w jakiejś szemranej sprawie, wiedźmin kręci nosem, ale ostatecznie musi przyjąć zlecenie, a na koniec pomimo swojej jakże przezornej nieufności i tak wpada w pułapkę, z której wydobywa się poprzez rozwalanie łbów, względnie interwencję deus ex machina. I tak w koło Macieju.

Już okładka symbolizuje obniżenie lotów.
 
Nawet styl, czyli coś, w czym Sapkowski zawsze celował, zmatowiał i schamiał, racząc czytelnika takimi finezyjnymi i oryginalnymi fajerwerkami dowcipu jak należący do jakiegoś statysty podbródek z rowkiem przypominający, cytuję, „miniaturową dupę”.

Wiele wad „Sezonu burz” miało swoje prefiguracje już w książkach wcześniejszych, jak choćby:

  • Ÿ bezsensowne wątki turbo-romansowe
  • Ÿ bezwyjątkowa ponurość i obrzydliwość całego świata, fundamentalna podłość ludzkości i smętny nihilizm
  • Ÿ pieszczenie fetyszu jedzeniowego, tj. opisywanie z lubością wyszukanych jadłospisów
  • Ÿ epizodyczna struktura fabuły, dygresje o funkcji wyłącznie dekoracyjnej
  • Ÿ virago o muskulaturze niemożliwej do osiągnięcia bez sterydów, rozsiewające wokół swoje gazy jelitowe
  • Ÿ nadęty bęcwał zamiast głównego bohatera, przedstawiany jako jedyny sprawiedliwy.


Niedoskonałości nie wzięły się zatem z niczego; stanowiły immanentną cząstkę stylu Sapkowskiego, tyle że w poprzednich książkach występowały w mniejszym stężeniu i były częściowo przesłonięte elementami wyższej jakości, jak niziołki, których w „Sezonie burz” jest jak na lekarstwo, albo ciekawie napisanymi scenami walki, których w „Sezonie burz” jest cała masa, ale próżno szukać w nich jakiegokolwiek napięcia, ponieważ sprowadzają się do tego, że Geralt bez większego wysiłku rozsmarowuje przeciwników mimo braku porządnej broni i przewagi liczebnej wroga.

Brak napięcia to zresztą istotna cecha całej powieści, częściowo wynikająca z tego, że mamy do czynienia z prequelem, z góry zatem wiadomo, że Geraltowi nic poważnego się nie stanie, a żadna z nowych postaci nie jest na tyle ciekawa, by się nią przejmować. Z góry też wiadomo, że Geralt nie przejdzie żadnego duchowego rozwoju, bo Geralt nie jest po to, żeby mieć jakąś ciekawą psychikę, tylko żeby rąbać wrogów, popisywać się wiedzą prawniczą oraz gimbazjalnym wyszczekaniem, ponuro milczeć, obnosić się ze swoim poczuciem wyższości, pożywać zacne jadło, co i raz lądować w łóżku z ponętną niewiastą i w ten sposób przynosić czytelnikowi satysfakcję. Nawet wyrzuty sumienia, jakie rzekomo nękają go po tym, jak przez zbytnią brawurę doprowadził do śmierci człowieka, narrator zbywa dwoma zdaniami. Znowu więc dostajemy to samo i możemy bezpiecznie dusić się w dobrze znanym sosiku.

Kiedy pojawiają się elementy nowe, to albo są otwarcie zapożyczone skądinąd (jak demoniczna lisica wzięta ze „Świętej księgi wilkołaka” Pielewina, do czego Sapkowski przyznaje się w cytatach na początków rozdziałów), albo rozpaczliwie niedopracowane (jak przyjazny wilkołak, który wpada do książki jak po ogień i zaraz z niej wypada). Fabuła jest rozwleczona i chybotliwa, z czego Sapkowski chyba sam zdawał sobie sprawę, siląc się na autoironię we fragmencie: „I nagle, przy kolejnym ziejącym w skale otworze, nastąpił – zupełnie jak w kiepskiej powieści – przełom akcji”.

Słabe to zatem. Ale mimo wszystko – mimo wszystko „Sezon burz” nie jest dla mnie upadkiem giganta, z jednej strony dlatego, że mimo wszystko da się tę książkę przeczytać bez wydrapywania oczu paznokciami, a z drugiej dlatego, że Sapkowski nigdy gigantem dla mnie nie był.

Dlatego podejrzewam, że przynajmniej dla niektórych rozczarowanych recenzentów, i przynajmniej do pewnego stopnia, ich zawód wynikał z miłości, jaką żywili do pierwotnej serii. Przeczytali ją w latach słodkiej młodości, kiedy jej soczystość i oryginalność – przynajmniej pozorna – poraziła ich wyobraźnię, na zawsze wyciskając na niej piętno. Od tamtej pory wiele przeczytali książek, wiele przeżyli chwil radosnych i smutnych, nolens volens zmienili się i dojrzeli. Wiedźmin natomiast nie dojrzał, ale był bezpieczny przed ich sądem, bo przesłonięty różową mgłą nostalgii.

Potem jednak nadszedł „Sezon burz” i mgłę nostalgii brutalnie rozwiał. Jest to bez wątpienia odgrzewany kotlet; ale komuś, kogo pierwotna seria nie zachwyciła, wyda się zaledwie przysuszony, natomiast dawny wielbiciel uzna go za niejadalny.

Jeśli czyjekolwiek przeżycia zgadzają się z moją hipotezą, to rozumiem go dobrze, bo podobne są moje doświadczenia z „Harrym Potterem” i tym, co się w tej chwili z tą marką wyprawia. Banalna prawda mówi bowiem, że im większe są nasze oczekiwania, tym boleśniejszy jest upadek.

Moje oczekiwania też szybowały wysoko – wiele miesięcy temu, gdy podstępny kuzyn dał mi „Krew elfów”. Teraz nareszcie ta gorzka odyseja dobiegła końca.
Już nigdy nie napiszę ani słowa o wiedźminie.

środa, 3 maja 2017

ŚWIĘTOKRADZTWO C.D.! czyli Krytyka „Wiedźmina” – część III: Misterny plan czy improwizacja ad hoc?



Istnieje praktyka, którą do perfekcji opanował G. R. R. Martin, a od której nie stronią również inni pisarze, w tym i Andrzej Sapkowski. Zwę ją hekatombą, tudzież czyszczeniem magazynów, tudzież wietrzeniem smrodu.

Polega ona na nagłym i bezlitosnym ubiciu dużej liczby bohaterów, którzy zanadto się rozmnożyli i rozzuchwalili, żądając własnych wątków, wewnętrznych przemian i kulminacji. Lekką ręką powoławszy ich do życia, autor zaczyna przypominać człowieka, który usiłuje powozić rydwanem zaprzężonym w dwunastkę koni. Z początku jeszcze idą równo, ale po jakimś czasie zaczynają się potykać, płoszyć, kopać się nawzajem i podgryzać, zaś woźnicy coraz trudniej jest w mdlejących dłoniach utrzymać plączące się lejce. Nie mogąc nad nimi zapanować, zdobywa się wreszcie na desperacki krok i przecina zawęźloną uprząż, porzucając trzy czwarte zaprzęgu, po czym spokojniutko już zdąża do kolejnej stacji pocztowej, gdzie nabędzie nowe konie.

Sapkowski tworzy miriady postaci, wykazując się sporą inwencją w nadawaniu im imion, którymi obdarza nawet przygodnie spotkanych drabów czy zupełnie epizodycznych kmieci. Mają swoje imiona aktorzy politycznych knowań, mają je też przypominające klony czarodziejki. Wraz z mnogością postaci nadciąga mnogość opisów aparycji, ale też mnogość wątków, intryg i przeciwstawnych motywacji, nic zatem dziwnego, że kolejne części cyklu wiedźminskiego robią się coraz bardziej spuchnięte, przywodząc na myśl „Bolesława Chrobrego” Gołubiewa.

Jest jednak między Gołubiewem a Sapkowskim istotna różnica: ten pierwszy nigdy nie przeprowadził wietrzenia smrodu. I między innymi za to go podziwiam, ponieważ zabieg hekatomby zawsze wydawał mi się tchórzostwem i pójściem na łatwiznę.

Sapkowski czyści magazyny co najmniej trzykrotnie. Po raz pierwszy w „Czasie pogardy” (II tom sagi), kiedy hekatomba przyniosła mi pewną ulgę, bo przerzedziła szeregi postaci, nazbyt liczne dla mojego małego mózgu. Po raz drugi w tomie przedostatnim, „Wieża Jaskółki”, kiedy to Sapkowski pozbył się całej szajki niedorosłych rzezimieszków, którzy przygarnęli Ciri. Średnio mnie to obeszło, albowiem nigdy nie budzili mojej sympatii.

Ale ostatnie wietrzenie smrodu – gdy w „Pani Jeziora” na kilkunastu stronach ginie cała drużyna wspierająca Geralta przez trzy ostatnie książki – jest najboleśniejsze. I wygląda mi na przyznanie się do bezsilności.

W razie wątpliwości zabij


A przecież do ostatniej chwili nie opuszczała mnie nadzieja, że wątki tych postaci pobocznych – o wiele wyrazistszych i barwniejszych niż Geralt – dojdą do jakiegoś satysfakcjonującego zakończenia. Albo przynajmniej – jak przystało na serię, która lubi powtarzać enigmatyczne „coś się kończy, coś się zaczyna” – dostaną szansę na dalsze życie po spełnieniu swej fabularnej funkcji odnalezienia Ciri.

Nic z tego.

Milva, chociaż nad jej śmiercią najbardziej boleję, przynajmniej osiągnęła coś w rodzaju kolejnego etapu duchowego rozwoju już dwa tomy wcześniej (do tego stopnia, że w kolejnych książkach plątała się gdzieś na marginesie historii, jak gdyby Sapkowski nie do końca wiedział, co z nią zrobić).

O wiele mniej zrozumiałe jest dla mnie brutalne ucięcie wątku Cahira. Tego, którego Ciri uważała za najgorszego wroga, a który tak naprawdę chciał jej pomóc, albowiem zakochał się w jej dwunastoletnim ufajdanym ciałku. Motywacja idiotyczna, ale można się było spodziewać, że jakoś to Sapkowski pociągnie – że pozwoli Ciri i Cahirowi na przynajmniej jedną rozmowę, w której sobie coś wyjaśnią, może Ciri mu przebaczy, może Cahir zrozumie, że był debilem, może oboje zrozumieją, że ta druga osoba nie jest tym, czym im się wydawała.

A może po prostu Cahir zginie trzy sekundy po spotkaniu Ciri, a jego wątek pogrąży się w otchłani niepamięci.

Kolejny członek drużyny, wampir-abstynent Regis, właściwie nigdy nie miał swojego wątku, ale za to był interesujący jako barwne kuriozum. W ostatecznej bitwie wpada w efektowny szał napędzany żądzą krwi, po czym równie efektownie zostaje unicestwiony. Na etapie jego śmierci dopadła mnie już trochę znieczulica. Jak w „Łotrze 1”, w którym najbardziej mi było szkoda robota, bo zginął jako pierwszy.

No i wreszcie Angouleme, młodociana rozbójniczka o ciętym języku. Kolejne barwne kuriozum i, w dużej mierze, element komiczny, ale w jej przypadku wydawało się, że wyniknie z tego coś więcej. Kiedy się pojawiła, była czymś w rodzaju ersatzu nieobecnej Ciri: przypominała ją nie tylko wyglądem i zuchowatością, ale też kolejami losu, ponieważ tak samo jak Ciri była wysoko urodzona, ale spadła na dno społeczne. Również opiekuńcze podejście, jakie od czasu do czasu okazuje wobec niej Geralt, jest ersatzem jego relacji z Ciri. Naprawdę więc mnie ciekawiło, co też Sapkowski z nią zrobi, dokąd ją zaprowadzi, jak ukształtuje jej spotkanie z Ciri.

Nijak, jak się okazało. Angouleme spotyka Ciri i zaraz umiera od ran, bełkocząc coś o bogactwach i zaszczytach, na które miała nadzieję.

Może celem tej hekatomby było ukazanie, że życie jest kruche, a śmierć nagła i bezlitosna (jakbyśmy jeszcze o tym nie wiedzieli po siedmiu książkach). Może miało to zaprawić goryczą radosne zjednoczenie Geralta z Ciri (jakby już nie było wystarczająco gorzkie po wszystkich cierpieniach, przez które Ciri przeszła).

A może po prostu Sapkowski nie miał pomysłu na te postacie, więc zamiast biedzić się nad węzłem gordyjskim, zwyczajnie go przeciął.

Pytanie tytułowe, czyli misterny plan czy improwizacja ad hoc

Wydaje mi się, że ma to związek z ogólniejszą właściwością serii o wiedźminie, a może właściwością pisarstwa Sapkowskiego w ogóle. Otóż odnoszę wrażenie, że najlepiej wychodzą mu krótsze, epizodyczne formy, z szybkim zawiązaniem akcji i z rychłą wyrazistą puentą. Do opowiadania można wrzucić kilka barwnych postaci, nie troszcząc się o głębokie studium psychologiczne, i bez żalu te barwne postaci porzucić wraz z końcem historii. Ponieważ każde opowiadanie stanowi odrębną całość, to jeśli narrator o nich nie wspomni, czytelnik nie będzie się w kolejnych opowiadaniach zastanawiał, co się stało z syreną Sh’eenaz albo dopplerem Dudu. Po prostu – mieli swoje pięć minut, a potem wyszli z sagi.

W powieści jest już trudniej. Powieść musi mieć ciągłość i nie można po prostu bez wyjaśnienia porzucić jakiejś postaci, skoro już poświęciło jej się trochę czasu. Wątków też nie można rozwiązać za szybko, a już na pewno nie można o nich zapomnieć. I wydaje mi się, że z tym Sapkowski nie do końca sobie radzi.

Żeby nie było: nie umniejszam jego zręczności jako pisarza. Umiejętność pisania zwięzłych i zapadających w pamięć opowiadań to wielka i godna podziwu sztuka, której ja nie posiadam. Mam jednak wrażenie, że może właśnie tę umiejętność Sapkowski powinien kultywować, zamiast zapuszczać się na rozleglejsze i bardziej leniwe rozlewiska powieści.

Bo nawet i te powieści mają w sobie sporo epizodyczności. Może z tego powodu zarzucano Sapkowskiemu, że cykl wiedźmiński powstaje z tomu na tom, bez żadnego z góry ustalonego planu. Sam Sapkowski stanowczo przeciwko temu protestował, a po paru latach triumfalnie zamachał czytelnikom przed nosem opowiadaniem „Coś się kończy, coś się zaczyna”, czyli fanfiction popełnionym na temat własnych książek, zanim jeszcze te książki powstały. Jako że w opowiadaniu pojawia się Galahad i parę innych motywów wprowadzonych dopiero w „Pani Jeziora”, Sapkowski uważa to za „niezbity dowód” na staranne zaplanowanie całego cyklu. Z kolei według jednego z recenzentów już sama „Pani Jeziora” dowodzi, że konstrukcja serii była drobiazgowo przemyślana.

Nie do końca się z tym zgadzam. Owszem, Sapkowski na pewno od dawna miał w głowie pomysł na zakończenie całego cyklu, na pewno miał jakieś ogólne pojęcie o tym, co się potoczy, ale wątpię, by rzeczywiście wszystko przewidział w najdrobniejszych szczegółach. Jak bowiem wytłumaczyć tom „Chrzest ognia”, w którym wielkie intrygi polityczne i dramatyczne losy Ciri schodzą tam na dalszy plan na rzecz epizodycznych przygód Geralta i jego wesołej kompanii (która dwa tomy później padnie ofiarą czyszczenia magazynów). Na marginesie zaznaczę, że właśnie ze względu na jeszcze wyraźniejszą niż w innych powieściach epizodyczność struktury, a także dynamikę formującej się drużyny i obecność Milvy, „Chrzest ognia” dosyć mi się podobał – jak gdyby Sapkowski na chwilę wrócił do tego właśnie, co wychodzi mu najlepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że tom ten stanowi ewidentną dygresję od głównego wątku fabularnego pięcioksięgu. Również w pozostałych powieściach zdarzają się podobne dygresje, choć na mniejszą skalę (jak streszczenie całej historii politycznej i gospodarczej Koviru). Kolejne epizody zdążają wprawdzie do z góry przewidzianego zakończenia całej sagi, ale w sposób mało ergonomiczny.

Są wreszcie fragmenty, które moim zdaniem zostały wymyślone całkiem ad hoc, jak początek „Pani Jeziora”, kiedy Ciri jest więziona przez elfy jako atrakcyjny materiał rozpłodowy. Bezwolną i bęcwałowatą Ciri na szczęście ratują jednorożce pozostające z elfami w stanie wojny. Jest to dla mnie Nadir Maior całej serii (Nadir Minor to opowiadanie „Okruch lodu”), który zniwelował mój szacunek do Ciri.

Co więcej, wydaje mi się, że pierwotnie pobyt Ciri u elfów miał przebiegać inaczej – a to z powodu zakończenia poprzedniego tomu, „Wieży Jaskółki”. Po teleportacji przez tytułową wieżę Ciri trafia właśnie do idyllicznej krainy, gdzie widzi jednorożce oraz siedzącego nieopodal elfa, grającego na fujarce. Elf po chwili ją pozdrawia i tak książka się kończy.

Ta krótka scena z jednorożcami i elfem jest sprzeczna z wielkim konfliktem między tymi gatunkami, który mamy w „Pani Jeziora”. W ogóle cały epizod z królem elfów, który usiłuje zapłodnić Ciri, jest wprowadzony w ostatnim tomie tak niespodziewanie i tak prędko zakończony bez jakichkolwiek konsekwencji, że trudno mi nie podejrzewać w nim pomysłu zrodzonego w ostatniej chwili.

Może Sapkowski właśnie wtedy przeczytał (albo przeczytał powtórnie) „Mgły Avalonu”. To tłumaczyłoby również zaskakująco wysokie stężenie legendy arturiańskiej w ostatnim tomie.

Straszne rzeczy, czyli intertekstualności i metafikcja

Od samego zarania opowieści o wiedźminie opierały się na intertekstualności: trawestacjach baśni, reakcji na heroiczne fantasy spod znaku Conana izapożyczeniach z autorów tak, zdawałoby się, przeciwstawnych jak Tolkien i Moorcock.

Metafikcja też pojawia się dosyć wcześnie. Na pewno już w „Krwi elfów” podjęty jest temat relacji między opowieścią – przekazaną przez Jaskra w jego pieśniach i pamiętnikach, zapamiętaną pod postacią baśni i legend i powtarzaną setki lat po śmierci wiedźmina – a prawdą, czyli zasadniczo wersją Sapkowskiego. Różne wersje historii, sprzeczne jej wizje i różne na jej temat poglądy pojawiają się w umieszczonych na początku każdego rozdziału cytatach z fikcyjnych dzieł niby to powstałych w świecie wiedźmina.

Ale po jakimś czasie przestaje to Sapkowskiemu wystarczać. Chce być jeszcze troszkę bardziej postmodernistyczny, więc wprowadza coraz więcej cytatów ekstradiegetycznych – a to z Bettelheima, a to z Goethego, a to z piosenek rockowych. W samej akcji przedostatniego tomu pojawia się teoria o tym, że ludzie do świata wiedźmina przybyli po tym, jak spowodowali apokalipsę w naszym świecie. Chociaż jednak teoria ta mogłaby wyjaśniać coraz gęstsze powiązania między światem przedstawionym a naszą rzeczywistością empiryczną, to zostaje prędko zapomniana i właściwie nic z niej nie wynika. Okazuje się kolejnym pomysłem, który Sapkowskiemu akurat wpadł do głowy, być może pod wpływem jakiejś lektury, i który postanowił wpleść do swojej książki jako dowód nr 324293472 na to, jacy ludzie są paskudni.

Zamiast tego ostatni tom, „Pani Jeziora”, rozpoczyna się od wielkiego metafikcyjnego przeskoku w czasie o kilkaset lat w przód. Dostajemy parę dosyć bolesnych dla mnie rozdziałów o wybitnie niesympatycznej jasnowidzce Condwiramurs i nieco bardziej znośnej Nimue (obie, nota bene, noszą imiona postaci z legend arturiańskich), które próbują dociec, jak to dokładnie było z Ciri i Geraltem, bo przecież źródła są sprzeczne, niepewne i nieliczne.

Podejrzewam, że był to w życiu Sapkowskiego okres apogeum jeśli chodzi o zainteresowanie legendami arturiańskimi – okres, z którego zrodził się również esej „Świat króla Artura”. Warto zauważyć, że w eseju tym Sapkowski sporo miejsca poświęca właśnie rozważaniom nad historycznym Arturem. Tę swoją fascynację „prawdą historyczną skrytą za legendą” wszczepia Nimue i Condwiramurs; pomysł sam w sobie interesujący, choć jak na mój gust, ostatni tom cyklu złożonego z pięciu książek to trochę za późno, żeby go wprowadzać.

Wszystko jednak rozbija się o świat przedstawiony całej serii. Realia, w których żyje wiedźmin, to nie jest jakiś odpowiednik Ciemnych Wieków, tylko eklektyczna mieszanka najróżniejszych epok, z przewagą cech późnego średniowiecza (jak np. rozwinięty system bankowy czy kwitnące uniwersytety) czy wręcz wczesnej nowożytności (Jaskier mimo wszystko bardziej przypomina poetę renesansowego niż średniowiecznego trubadura). To nie jest świat, w którym nauką i historiografią zajmują się tylko mnisi w klasztorach. W takich warunkach czynienie z Geralta i Ciri postaci półlegendarnych kilkaset lat po ich śmierci przypomina przeprowadzanie podobnego zabiegu na Jagielle.

Wiedźmin przeciwko rasizmowi

Gdyby kazano mi wskazać myśli przewodnie całej serii, to oprócz rozważań nad swoiście pojmowaną miłością znalazłoby się wśród nich przekonanie, że cała ludzkość – z doprawdy drobnymi wyjątkami – tylko niszczy i wyrzyna lepszych od siebie, bez kradzionego dziedzictwa elfów do tej pory gnieździłaby się w norach w ziemi, nie znając makijażu, i generalnie jest obrzydliwym wrzodem i gangreną na ciele świata.

Ta pesymistyczna idea nie jest mi całkiem obca. W końcu nie bez powodu ekspansję człowieka w kosmos uważam za przedsięwzięcie wątpliwe moralnie. W serii o wiedźminie mowa jest raczej o ekspansji człowieka (chyba tylko białego?) na jednej planecie i dyskryminacji ludów autochtonicznych, czyli głównie elfów i krasnoludów. Konflikty na tle etnicznym coraz bardziej nabrzmiewają, podsycane zarówno zaszłościami historycznymi, jak i obecnymi wydarzeniami politycznymi, co Sapkowski przedstawia rzeczywiście bardzo zręcznie i realistycznie. Ponurą konkluzją całego wątku jest śmierć wiedźmina od ran otrzymanych właśnie w obronie ofiar pogromu.   

Przesłanie antyrasistowskie jest z pewnością szczytne, ale ponieważ ja to ja, to oczywiście do czegoś się przyczepię, bo z tym antyrasizmem Sapkowskiego jest trochę tak jak z jego feminizmem: w dużej mierze polega na głośnych deklaracjach i łopatologicznych aforyzmach.

Tymczasem naprawdę trudno przejąć się losem mordowanych elfów, skoro wszystkie plasują się na dosyć wąskim spektrum między aroganckim bufonem a dyszącym żądzą mordu fanatykiem. Z krasnoludami jest już lepiej, bo chociaż wszyscy mają tę samą osobowość, to jest to przynajmniej osobowość sympatyczna. Natomiast moje ulubione niziołki przed pogromem bronią się same, i to bardzo skutecznie, więc nie muszę się o nie martwić w ogóle.

I tak to już dla mnie jest z serią o wiedźminie: mogę ją doceniać pod względem estetycznym, zgadzać się z nią lub nie pod względem intelektualnym, polemizować z nią pod względem ideologicznym – ale emocjonalnie tak naprawdę nie zdołała mnie poruszyć, ponieważ nie została napisana tak, jakby mi się podobało.

Pora mi chyba się z tym pogodzić. Ale najpierw jeszcze "Sezon burz".

wtorek, 25 kwietnia 2017

ŚWIĘTOKRADZTWO C.D.! czyli Krytyka „Wiedźmina” – część II: Miłość, kobiety i Graal



Pamiętam, jak jeden z moich pająków grał w pierwszego „Wiedźmina”.

– Zbliża się koniec samouczka, wiedźmin rozmawia z Triss – opowiadał, nie kryjąc zbulwersowania. – I w pewnym momencie pojawia się wybór opcji dialogowych, który sprowadza się do alternatywy „Bądź miły” / „Bądź kutasem”. No to wybrałem to pierwsze, bo dlaczego nie, a tu nagle bam! Wiedźmin ląduje z Triss w łóżku!

Co więcej, po niespodziewanej scenie erotycznej zostaje miła pamiątka: karta z wizerunkiem roznegliżowanej Triss. 



Takich obiektów kolekcjonerskich, rozbrajająco nazwanych na pewnej stronie fanowskiej „kartami sexu”, jest w grze dwadzieścia kilka, ponieważ – jak wyjaśnia ta sama strona z nieustająco rozbrajającą szczerością – „Wiele z kobiet czuje niedowartościowanie ze strony męża, kochanka, przyjaciela, jak i podniecenie widząc żywą legendę – białowłosego wiedźmina. Dzięki temu Geralt może zaspokoić swoją męskość z bliżej poznaną mu kobietą, jak po prostu ze zwykłą prostytutką”.

Pająk zresztą stwierdził po pewnym czasie, że zaspokajanie męskości Geralta to jedyny powód, żeby w tę grę grać, ponieważ walka jest w niej okrutnie nudna. Opinię tę potwierdził mój wiarołomny kuzyn (ten, który radził mi zacząć czytanie cyklu o wiedźminie od „Krwi elfów”).

Będąc symulatorem randkowania, pierwszy „Wiedźmin” nie do końca zatem oddaje to, co w książkach mi się podobało – czyli właśnie walki – natomiast dość wiernie adaptuje ich aspekt romansowy. Nota bene, pierwsza strona pierwszego tomu opowiada o tym, jak jakaś dziewczyna – jeszcze nie wiemy, czy rusałka, czy też śmiertelniczka – smyra Geralta piersiami.

Romanse w książkach o wiedźminie są bowiem równie subtelne jak karty sexu – choć jednocześnie nie tak prostolinijne jak ciąg przyczynowo-skutkowy „wybierz właściwą opcję dialogową” à „daj kobiecie pierścionek” à „ciesz się nowym trofeum”.

Nie tak prostolinijne, ale i nie tak zrozumiałe. Bo stosunki damsko-męskie (a w jednym przypadku damsko-damskie) są u Sapkowskiego... dziwne.

Miłość jest zaborcza i mordercza

Temat miłości po raz pierwszy zostaje podjęty w „Ziarnie prawdy”, u samego początku pierwszego tomu opowiadań („Ostatnie życzenie”). Z lenistwa, jak również dlatego, że i tak już za dużo czasu spędzam na przeżuwaniu twórczości Sapkowskiego, pozwolę sobie zacytować swoje wrażenia na temat tego opowiadania wzięte stąd:

„W „Ziarnie prawdy” mamy do czynienia z ciekawą i miejscami zabawną transformacją baśni o Pięknej i Bestii. Nivellen – czyli właśnie Bestia – jest ze swojego stanu raczej zadowolony, bo odmienność przyciąga dziewczyny. Trochę go co prawda martwią potworne sny, które ostatnio miewa, ale trudno, da się z tym żyć.

Przynajmniej dopóki nie wyjdzie na jaw, że sny te wywołuje jego najnowsza i najulubieńsza ukochana, która jest – tak, tak – wampirzycą. Śliczna Vereena chce z Nivellena zrobić prawdziwego potwora, którym będzie mogła dowolnie powodować.

I w tym momencie misterna maszyneria opowiadania zaczyna mi ostro zgrzytać. Po pierwsze, poznawszy prawdziwą naturę ukochanej, Nivellen przebija ją na wylot wielkim drągiem. Ją, którą dopiero co tak tkliwie kochał - teraz bez chwili wahania nabija na wielki kołek. Prawda, że wampirzyca zamierza właśnie zabić wiedźmina, ale takie przedziurawienie ukochanej mimo wszystko wydaje mi się krokiem z gatunku tych bardziej radykalnych i niveluje moją sympatię do Nivellena (wybaczcie tę krotochwilę).

A żeby było jeszcze śmieszniej, nadziana na drąg Vereena przed śmiercią jeszcze wyznaje Nivellenowi miłość. Wyznanie brzmi „Będziesz mój albo niczyj”, a towarzyszy mu sięgnięcie wampirzymi ząbkami ku tętnicy szyjnej.

Oto gorzki komentarz na temat miłości - myślę sobie. Żadnej miłości nie ma, jest tylko zaborcza zachłanność, oszustwo, walka płci i autodestrukcja. Znakomicie wyartykułowany cynizm - myślę i szczerze gratuluję Sapkowskiemu jego zręczności.

A potem mój wzrok pada na kolejne akapity, w których okazuje się, że Nivellen właśnie odzyskał ludzką (i nader nadobną postać), zaś wiedźmin orzeka, że stało się to dzięki sile prawdziwej miłości.

Sile prawdziwej miłości, w której kobieta manipulowała mężczyzną, skłaniając go do potwornych czynów, żeby zapewnić sobie potężnego obrońcę. Prawdziwej miłości, w której mężczyzna przy pierwszej okazji nabił kobietę na wielki rożen”.

I tak okazuje się, że „zaborcza zachłanność, oszustwo, walka płci i autodestrukcja” to według Sapkowskiego właśnie JEST miłość.

Miłość jest toksyczna i kłamliwa

Och, Yennefer. Naczelny wątek romansowy cyklu wiedźmińskiego, o którym zapewne słyszał każdy, nawet jeśli nie czytał książek, chociażby dzięki mnogim coverom „Pieśni Priscilli” buszującym po Youtubie. Miłość tak wielka i święta, że Yennefer nie pojawia się nawet w kartach sexu.

O moich odczuciach na temat relacji Geralt-Yennefer dużo można powiedzieć, słowa są jednak kulawe i nie tak wymowne jak obiektywny i naukowy wykres.



Wątek ten jest zgniły od samego korzenia – tzn. od opowiadania „Ostatnie życzenie”. Oprócz naprawdę zabawnej fabuły osnutej wokół życzeń spełnianych przez przypadkowo wypuszczonego z butelki dżina, mamy tam kunsztownie zarysowane narodziny prawdziwej głębokiej miłości. Zafascynowany piękną, niezależną i obcesową Yennefer, Geralt gapi się na nią w kąpieli. Następnie Yennefer gwałci go mentalnie i przejmuje nad nim kontrolę, żeby stłukł paru ludzi, którzy jej podpadli. Efekt: Geralt ląduje w więzieniu. Na koniec Geralt wypowiada przed dżinem życzenie (tytułowe ostatnie), po którym następuje namiętny seks między nim a Yennefer. Jak dokładnie brzmi życzenie, tego nie wiemy, można jednak domniemywać, że Geralt zażądał, by Yennefer go pokochała, co potwierdza wyżej wspomniana „Pieśń Priscilli” w słowach „Kiedy wyrzekłem moje życzenie,
Czyś mnie wbrew sobie wtedy pokochała?” (już nie mogę tego słuchać, odkąd wiem, o czym właściwie mowa).

W istocie, epicki to romans, który zaczyna się od ubezwłasnowolnienia jednej osoby (Geralt zahipnotyzowany przez Yennefer), a kończy ubezwłasnowolnieniem drugiej (Yennefer zostaje natychmiast ogarnięta miłością do Geralta dzięki życzeniu spełnionemu przez dżina).

W swoim eseju na temat legendy arturiańskiej „Świat króla Artura” (do którego jeszcze wrócę) Sapkowski chwali się, że w postaci Yennefer wskrzesił nieustępliwą, niezdobytą Nimue – „silną kobietę, która nie ulegnie, dopóki sama nie zechce”. Powinien dodać: „albo dopóki nie przymusi jej działanie siły nadprzyrodzonej”. Szkoda, że Merlin nie miał pod ręką żadnego dżina.

W kolejnym tomie, „Miecz przeznaczenia”, dowiadujemy się, że związek oparty na tak kruchych podstawach nie mógł się ostać, zwłaszcza że Yennefer rzuca w gniewie talerzami, zmusza Geralta do pieszczot na rozchwierutanym wypchanym jednorożcu i ma tendencje poliamoryczne, których Geralt nie potrafi zaakceptować. Męczą się ze sobą straszliwie, a mimo to Sapkowski usilnie próbuje mnie przekonać, że łączy ich jakieś potężne uczucie, ocierające się o metafizykę. Dwa pierwsze opowiadania w tym tomie przypominają zatem wyjątkowo bolesne zatwardzenie, a absolutnym nadirem jest „Okruch lodu”, zawierający najbardziej chyba grafomański fragment, jaki kiedykolwiek wyszedł spod pióra Sapkowskiego:

-Jadę za tobą, Yen, bo zaplątałem, zawęźliłem uprząż moich sań w płozy twoich. A dookoła mnie zamieć. I mróz. Zimno.
-Ciepło stopiłoby w tobie okruch lodu, którym cię ugodziłam-szepnęła.-Wówczas prysłby czar, zobaczyłbyś mnie taką, jaka naprawdę jestem.
-Smagaj tedy białe konie, Yen, niechaj mkną na północ, tam gdzie nigdy nie nastaje odwilż. Oby nigdy nie nastała. Chcę jak najprędzej znaleźć się w twoim lodowym zamku.
-Ten zamek nie istnieje.-Usta Yennefer drgnęły, skrzywiły się.-Jest symbolem.

Znów Rzędzian próbuje być Katonem. Ten sentymentalny dialog jeszcze bardziej rzuca się w oczy na tle zwykłego, cynicznego i dosadnego stylu Sapkowskiego. Pomijając jednak jego arcypretensjonalną formę, treść jest dosyć jasna: Yennefer nie chce żadnego bliższego, poważniejszego i bardziej szczerego związku, Geralt tradycyjnie jest bęcwałem, zaś relacja, w której oboje tkwią, jest toksyczna. Doprawdy ogromną ulgą jest rozstanie pary kochanków pod koniec „Okruchu lodu”, bo oprócz przywoływanego raz po raz zapachu bzu i agrestu nie istnieje absolutnie żaden powód, żeby byli razem. Kolejne opowiadanie – szyderczy, przenikliwy i pełen wartkiej akcji „Wieczny ogień” – był niczym powiew świeżego powietrza po wyjściu z wilgotnego lochu.

Niestety, nie jest to koniec perypetii miłosnych Yennefer i Geralta. Zanim jednak wątek ten powróci niczym morderczy bumerang, Geralt musi pomęczyć się trochę sam.

Miłość jest nagła i irracjonalna

No, może nie do końca sam, bo już w kolejnym opowiadaniu, „Trochę poświęcenia”, Geralt spotyka młodą pieśniarkę zwaną Oczko. Sama Oczko jest sympatyczną postacią, uroczy jest wątek przyjaźni, uczuć opiekuńczych i rywalizacji między nią a Jaskrem, przewijającą się w tle historię romansu władcy z syreną da się znieść. Wszystko to przypomina babeczkę, która smakuje całkiem nieźle, póki człowiek nie natknie się na ukryty w niej gwóźdź.

A gwoździem jest nagła i wyniszczająca miłość, jaką Oczko ni z tego, ni z owego zaczyna pałać do Geralta. Prezentowane jest to jak wielka tragedia na miarę Tristana i Izoldy, Oczko niemalże kona z nieodwzajemnionego uczucia, a Geralt – po pierwotnym zakłopotaniu – wreszcie obdarza ją rozkoszą. W samą porę, bo jak informuje nas narrator, kilka lat później Oczko umarła z powodu zarazy. Na szczęście przed śmiercią zdołała doznać spełnienia w ramionach wiedźmina, dając nam powód do słodko-gorzkiego wzruszenia.

A przynajmniej taki – jak sądzę – był zamysł Sapkowskiego. Bo w moim przypadku, ilekroć Oczko spoglądała na Geralta z miłosną rozpaczą, po głowie zaczynało mi jak mantra chodzić zdanie: „Dziewczyno, opanuj się, znasz go od kilkudziesięciu godzin”. Przedstawianie czegoś, co bardziej przypomina głupie zauroczenie, jako głębokiego uczucia, po prostu nie gra z wszechobecną kpiną i szyderstwem, jakie uprawia Sapkowski. Ilekroć próbuje zmienić tonację, w moich uszach brzmi fałszywie i niespójnie.

Jest jednak w tym wątku jedna dobra rzecz: początkowe zażenowanie Geralta, który zastanawia się, czy Yennefer czuła wobec niego to samo, co on czuje wobec schnącej z miłości Oczko, tj. żal i litość. Moje złe serce uradowało się bardzo tym fragmentem, który wzięło za postępującą dekonstrukcję wątku miłości Geralta i Yennefer.

Przyszłość miała pokazać, jak bardzo się omyliło. Wcześniej jednak doznało jeszcze jednej radości: tylekroć już przywoływanego „Coś więcej”.

Miłość ma wiele twarzy

Pierwsze moje zetknięcie z tym opowiadaniem – ostatnim w tomie „Miecz przeznaczenia” – miało miejsce wiele lat temu. Z tego pierwszego zetknięcia pozostało mi tylko mgliste i mało przyjemne wspomnienie Geralta jadącego na wozie i majaczącego z powodu ran.

W istocie, Geralt jest ranny i opuszczony przez wszystkich. Tym razem jego smętek brzmi bardziej wiarygodnie niż wtedy, gdy jest w pełni sił żywotnych, a przy boku ma Jaskra gotowego znosić jego humory i białogłowy, które zerkają na niego tęsknie bądź łakomie. W takim stanie absolutnego osamotnienia najpierw spotyka swoją matkę – czarodziejkę, która wiele lat temu go opuściła, skazując go na bolesny wiedźmiński los. Dowiaduje się też, że Yennefer zginęła. Nie może zatem liczyć ani na miłość matczyną, ani na miłość kochanki. Obydwie go w jakimś sensie zawiodły.

I wtedy pojawia się Ciri – dziewczynka, którą miał wziąć na wychowanie i która z powodu magicznych przysiąg i układów stała się ponoć jego przeznaczeniem; dziewczynka, którą opuścił w poprzednim opowiadaniu, dla jej dobra rezygnując z robienia z niej wiedźminki; dziewczynka, która cudem przeżyła rzeź jej rodzinnego miasta. Geralt jest przekonany, że Ciri nie żyje, i że on jest do pewnego stopnia winien jej śmierci. Kiedy wreszcie ona i wiedźmin się spotykają, następuje radosne i naprawdę wzruszające powitanie oraz zapadająca w pamięć puenta.

Geralt zawiódł się i na swojej matce, i na Yennefer. Teraz następuje odwrócenie sytuacji: sam mało co nie zawiódł Ciri. Kiedy na jej słowa „jestem twoim przeznaczeniem” odpowiada „Nie, Ciri, jesteś czymś więcej”, wydaje się, że wreszcie nastąpił w nim jakiś przełom, że wyzwolił się od żalu wobec całego świata, toksycznego uczucia i roszczeniowej postawy bęcwała łaknącego czułości. Teraz to on musi stać się kimś, kto zapewni czułość i opiekę Ciri, i będzie wystarczająco dojrzały, żeby ją wychować.

Szczęśliwe moje serce mogłoby pomyśleć w tym momencie, że wie już, o czym będzie dalsza część cyklu: o budowaniu wzajemnej relacji między Ciri i Geraltem i wspólnych przygodach w niebezpiecznym, czasem wrogim, zawsze barwnym świecie. Coś jak „The Last of Us”, tyle że z elfami zamiast zombi opanowanych przez grzyby.

Tak by mogło pomyśleć moje serce, gdyby nie to, że nieopatrznie poznało już wcześniej treść „Krwi elfów”.

Ten wspaniały przełom postaci Geralta, to cudowne wygaszenie wątku Yennefer, a nawet zapowiedź relacji z Ciri zostają w tej książce całkowicie unieważnione. Geralt znowu jest bęcwałem boczącym się na wszystko i wszystkich, Yennefer żyje i ma się dobrze, a wiedźmin dalej ma niezrozumiałą obsesję na jej punkcie, a relacja między Geraltem a Ciri zostaje ledwie zarysowana, zanim obydwie postaci rozstają się praktycznie na pięć tomów.

Wielki powrót Yennefer

Jeśli „Krew elfów” opisuje budowanie jakiejkolwiek relacji, to jest to relacja między Yennefer i Ciri, początkowo zresztą osnuta wokół Geralta, czyli Wielkiego Nieobecnego tej książki. Kiedy już zaakceptuje się nijakość i nieistnienie samego wiedźmina, relacja ta staje się nawet ciekawa: zrodzona z zazdrości i żalu, ewoluuje z wolna w stronę wzajemnego szacunku i czułości między matką a córką. Trzeba co prawda przełknąć ewidentną fascynację Sapkowskiego kobiecym ciałem, również młodocianym, jest jednak jasne i oczywiste, że Yennefer bez Geralta wiele zyskuje. Tak samo zresztą jak Geralt bez Yennefer.

Geralta, jako mężczyznę, porównać można do ogórka. Yennefer, jako kobieta (w dodatku odgrywająca wobec Ciri rolę matki) jest niczym mleko. A jak wszyscy wiemy, ogórków i mleka łączyć nie należy.

Dlatego z pewną ulgą należy przyjąć fakt, że przez większość sagi Yennefer i Geralt nie mają ze sobą styczności, a ich spotkania, ograniczające się do namiętnego seksu, są na tyle krótkie, by nie zdążyły się pojawić pretensjonalne, toksyczne podteksty z „Okrucha lodu”. Z drugiej strony, brak tych kontaktów (jak również brak kontaktów ich obojga z Ciri po „Krwi elfów” i „Czasie pogardy”) skutecznie zapobiega jakiemukolwiek rozwojowi ich relacji. Geralt nie ma szans dojrzeć ani jako partner, ani jako ojciec.

Oddam Sapkowskiemu sprawiedliwość: Yennefer przeżywa swoją ścieżkę rozwoju, w pełni wpasowując się w rolę matki wobec Ciri. Chociaż wątek przetykany jest mistycyzmem ku czci Wielkiej Bogini Matki, który mocno woniał mi „Mgłami Avalonu” (skojarzenie jak najbardziej uprawnione, bo Sapkowski bardzo ceni tę książkę), to zrealizowany jest zgrabnie, tyle że został ściśnięty na króciutkim odcinku przedostatniego tomu, „Wieży jaskółki”, w którym Sapkowski chciał pomieścić jak na mój gust trochę za dużo rzeczy (łącznie z całą historią jakiegoś królestwa, którego nazwy już nie pamiętam).

Yennefer staje się zatem dla Ciri matką i jest gotowa do ostatecznego poświęcenia dla swojej przybranej córki, natomiast Geralt pozostaje Geraltem. Ich miłość z jakiegoś zupełnie niejasnego dla mnie powodu trwa dalej, mimo że przez ostatnie trzy książki nie mieli ze sobą żadnego kontaktu i każde przeżywało własne przygody i własne olśnienia. Ale książka mówi nam, że bardzo się kochają, a ich miłość nie zna granic. Czym jest czytelnik, by wątpić i pytać „dlaczego” oraz „jak to możliwe”?

Miłość Geralta i Yennefer jest wieczna. Wieczna dlatego, że sam Sapkowski wydaje się już nie pamiętać o jej naznaczonych konfliktem i gwałtem początkach; dlatego, że od „Krwi elfów” trwa niezmiennie, choć pozbawiona pożywki; i dlatego wreszcie, że nie kończy się nawet po śmierci.

Geralt i Yennefer odchodzą bowiem z tego świata i trafiają do pachnącego jabłkami Avalonu, by być razem przez całą wieczność. Ich związek uzyskuje tym samym pełne autorskie poparcie. Ckliwość spod znaku Oczko uderza ponownie, i ponownie chyba mam czuć słodko-gorzkie wzruszenie. Problematyczna miłość Geralta i Yennefer została wybielona z wszelkich podtekstów toksycznych i sadomasochistycznych, i zarazem wyprana z wszelkich cech indywidualnych. Relacja dwóch osób, które będąc razem, potrafiły się tylko unieszczęśliwiać, nagle staje się romantycznym wzorcem, które Sapkowski przecież tak lubi wyśmiewać.

Tę bladą i naiwną wizję ratuje tylko moja złośliwa hipoteza, zgodnie z którą Yennefer i Geralt tak naprawdę trafili do piekła. W końcu za życia mimo swojej deklaratywnej miłości nie byli w stanie wytrzymać ze sobą głupich kilku miesięcy... a teraz będą musieli spędzić razem całą wieczność.

Oscar za najlepszą postać żeńską

Yennefer, szczególnie pod sam koniec sagi (dopóki nie połączy się z Geraltem, oczywista), staje się postacią znacznie ciekawszą niż Geralt. Większość jednak postaci kobiecych, które przewijają się przez karty kolejnych książek, nie może pomarzyć o tak interesującej konstrukcji. Kobiety jako ogół wpisują się w fantastyczny ideał istoty pięknej (i dbającej o linię – dlatego właśnie dwie powabne zarrakiańskie wojowniczki powstrzymują się od jedzenia, choć jednocześnie nie stronią od żłopania hektolitrów piwska) i zawsze chętnej (tu na pierwszy plan wybija się absurdalne przyjęcie, na którym wszystkie [wszystkie!!!] czarodziejki próbują uwieść Geralta). Mimo że Sapkowski tworzy całą tajną organizację czarodziejek, które zamierzają po kryjomu rządzić światem, to skupia się przede wszystkim na opisywaniu ubrań i biżuterii każdej z nich, z pietyzmem dorównującym tylko pieczołowitości opisu wykwintnych posiłków. Głupio się przyznać, ale połowa z tych niby sprytnych, niby silnych czarodziejskich osobowości zlała mi się w głowie w bezkształtną, pozbawioną twarzy masę wydekoltowanych sukni i diamentowych kolii – archetyp kobiety silnej swoją seksualnością.

Bo najczęściej właśnie dzięki swojej seksualności kobieta może być silna: tajemnicza i uwodzicielska, podstępna i niezrozumiała, pociągająco inna. Obca.

Dlatego tak bardzo lubię Milvę – postać zupełnie drugoplanową, która odgrywa jakąś rolę właściwie tylko w „Chrzcie ognia”, trzecim tomie sagi, a piątym całego cyklu. Milva jest łuczniczką, mówi jakąś przestarzałą gwarą i twardo stąpa po ziemi, przywołując do porządku kompanię facetów, z których większość stanowczo za bardzo lubi ględzić. Narracja nie powraca w kółko do jej wyglądu albo zapachu, skupiając się zamiast tego na tym, co Milva ma do powiedzenia albo co przeżyła. To między innymi dzięki niej „Chrzest ognia” jest jedną z przyjemniejszych części cyklu.

I mając w rękach taki skarb, Sapkowski go moim zdaniem zmarnował. Ostatnia ważna rzecz, jaka spotyka Milvę, ma miejsce pod koniec „Chrztu ognia”. Dokonuje ona wtedy doniosłego moralnego wyboru – który zaraz zostaje niestety unieważniony przez przejazd bezlitosnego walca imperatywu fabularnego – i przez następne dwa tomy orbituje wokół Geralta, zachowując wprawdzie cudownie cięty język, ale tracąc nieco ze swojej głębi. Wygląda to tak, jakby autor nie za bardzo wiedział, co z nią dalej zrobić.

Do ostatnich chwil nie opuszczała mnie nadzieja, że Milva będzie jeszcze miała swój moment, jakieś chwalebne zwieńczenie swojego własnego pobocznego wąteczku. Niestety, zamiast tego Milva zostaje podle uśmiercona wraz z kilkoma innymi postaciami znacznie ciekawszymi niż Geralt.

Ale mimo wszystko cieszę się, że Sapkowski ją stworzył.

Specjalne wyróżnienie wędruje do czarodziejki Tissai de Vries: ze swoją surowością i pedantyzmem graniczącym z zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym wyróżnia się ona na tle innych czarodziejek, które wyglądają, jakby wyszły spod jednej sztancy.

Tissaię też Sapkowski bezlitośnie zarzyna.


Ciri: od obiecującej postaci do Mary Sue i Graala

Na tym podtytule można by właściwie zakończyć, bo streszcza całą drogę, jaką przebywa Ciri w cyklu wiedźmińskim.

Na początku jest wrzaskliwym dzieciakiem i zmusza Geralta, żeby się nią zaopiekował. Gorliwie uczy się walki, z dziecięcym idealizmem (który Geralt smętnie próbuje zgasić) zapowiada walkę w obronie dobra przeciwko złu, jest przedsiębiorcza i bezczelna, ufna i ciekawska, i generalnie stanowi postać znacznie ciekawszą niż wymięty Geralt.

Jednocześnie jednak od samego początku w jej postaci pojawiają się niepokojące rysy. Z początku się ich nie dostrzega; potem się je lekceważy; wreszcie jednak, kiedy rysy staną się wyrwami i dojdzie do ostatecznej katastrofy, człowiek zwraca się myślą wstecz i sam siebie pyta: „Czemu wcześniej nie zauważyłem, do czego to wszystko zmierza?”.

Ciri jest królewną w przebraniu. Wielu jest takich, którzy chcieliby dostać ją w swoje łapy i wykorzystać w politycznych zagrywkach. Ciri miewa wizje przyszłości. Ciri ma sny o czarnym rycerzu, który wywiózł ją z masakrowanego miasta, a potem zrobił jej coś strasznego, czego ona nie pamięta. Ciri przykłada się do wiedźmińskich ćwiczeń i opanowuje znakomicie sztukę władania bronią białą. Ciri jest uzdolniona magicznie i dzięki szkoleniu Yennefer osiąga jaką taką biegłość również w czarach. Ciri niby nie jest ładna, ale świątynny skryba z miejsca się w niej zakochuje. Ciri jest potomkinią elfów. Ciri jest potomkinią całego rodu o wyjątkowo potężnych zdolnościach magicznych. Ciri jest ostatnim ogniwem eugenicznego eksperymentu, mającego na celu stworzenie mesjasza, który ocali świat przed epoką lodowcową. Ciri jest posiadaczką magicznej macicy, z której wyjdzie ww. mesjasz, i to dlatego wielu jest takich, którzy chcieliby dostać ją w swoje łapy i wykorzystać w eugenicznych zagrywkach. Ciri wzbudziła uwielbienie niezliczonych hord miłośników, którzy teraz gotowi są oddać życie za jej sprawę. CIRI JEST PANIĄ ŚWIATÓW I POTRAFI PODRÓŻOWAĆ W CZASIE I PRZESTRZENI.

Sapkowski obdarza ją kolejnymi fantastycznymi umiejętnościami i kolejnymi zakochanymi w niej NPC-ami. Można powiedzieć, że Ciri na to zasługuje, bo swoje musi przecierpieć. Tylko że jej osiągnięcia rzadko sprawiają wrażenie czegoś, co Ciri zdobyła swoją krwawicą; o wiele częściej są jej zsyłane hojną ręką autora. Nie zawsze, przyznaję; są momenty, w których Ciri działa, i to skutecznie i efektownie zarazem. O wiele częściej jednak zostaje zredukowana do roli magicznej macicy, a cała jej wartość sprowadza się do jej wyjątkowego, potężnego genomu.

Swoistym nadirem cyklu jest tu początek „Pani jeziora”, ostatniego tomu. Ciri trafia do krainy elfów i wreszcie poznaje prawdę o swoim skomplikowanym rodowodzie i magicznej macicy, a dodatkowo dostaje ofertę nie do odrzucenia: pozostanie w krainie elfów, dopóki nie urodzi jej królowi dziecka – wszechpotężnego mesjasza.

I przyjmuje tę ofertę.

Nie po to nawet, by zyskać na czasie, uśpić czujność elfów i odkryć alternatywną drogę ucieczki. Nie, Ciri godzi się na ofertę elfów całkowicie szczerze, przyjmuje stuprocentowo bierną postawę, a przed zapłodnieniem chroni ją tylko wstręt króla elfów przed kopulacją z osobą o tak wysokiej zawartości genów ludzkich.

Z krainy elfów Ciri wymyka się tylko dzięki nagłej interwencji jednorożców, skonfliktowanych z elfami. To jednorożce nawiązują z nią kontakt i to jednorożce zdradzają jej sposób na ucieczkę. Szczęśliwie Ciri ma przynajmniej okazję stoczyć podczas tej ucieczki efektowną walkę na miecze, ale zanim to nastąpi, wykazuje się przedsiębiorczością zwiędłej pietruszki albo, nie przymierzając, Geralta.

Ciri zresztą wyraźnie zajmuje miejsce Geralta w sadze, stając się nowym centrum, nowym pępkiem świata, nową miarą wszechrzeczy, w odniesieniu do której określają się wszystkie inne postaci. W pewnym momencie staje się to wręcz groteskowe: okazuje się na przykład, że czarny rycerz, który wywiózł ją z masakrowanego miasta, a o którym Ciri śniła koszmary, to zakochany w niej do szaleństwa młodzieniaszek imieniem Cahir. Zakochał się w niej właśnie wtedy, kiedy wywiózł ją, półprzytomną, z miasta, po czym stwierdził, że koniecznie musi ją umyć i zdjął z niej ubranie. Miał około dwudziestu lat, ona około dwunastu, i jej dopiero sposobiące się do dojrzewania ciałko wywarło na niego przemożny wpływ, który przez kolejne lata kierował wszystkimi jego krokami.

Na marginesie tylko zaznaczę, że jedyna sytuacja, w której Cahir byłby zmuszony rozebrać Ciri do mycia, to awaria zwieraczy pod wpływem strachu, a to nie nastraja zbyt romantycznie.

Trzeba jednak przyznać, że w przeciwieństwie do Geralta, Ciri przebywa coś w rodzaju drogi od A do B, polegającej głównie na zgnojeniu młodzieńczego idealizmu. Nie do końca wierzę we wszystkie zakręty tej drogi, momentami odnoszę wrażenie, że Sapkowski wiedzę o psychologii dorastających dziewcząt czerpie przede wszystkim od Bettelheima, ale ogólnie rzecz biorąc można dostrzec w postaci Ciri pewien zamysł: bolesna utrata dzieciństwa, cynizm jako metoda obrony przed okrucieństwem świata, krwawa rozprawa z wrogami, stanięcie na własnych nogach i zjednoczenie z rodziną.

Nad tym wszystkim majaczy jednak mroczny cień przepowiedni o nadchodzącej epoce lodowcowej. Ciri – albo jej dziecko – jest jedyną osobą zdolną uratować świat przed tą groźbą. Do ostatnich stron można się zastanawiać, jak ten wątek się zakończy. Czy Ciri zaakceptuje rolę wyznaczoną jej przez proroctwo i ocali świat? Czy poświęci się dla ludzkości, od której doznała tylu cierpień, ale która ma przecież w sobie również dobro? Czy może plunie w twarz przeznaczeniu i wybierze własną ścieżkę, świadoma, że być może skazuje cały świat na długie zimy, karczmy na Bałtyku i lodowiec pchający głazy narzutowe? Jaką decyzję podejmie Ciri?

Nie wiem. Do tej pory nie wiem. Bo wątek epoki lodowcowej w pewnym momencie się po prostu rozmywa. Ciri z pomocą jednorożca wysyła Yennefer i Geralta do piekła w Avalonie, a sama teleportuje się do świata króla Artura i opowiada swoje przygody Galahadowi (jak można przypuszczać, nie do końca zgodnie z prawdą). Galahad uważa ją za wróżkę i cały czas naprasza się o seks, Ciri najpierw go gasi, ale potem stwierdza, że w sumie jest całkiem niebrzydki i ręka w rękę odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.

Tak jest. Ciri właśnie wypięła się na cały świat, któremu grozi wieczna zmarzlina, na rzecz figli z dopiero co poznanym rycerzykiem, o którym nie wiemy dosłownie nic oprócz tego, że jest naiwny i wrażliwy na niewieście wdzięki. Nie rozumie do końca opowieści Ciri; ba, nie rozumie nawet do końca, kim ona jest, idealizując ją do samego końca jako istotę nadprzyrodzoną. Trudno to uznać za kwalifikacje do odegrania wobec Ciri roli bezpiecznej przystani po rozlicznych traumach i wstrząsach, a co dopiero równorzędnego partnera. Jedyne, co przemawia na korzyść Galahada, to jego wcale przyjemna facjata. Taki jest ostatni dar zesłany heroinie przez zawsze szczodrego autora.

Ostatni akord historii Ciri jest więc wysoce niesatysfakcjonujący. A jeszcze fałszywiej brzmi, jeśli człowiek zda sobie sprawę, co Sapkowski chciał przez ten ostatni akord powiedzieć:

Ciri to Graal.

Lecząca vulva

Nie przypadkiem przecież rycerzem, którego spotyka Ciri, jest właśnie Galahad, najczystszy z rycerzy, od urodzenia przeznaczony do odnalezienia Graala. W tej interpretacji upewnił mnie wspominany już esej Sapkowskiego „Świat króla Artura”, który zresztą uważam za mocno zideologizowany i miejscami wręcz bałamutny.

Jednym z tematów poruszanych w tym eseju jest oczywiście Graal, który Sapkowski interpretuje – za książką Jessie Weston z 1920 r. – jako oczywistego spadkobiercę magicznych kociołków z mitologii celtyckiej. Co prawda napomyka też, że w jednej z wersji opowieści o Percevalu rolę Graala pełni z odciętą głową Brana Błogosławionego, ale już w następnym akapicie z niezachwianą pewnością stwierdza, że Graal jest tak naprawdę symbolem kobiety. „Aby ją odnaleźć i zdobyć, aby ją zrozumieć, warto poświęcić sporo czasu i wysiłku” – pisze Sapkowski, w żaden sposób nie wyjaśniając, jak się to ma do świętego przedmiotu czci, jakim była ponoć głowa Brana.

Ta inspirowana Weston i „Białą boginią” Gravesa interpretacja opanowuje również historię o  Balinie, który zadał królowi Pellamowi ranę świętą włócznią, ściągając katastrofę na całą krainę, którą zażegnać może jedynie uzdrowienie króla przy pomocy Graala. Ku mojemu wielkiemu bólowi, Sapkowski robi z Balina jednowymiarowego zbrodniarza. Ani słówkiem nie wspomina o prześladującym rycerza fatum, skupiając się zamiast tego na tym, by świętą włócznię zrównać z oczywistym symbolem fallicznym. Zamiast na tym poprzestać, dodaje, że „leczący Graal to vulva”. Pomińmy fakt, że pięknie redukuje to kobietę, której „warto poświęcić sporo czasu i wysiłku”, do jej narządów płciowych. Warto zamiast tego doprowadzić myśl Sapkowskiego do logicznego wniosku, który brzmi: opowieść o Graalu jest potępieniem męskiego homoseksualizmu. No bo jeśli włócznia jest symbolem fallicznym, to Pellam zostaje raniony przez Balina penisem – i właśnie to smutne wydarzenie prowadzi do niedołężności samego króla i katastrofy całej jego krainy. Uleczyć go może tylko stosunek z kobietą. Trudno o czytelniejszą przestrogę przed zgubnymi skutkami sodomii.

A zatem kobieta to Graal. Cieszcie się, kobiety – chociaż czy rzeczywiście jest z czego? Kobietom należy się cześć i szacunek („warto poświęcić sporo czasu i wysiłku, by je zdobyć”) przede wszystkim z powodu ich powiązań z celtycką Wielką Boginią, z racji posiadania leczącej vulvy oraz cyklicznie złuszczanej śluzówki macicy. Sapkowski napomyka wprawdzie dość mętnie, że w społeczeństwie celtyckim kobiety odgrywały ogromną rolę, ale tak naprawdę kobieta jest głównie czymś, do czego się dąży (jak do Graala), czego się pragnie (tak, jak Merlin pragnął Nimue), czymś, co budzi poruszający do głębi duszy zachwyt i inspiruje (tak jak Beatrycze zainspirowała Dantego).

Wszystko to Sapkowski rzewnie podsumowuje cytatem z Lechonia: „Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. Oczywiście, że nie ma. W tym obrazie, niby skoncentrowanym na kobiecie, jest tylko mężczyzna, jego pragnienia i jego wyobrażenie o kobiecie, jej ubóstwienie i zarazem uprzedmiotowienie.

Kiedy Galahad spotyka Ciri, odnajduje swojego Graala. Co odnajduje Ciri? Coś, czego wcale nie szukała, chyba żeby uznać Galahada za zwieńczenie bardzo pobocznego wątku zaciekawienia Ciri sprawami seksualności.


Jeśli ktoś uważa, że zbyt daleko idę z interpretacją Ciri jako Graala, to istnieje sposób na jej potwierdzenie prostszy niż czytanie całego eseju „Świat króla Artura”. Wystarczy przejrzeć opowiadanie „Coś się kończy, coś się zaczyna”, czyli coś w rodzaju fan fiction, które Sapkowski napisał do własnej sagi. Tam również Ciri spotyka Galahada (choć w innych okolicznościach), tam również z miejsca się w sobie zakochuje, i tam padają znamienne słowa:

Galahad ponownie pomyślał, marszcząc czoło.
- A Graal? - spytał wreszcie. - Co z Graalem?
- Co to jest Graal?
- Coś, czego się szuka - Galahad uniósł na poetę swoje rozmarzone oczy. - Coś, co jest najważniejsze. Coś, bez czego życie traci sens. Coś, bez czego jest się niepełnym, niedokończonym, niedoskonałym.
Poeta wydął wargi i spojrzał na rycerza swym słynnym spojrzeniem, wzrokiem, w którym wyniosłość mieszała się z wesołą życzliwością.
- Cały wieczór - powiedział - siedziałeś obok twego Graala, matołku.

To właśnie dostajemy zamiast decyzji Ciri w sprawie epoki lodowcowej. Z działającej postaci bohaterka staje się nie tylko nieruchomym poruszycielem na wzór Geralta, ale po prostu obiektem, nagrodą dla Galahada, którego czytelnik nie zdążył nawet dobrze poznać. Co więcej, jest obiektem tajemniczym i niezrozumiałym, bo przecież właśnie powinny być kobiety w porządnym wątku miłosnym – tajemnicze, niezrozumiałe i pociągająco obce. I taka właśnie powinna być według Sapkowskiego miłość – nagła, irracjonalna, zrodzona w nagłym błysku.

Co trochę się kłóci z deklarowaną przez Sapkowskiego mądrością, że na zrozumienie kobiety warto poświęcić trochę czasu i wysiłku.