Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 września 2017

Czego nie ma na fanfiction.net - "Mennymsowie", Sylvia Waugh (tłum. Agata Kowalczyk)



Co najmniej raz w roku muszę przeczytać sobie wszystkie pięć tomów „Mennymsów” i za każdym razem ogarnia mnie smutek, że seria ta nie zyskała takiego rozgłosu, na jaki moim zdaniem zasługuje. Niezmiennym zdumieniem napawa mnie na przykład fakt, że na najstraszliwszej stronie całego Internetu, tj. fanfiction.net, nie ma ani jednego grafomańskiego popisu inspirowanego „Mennymsami”. Chociaż może nie ma czego żałować; pamiętam szok, jakim był pedofilski fanfik o „Serii niefortunnych zdarzeń”, w którym Hrabia Olaf marzy o zgwałceniu Klausa.

To chyba zresztą tłumaczy brak fanfiction na temat „Mennymsów”: szmacianą lalkę trudno zgwałcić, a właśnie wielkimi szmacianymi lalkami są Mennymsowie. 

Makabryczne okładki też mogły zaszkodzić popularności tej serii, prawdę mówiąc.
 
Ożyli po śmierci Katarzyny Penshaw, swojej ekscentrycznej stwórczyni, i od tej pory przez czterdzieści lat ukrywali przed światem swoją prawdziwą naturę. Udają zwykłych ludzi, co nie jest wcale takie trudne w świecie, w którym nikt nie patrzy sobie w oczy. Udają jednak również na własny użytek. Odprawiają na przykład rytuał rodzinnego niedzielnego obiadu, choć nic podczas niego nie jedzą. Jeremiasz, ojciec rodziny, lubi udawać, że pali fajkę i że bolą go plecy od pracy w ogrodzie. Panna Quigley udaje, że mieszka na Trevethick Street, chociaż większość czasu spędza w szafie pod schodami, wychodząc stamtąd tylko na krótkie odwiedziny u Mennymsów.

Od czterdziestu lat ciągną swoje udawanki, znajdując satysfakcję w upodabnianiu swojego życia do życia zwykłych ludzi. Nigdy się nie zmieniają; sir Magnus od czterdziestu lat jest siedemdziesięcioletnim staruszkiem, Szarlotta nie może przestać być nieznośną nastolatką, choćby nawet chciała, a Bobo nigdy nie wyrośnie z niemowlęctwa. I choćby nie wiadomo jak udawali, żadne nie będzie nigdy człowiekiem.

To absolutne wyobcowanie ze świata jest przyczyną melancholii Kuby, outsider nawet we własnej rodzinie, którego Katarzyna Penshaw uszyła wyłącznie z niebieskiego materiału. Ze wszystkich Mennymsów on ma najwięcej powodów, żeby bać się świata; i dlatego właśnie tak cudowne jest, że stopniowo wychodzi ze swojej skorupy i po czterdziestu latach depresyjnego letargu zaczyna godzić się ze swoim losem. Zresztą niemal każdy członek niesamowicie różnorodnej i barwnej rodziny Mennymsów przechodzi jakąś wewnętrzną drogę, na przekór swojej niezmienności.

Świat stopniowo przestaje być aż tak straszny i wrogi, a ludzie aż tak obcy. Po pierwsze dlatego, że Mennymsowie mogą liczyć na siebie nawzajem (chociaż na co dzień są dla siebie przeważnie opryskliwi i uszczypliwi). Po drugie zaś dlatego, że oprócz ludzi bezmyślnych i okrutnych spotykają też życzliwych i pomocnych. Po czterdziestu latach zastoju Mennymsowie są coraz częściej zmuszani do podejmowania nowych wyzwań i wychodzą z nich zwycięsko, jednocześnie zmieniając się na lepsze. Wioletta, matka rodziny, staje się bardziej stanowcza i nie boi się walczyć o swoje. Panna Quigley opuszcza Trevethick Street w szafie i staje się pełnoprawną domowniczką jako niania Bobo i znakomita malarka.

A skoro mowa już o pannie Quigley, to jako postać łącząca w sobie duże poczucie własnej godności, artystyczną ambicję, przywiązanie do konwenansów i niepozorność postaci, jest jednym z wielu elementów książki, których zupełnie się nie docenia jako dziecko.

Dlatego właśnie co najmniej raz na rok muszę przeczytać wszystkie pięć tomów „Mennymsów” – żeby zobaczyć, co docenię tym razem.

środa, 19 lipca 2017

Merlin, 700 lat wcześniej - "Celtika", Robert Holdstock



W niezliczonych opowieściach inspirowanych legendą arturiańską stosunkowo rzadko zdarza się, by postać Merlina niemal całkowicie oderwać nie tylko od króla Artura, nie tylko od jego ojca Uthera, ale nawet od samej Brytanii.

„Celtika” opowiada o czasach znacznie wcześniejszych niż rzekome czasy Artura (mgliście szacowane na końcówkę V wieku). Chociaż w samym tekście żadne daty nie padają, to czas akcji można bardzo dokładnie określić na rok 279 p.n.e., ponieważ jednym z elementów fabuły jest wielki najazd Celtów pod przywództwem Brennusa na Grecję. Mimo jednak tak mocnego osadzenia w historii, książka jest równocześnie przesiąknięta mitami. Oto bowiem Merlin wędruje do Pohjoli daleko na północy, aby przebudzić Jazona, który od 700 lat razem z wierną Argo śpi na dnie magicznego jeziora. Razem odbudowują Argo (tym razem opiekunką statku jest nie grecka Hera, lecz fińska Mielikki), zbierają drużynę nowych Argonautów i ruszają na poszukiwanie synów Jazona uprowadzonych przez złowieszczą Medeę.

Sam Merlin jest tajemniczą, pradawną istotą, która wędruje po świecie od początku czasów i nie starzeje się, póki nie używa swojej czarodziejskiej mocy. Dlatego właśnie stara się ze swoich zdolności korzystać jak najoszczędniej, choć ambitna szamanka Niiv kusi go do czegoś całkiem odwrotnego. Pomysł na taką interpretację postaci Merlina jest jednym z ogromnych plusów powieści; sam Merlin jednak, przez swoją niechęć do działania, nieruchawość i dystans do wszystkiego paradoksalnie staje się po pewnym czasie jej minusem.

„Celtika” ma oprócz tego wszystkie wady, jakie często można spotkać w pierwszych tomach planowanych dłuższych serii, tj. kulejące chwilami tempo akcji i brak satysfakcjonującego zakończenia. Jednocześnie jednak jest przepełniona smakowitymi pomysłami i pokazuje fascynujący świat, rozpoznawalny dla współczesnych oczu, ale przesiąknięty na wskroś mitologią (i to nie jedną), prezentując świeże spojrzenie na legendę arturiańska – wbrew tytułowi wcale nie tylko celtyckie.

Wpływ mody na wikingów na okładki książek.

środa, 21 czerwca 2017

Zróbmy sobie Mesjasza - "Diuna" i "Mesjasz Diuny", Frank Herbert



„Diuna”. Książka, która w sposób niezaplanowany rozrosła się do wieloksięgu i nie przestała rosnąć nawet po śmierci autora. Seria, której nie wypada nie znać, a znając – nie wypada mówić źle. Mieszanka fantasy i science fiction, bogaty i oryginalny świat z żeńską sektą maczającą palce w polityce i eugenice, wielkimi piaskowymi czerwiami produkującymi narkotyk pozwalający na podróże w kosmosie, poszerzaniem granic fizycznych i mentalnych możliwości człowieka i masą innych ciekawych rzeczy – a jednocześnie zaskakujący konserwatyzm, gdy chodzi o zasadniczy zrąb fabuły.

Im dłużej się zastanawiam, tym więcej widzę podobieństw między „Diuną” a „Kołem czasu” Jordana. I tu, i tam występuje wojowniczy, honorowy lud przystosowany do twardego życia na pustyni. Zarówno Fremeni Herberta, jak i Aielowie Jordana wierzą w mesjańskie przepowiednie. W obu książkach w przepowiednie te niczym Nerevaryjczyk wpasowuje się przybysz z zewnątrz – Paul Atryda albo Rand al’Thor. Obaj obdarzeni są wyjątkowymi umiejętnościami, w tym m.in. zdolnością do korzystania zarówno z męskiego, jak i z pierwiastka mocy/magii zarezerwowanego dla kobiet, które należą do organizacji o wielkim znaczeniu politycznym i nie najlepszej opinii (Bene Gesserit u Herberta albo Aes Sedai u Jordana).

„Diuna” przewyższa jednak „Koło czasu” tym, że dobija do satysfakcjonującego zakończenia w ciągu jednej książki, wprawdzie grubej, ale jednak zwięźlejszej niż kilometry sześcienne twórczości Jordana. Poza tym świat stworzony przez Herberta w „Diunie” i w „Mesjaszu Diuny” – dwóch książek, które udało mi się przez ostatni miesiąc pokonać – jest naprawdę fascynujący: feudalizm w kosmosie z silnym posmakiem Bliskiego Wschodu, pustynna planeta, na której wszystko obraca wię wokół wody (czy raczej jej braku), zapadające w pamięć rytuały, przemyślana historia, polityka i ekologia, wskrzeszanie/klonowanie zmarłych jako ghola, trening ciała i umysłu pozwalający chociażby samym głosem zapanować nad innym człowiekiem...

„Diuna” to jedna z tych książek, w których znaczenie ma nie tyle to, co się stanie – bo to jest oczywiste od samego początku – ale jak. Zadaje ciekawe pytania o prawdę tkwiącą w proroctwach, o mechanizmy sprawdzania się o przepowiedni, o to, jak wiedza o przyszłości wpływa na ludzkie czyny w teraźniejszości. Emanuje też naiwnym, a mimo wszystko pociągającym przekonanie w duchu Rousseau, że tylko lud prosty, twardy i zahartowany może być szlachetny i szczery, a cywilizacja wraz z wygodą i wyrafinowaniem niesie ze sobą zepsucie.

I szkoda tylko, że postaci, które Herbert rzucił w ten ciekawy świat, są tak mało zajmujące, a czasem płaskością i sztywnością przypominają patyczki po lodach. Główny bohater, Paul Atryda, wydawał mi się wiecznie odległy i obcy, może ze względu na swoje niezwykłe zdolności, wyuczone panowanie nad głosem, oddechem i mięśniami oraz kształcone od małego umiejętności analityczne. Jego arcywróg w pierwszej z książek, Baron Harkonnen, to z kolei twór po prostu karykaturalny: okrutny, zwyrodniały, chorobliwie tłusty pedofil. 

Baron Harkonnen i jego pękające czyraki to też najbardziej pamiętny element filmu "Diuna" w reżyserii Davida Lyncha. Serio, kompletnie nie pamiętam, jak wyglądał w tym filmie Paul, ale czyraki Harkonnena do tej pory śnią mi się po nocach.

Alia, siostra Paula, czczona niczym bogini, nosząca w sobie pamięć życia setek obdarzonych niezwykłymi zdolnościami kobiet, w „Diunie” jest jeszcze interesująca jako osoba o dojrzałej, a wręcz prastarej mądrości zamkniętej w ciele dziecka, ale w „Mesjaszu Diuny” jest jakimś smutnym, emocjonalnym stworzeniem, nieudaną impresją na temat „Jak według Herberta myśli i czuje dorastająca dziewczyna”. Dziwi to tym bardziej, że Herbert dowiódł, że potrafi napisać niezłą postać kobiecą – Jessicę, matkę Paula i jeden z lepszych elementów „Diuny”. A także jeden z elementów, które nie przedostały się do „Mesjasza Diuny”.

W ogóle „Mesjasz Diuny” okazał się przeżyciem cięższym niż „Diuna” – choć trzy razy krótszy od pierwszej części (wyczyn rzadki wśród sequeli), to czytał się trzy razy wolniej, i to mimo że zawierał naprawdę ciekawe pomysły z biologicznymi eksperymentami Bene Tleilax, takimi jak zmiennokształtni maskaradnicy albo wspomniany już ożywieniec/klon zwany ghola, który próbuje odzyskać tożsamość i pamięć poprzedniego życia. Cóż jednak po ciekawych pomysłach, gdy fabuła pełznie niemożliwie powoli, zalewana przez rozwlekły i chwilami niezrozumiały słowotok Herberta.

Bo styl Herberta bywa zwyczajnie nieznośny. Wszystko musi być wyrażone jakąś skomplikowaną metaforą, jakimś ekwilibrystycznym obrazem, przy którym kazania Viveka to elementarz dla przedszkolaków. Postaci nie mogą po prostu ze sobą rozmawiać; nie, muszą snuć dialogi tak gęste, że myśl grzęźnie w nich w poszukiwaniu znaczenia, i na koniec zaczyna powątpiewać, czy jakieś znaczenie naprawdę tam jest. I nie była to dla mnie na pewno kwestia tłumaczenia. Nie, nie. Herbert jest mętny i enigmatyczny w angielskim oryginale.

I to właśnie powstrzymuje mnie na razie przed sięgnięciem po kolejną część cyklu, bo nic nie zapowiada, by oprócz ciekawych pomysłów Herbert dodał jeszcze ciekawe postaci i czytelny styl, który nie zakleja oczu zbędną wymyślnością.

Herbert albo jego potomstwo, bo przecież cykl nie umarł wraz ze swoim twórcą. Zbyt był dochodowy, by nie wypączkować kolejną książką z Diuną w tytule, i jeszcze jedną, i jeszcze, i tak bez końca, jak wojny na Bliskim Wschodzie, których „Diuna” jest ponoć metaforą.

środa, 3 maja 2017

ŚWIĘTOKRADZTWO C.D.! czyli Krytyka „Wiedźmina” – część III: Misterny plan czy improwizacja ad hoc?



Istnieje praktyka, którą do perfekcji opanował G. R. R. Martin, a od której nie stronią również inni pisarze, w tym i Andrzej Sapkowski. Zwę ją hekatombą, tudzież czyszczeniem magazynów, tudzież wietrzeniem smrodu.

Polega ona na nagłym i bezlitosnym ubiciu dużej liczby bohaterów, którzy zanadto się rozmnożyli i rozzuchwalili, żądając własnych wątków, wewnętrznych przemian i kulminacji. Lekką ręką powoławszy ich do życia, autor zaczyna przypominać człowieka, który usiłuje powozić rydwanem zaprzężonym w dwunastkę koni. Z początku jeszcze idą równo, ale po jakimś czasie zaczynają się potykać, płoszyć, kopać się nawzajem i podgryzać, zaś woźnicy coraz trudniej jest w mdlejących dłoniach utrzymać plączące się lejce. Nie mogąc nad nimi zapanować, zdobywa się wreszcie na desperacki krok i przecina zawęźloną uprząż, porzucając trzy czwarte zaprzęgu, po czym spokojniutko już zdąża do kolejnej stacji pocztowej, gdzie nabędzie nowe konie.

Sapkowski tworzy miriady postaci, wykazując się sporą inwencją w nadawaniu im imion, którymi obdarza nawet przygodnie spotkanych drabów czy zupełnie epizodycznych kmieci. Mają swoje imiona aktorzy politycznych knowań, mają je też przypominające klony czarodziejki. Wraz z mnogością postaci nadciąga mnogość opisów aparycji, ale też mnogość wątków, intryg i przeciwstawnych motywacji, nic zatem dziwnego, że kolejne części cyklu wiedźminskiego robią się coraz bardziej spuchnięte, przywodząc na myśl „Bolesława Chrobrego” Gołubiewa.

Jest jednak między Gołubiewem a Sapkowskim istotna różnica: ten pierwszy nigdy nie przeprowadził wietrzenia smrodu. I między innymi za to go podziwiam, ponieważ zabieg hekatomby zawsze wydawał mi się tchórzostwem i pójściem na łatwiznę.

Sapkowski czyści magazyny co najmniej trzykrotnie. Po raz pierwszy w „Czasie pogardy” (II tom sagi), kiedy hekatomba przyniosła mi pewną ulgę, bo przerzedziła szeregi postaci, nazbyt liczne dla mojego małego mózgu. Po raz drugi w tomie przedostatnim, „Wieża Jaskółki”, kiedy to Sapkowski pozbył się całej szajki niedorosłych rzezimieszków, którzy przygarnęli Ciri. Średnio mnie to obeszło, albowiem nigdy nie budzili mojej sympatii.

Ale ostatnie wietrzenie smrodu – gdy w „Pani Jeziora” na kilkunastu stronach ginie cała drużyna wspierająca Geralta przez trzy ostatnie książki – jest najboleśniejsze. I wygląda mi na przyznanie się do bezsilności.

W razie wątpliwości zabij


A przecież do ostatniej chwili nie opuszczała mnie nadzieja, że wątki tych postaci pobocznych – o wiele wyrazistszych i barwniejszych niż Geralt – dojdą do jakiegoś satysfakcjonującego zakończenia. Albo przynajmniej – jak przystało na serię, która lubi powtarzać enigmatyczne „coś się kończy, coś się zaczyna” – dostaną szansę na dalsze życie po spełnieniu swej fabularnej funkcji odnalezienia Ciri.

Nic z tego.

Milva, chociaż nad jej śmiercią najbardziej boleję, przynajmniej osiągnęła coś w rodzaju kolejnego etapu duchowego rozwoju już dwa tomy wcześniej (do tego stopnia, że w kolejnych książkach plątała się gdzieś na marginesie historii, jak gdyby Sapkowski nie do końca wiedział, co z nią zrobić).

O wiele mniej zrozumiałe jest dla mnie brutalne ucięcie wątku Cahira. Tego, którego Ciri uważała za najgorszego wroga, a który tak naprawdę chciał jej pomóc, albowiem zakochał się w jej dwunastoletnim ufajdanym ciałku. Motywacja idiotyczna, ale można się było spodziewać, że jakoś to Sapkowski pociągnie – że pozwoli Ciri i Cahirowi na przynajmniej jedną rozmowę, w której sobie coś wyjaśnią, może Ciri mu przebaczy, może Cahir zrozumie, że był debilem, może oboje zrozumieją, że ta druga osoba nie jest tym, czym im się wydawała.

A może po prostu Cahir zginie trzy sekundy po spotkaniu Ciri, a jego wątek pogrąży się w otchłani niepamięci.

Kolejny członek drużyny, wampir-abstynent Regis, właściwie nigdy nie miał swojego wątku, ale za to był interesujący jako barwne kuriozum. W ostatecznej bitwie wpada w efektowny szał napędzany żądzą krwi, po czym równie efektownie zostaje unicestwiony. Na etapie jego śmierci dopadła mnie już trochę znieczulica. Jak w „Łotrze 1”, w którym najbardziej mi było szkoda robota, bo zginął jako pierwszy.

No i wreszcie Angouleme, młodociana rozbójniczka o ciętym języku. Kolejne barwne kuriozum i, w dużej mierze, element komiczny, ale w jej przypadku wydawało się, że wyniknie z tego coś więcej. Kiedy się pojawiła, była czymś w rodzaju ersatzu nieobecnej Ciri: przypominała ją nie tylko wyglądem i zuchowatością, ale też kolejami losu, ponieważ tak samo jak Ciri była wysoko urodzona, ale spadła na dno społeczne. Również opiekuńcze podejście, jakie od czasu do czasu okazuje wobec niej Geralt, jest ersatzem jego relacji z Ciri. Naprawdę więc mnie ciekawiło, co też Sapkowski z nią zrobi, dokąd ją zaprowadzi, jak ukształtuje jej spotkanie z Ciri.

Nijak, jak się okazało. Angouleme spotyka Ciri i zaraz umiera od ran, bełkocząc coś o bogactwach i zaszczytach, na które miała nadzieję.

Może celem tej hekatomby było ukazanie, że życie jest kruche, a śmierć nagła i bezlitosna (jakbyśmy jeszcze o tym nie wiedzieli po siedmiu książkach). Może miało to zaprawić goryczą radosne zjednoczenie Geralta z Ciri (jakby już nie było wystarczająco gorzkie po wszystkich cierpieniach, przez które Ciri przeszła).

A może po prostu Sapkowski nie miał pomysłu na te postacie, więc zamiast biedzić się nad węzłem gordyjskim, zwyczajnie go przeciął.

Pytanie tytułowe, czyli misterny plan czy improwizacja ad hoc

Wydaje mi się, że ma to związek z ogólniejszą właściwością serii o wiedźminie, a może właściwością pisarstwa Sapkowskiego w ogóle. Otóż odnoszę wrażenie, że najlepiej wychodzą mu krótsze, epizodyczne formy, z szybkim zawiązaniem akcji i z rychłą wyrazistą puentą. Do opowiadania można wrzucić kilka barwnych postaci, nie troszcząc się o głębokie studium psychologiczne, i bez żalu te barwne postaci porzucić wraz z końcem historii. Ponieważ każde opowiadanie stanowi odrębną całość, to jeśli narrator o nich nie wspomni, czytelnik nie będzie się w kolejnych opowiadaniach zastanawiał, co się stało z syreną Sh’eenaz albo dopplerem Dudu. Po prostu – mieli swoje pięć minut, a potem wyszli z sagi.

W powieści jest już trudniej. Powieść musi mieć ciągłość i nie można po prostu bez wyjaśnienia porzucić jakiejś postaci, skoro już poświęciło jej się trochę czasu. Wątków też nie można rozwiązać za szybko, a już na pewno nie można o nich zapomnieć. I wydaje mi się, że z tym Sapkowski nie do końca sobie radzi.

Żeby nie było: nie umniejszam jego zręczności jako pisarza. Umiejętność pisania zwięzłych i zapadających w pamięć opowiadań to wielka i godna podziwu sztuka, której ja nie posiadam. Mam jednak wrażenie, że może właśnie tę umiejętność Sapkowski powinien kultywować, zamiast zapuszczać się na rozleglejsze i bardziej leniwe rozlewiska powieści.

Bo nawet i te powieści mają w sobie sporo epizodyczności. Może z tego powodu zarzucano Sapkowskiemu, że cykl wiedźmiński powstaje z tomu na tom, bez żadnego z góry ustalonego planu. Sam Sapkowski stanowczo przeciwko temu protestował, a po paru latach triumfalnie zamachał czytelnikom przed nosem opowiadaniem „Coś się kończy, coś się zaczyna”, czyli fanfiction popełnionym na temat własnych książek, zanim jeszcze te książki powstały. Jako że w opowiadaniu pojawia się Galahad i parę innych motywów wprowadzonych dopiero w „Pani Jeziora”, Sapkowski uważa to za „niezbity dowód” na staranne zaplanowanie całego cyklu. Z kolei według jednego z recenzentów już sama „Pani Jeziora” dowodzi, że konstrukcja serii była drobiazgowo przemyślana.

Nie do końca się z tym zgadzam. Owszem, Sapkowski na pewno od dawna miał w głowie pomysł na zakończenie całego cyklu, na pewno miał jakieś ogólne pojęcie o tym, co się potoczy, ale wątpię, by rzeczywiście wszystko przewidział w najdrobniejszych szczegółach. Jak bowiem wytłumaczyć tom „Chrzest ognia”, w którym wielkie intrygi polityczne i dramatyczne losy Ciri schodzą tam na dalszy plan na rzecz epizodycznych przygód Geralta i jego wesołej kompanii (która dwa tomy później padnie ofiarą czyszczenia magazynów). Na marginesie zaznaczę, że właśnie ze względu na jeszcze wyraźniejszą niż w innych powieściach epizodyczność struktury, a także dynamikę formującej się drużyny i obecność Milvy, „Chrzest ognia” dosyć mi się podobał – jak gdyby Sapkowski na chwilę wrócił do tego właśnie, co wychodzi mu najlepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że tom ten stanowi ewidentną dygresję od głównego wątku fabularnego pięcioksięgu. Również w pozostałych powieściach zdarzają się podobne dygresje, choć na mniejszą skalę (jak streszczenie całej historii politycznej i gospodarczej Koviru). Kolejne epizody zdążają wprawdzie do z góry przewidzianego zakończenia całej sagi, ale w sposób mało ergonomiczny.

Są wreszcie fragmenty, które moim zdaniem zostały wymyślone całkiem ad hoc, jak początek „Pani Jeziora”, kiedy Ciri jest więziona przez elfy jako atrakcyjny materiał rozpłodowy. Bezwolną i bęcwałowatą Ciri na szczęście ratują jednorożce pozostające z elfami w stanie wojny. Jest to dla mnie Nadir Maior całej serii (Nadir Minor to opowiadanie „Okruch lodu”), który zniwelował mój szacunek do Ciri.

Co więcej, wydaje mi się, że pierwotnie pobyt Ciri u elfów miał przebiegać inaczej – a to z powodu zakończenia poprzedniego tomu, „Wieży Jaskółki”. Po teleportacji przez tytułową wieżę Ciri trafia właśnie do idyllicznej krainy, gdzie widzi jednorożce oraz siedzącego nieopodal elfa, grającego na fujarce. Elf po chwili ją pozdrawia i tak książka się kończy.

Ta krótka scena z jednorożcami i elfem jest sprzeczna z wielkim konfliktem między tymi gatunkami, który mamy w „Pani Jeziora”. W ogóle cały epizod z królem elfów, który usiłuje zapłodnić Ciri, jest wprowadzony w ostatnim tomie tak niespodziewanie i tak prędko zakończony bez jakichkolwiek konsekwencji, że trudno mi nie podejrzewać w nim pomysłu zrodzonego w ostatniej chwili.

Może Sapkowski właśnie wtedy przeczytał (albo przeczytał powtórnie) „Mgły Avalonu”. To tłumaczyłoby również zaskakująco wysokie stężenie legendy arturiańskiej w ostatnim tomie.

Straszne rzeczy, czyli intertekstualności i metafikcja

Od samego zarania opowieści o wiedźminie opierały się na intertekstualności: trawestacjach baśni, reakcji na heroiczne fantasy spod znaku Conana izapożyczeniach z autorów tak, zdawałoby się, przeciwstawnych jak Tolkien i Moorcock.

Metafikcja też pojawia się dosyć wcześnie. Na pewno już w „Krwi elfów” podjęty jest temat relacji między opowieścią – przekazaną przez Jaskra w jego pieśniach i pamiętnikach, zapamiętaną pod postacią baśni i legend i powtarzaną setki lat po śmierci wiedźmina – a prawdą, czyli zasadniczo wersją Sapkowskiego. Różne wersje historii, sprzeczne jej wizje i różne na jej temat poglądy pojawiają się w umieszczonych na początku każdego rozdziału cytatach z fikcyjnych dzieł niby to powstałych w świecie wiedźmina.

Ale po jakimś czasie przestaje to Sapkowskiemu wystarczać. Chce być jeszcze troszkę bardziej postmodernistyczny, więc wprowadza coraz więcej cytatów ekstradiegetycznych – a to z Bettelheima, a to z Goethego, a to z piosenek rockowych. W samej akcji przedostatniego tomu pojawia się teoria o tym, że ludzie do świata wiedźmina przybyli po tym, jak spowodowali apokalipsę w naszym świecie. Chociaż jednak teoria ta mogłaby wyjaśniać coraz gęstsze powiązania między światem przedstawionym a naszą rzeczywistością empiryczną, to zostaje prędko zapomniana i właściwie nic z niej nie wynika. Okazuje się kolejnym pomysłem, który Sapkowskiemu akurat wpadł do głowy, być może pod wpływem jakiejś lektury, i który postanowił wpleść do swojej książki jako dowód nr 324293472 na to, jacy ludzie są paskudni.

Zamiast tego ostatni tom, „Pani Jeziora”, rozpoczyna się od wielkiego metafikcyjnego przeskoku w czasie o kilkaset lat w przód. Dostajemy parę dosyć bolesnych dla mnie rozdziałów o wybitnie niesympatycznej jasnowidzce Condwiramurs i nieco bardziej znośnej Nimue (obie, nota bene, noszą imiona postaci z legend arturiańskich), które próbują dociec, jak to dokładnie było z Ciri i Geraltem, bo przecież źródła są sprzeczne, niepewne i nieliczne.

Podejrzewam, że był to w życiu Sapkowskiego okres apogeum jeśli chodzi o zainteresowanie legendami arturiańskimi – okres, z którego zrodził się również esej „Świat króla Artura”. Warto zauważyć, że w eseju tym Sapkowski sporo miejsca poświęca właśnie rozważaniom nad historycznym Arturem. Tę swoją fascynację „prawdą historyczną skrytą za legendą” wszczepia Nimue i Condwiramurs; pomysł sam w sobie interesujący, choć jak na mój gust, ostatni tom cyklu złożonego z pięciu książek to trochę za późno, żeby go wprowadzać.

Wszystko jednak rozbija się o świat przedstawiony całej serii. Realia, w których żyje wiedźmin, to nie jest jakiś odpowiednik Ciemnych Wieków, tylko eklektyczna mieszanka najróżniejszych epok, z przewagą cech późnego średniowiecza (jak np. rozwinięty system bankowy czy kwitnące uniwersytety) czy wręcz wczesnej nowożytności (Jaskier mimo wszystko bardziej przypomina poetę renesansowego niż średniowiecznego trubadura). To nie jest świat, w którym nauką i historiografią zajmują się tylko mnisi w klasztorach. W takich warunkach czynienie z Geralta i Ciri postaci półlegendarnych kilkaset lat po ich śmierci przypomina przeprowadzanie podobnego zabiegu na Jagielle.

Wiedźmin przeciwko rasizmowi

Gdyby kazano mi wskazać myśli przewodnie całej serii, to oprócz rozważań nad swoiście pojmowaną miłością znalazłoby się wśród nich przekonanie, że cała ludzkość – z doprawdy drobnymi wyjątkami – tylko niszczy i wyrzyna lepszych od siebie, bez kradzionego dziedzictwa elfów do tej pory gnieździłaby się w norach w ziemi, nie znając makijażu, i generalnie jest obrzydliwym wrzodem i gangreną na ciele świata.

Ta pesymistyczna idea nie jest mi całkiem obca. W końcu nie bez powodu ekspansję człowieka w kosmos uważam za przedsięwzięcie wątpliwe moralnie. W serii o wiedźminie mowa jest raczej o ekspansji człowieka (chyba tylko białego?) na jednej planecie i dyskryminacji ludów autochtonicznych, czyli głównie elfów i krasnoludów. Konflikty na tle etnicznym coraz bardziej nabrzmiewają, podsycane zarówno zaszłościami historycznymi, jak i obecnymi wydarzeniami politycznymi, co Sapkowski przedstawia rzeczywiście bardzo zręcznie i realistycznie. Ponurą konkluzją całego wątku jest śmierć wiedźmina od ran otrzymanych właśnie w obronie ofiar pogromu.   

Przesłanie antyrasistowskie jest z pewnością szczytne, ale ponieważ ja to ja, to oczywiście do czegoś się przyczepię, bo z tym antyrasizmem Sapkowskiego jest trochę tak jak z jego feminizmem: w dużej mierze polega na głośnych deklaracjach i łopatologicznych aforyzmach.

Tymczasem naprawdę trudno przejąć się losem mordowanych elfów, skoro wszystkie plasują się na dosyć wąskim spektrum między aroganckim bufonem a dyszącym żądzą mordu fanatykiem. Z krasnoludami jest już lepiej, bo chociaż wszyscy mają tę samą osobowość, to jest to przynajmniej osobowość sympatyczna. Natomiast moje ulubione niziołki przed pogromem bronią się same, i to bardzo skutecznie, więc nie muszę się o nie martwić w ogóle.

I tak to już dla mnie jest z serią o wiedźminie: mogę ją doceniać pod względem estetycznym, zgadzać się z nią lub nie pod względem intelektualnym, polemizować z nią pod względem ideologicznym – ale emocjonalnie tak naprawdę nie zdołała mnie poruszyć, ponieważ nie została napisana tak, jakby mi się podobało.

Pora mi chyba się z tym pogodzić. Ale najpierw jeszcze "Sezon burz".

sobota, 8 kwietnia 2017

ŚWIĘTOKRADZTWO! czyli Krytyka „Wiedźmina” – część I: Protagonista – srogi woj, filozof i bęcwał



Strzeżcie się swoich kuzynów, bo są to istoty fałszywe i podstępne.

Jak uczą starożytni autorzy, kuzyni zwykli podkradać nam ciastka, zrzucać na nas winę za psoty, które sami popełnili, a także spiskować, zrzucać nas z tronów i zamykać w ciemnych, wilgotnych lochach.

Mogą również powiedzieć – tak jak mnie to powiedział mój kuzyn – „Jak chcesz przeczytać «Wiedźmina», to zacznij od «Krwi elfów» i nie przejmuj się, że jest podpisana jako trzeci tom. Dwa pierwsze to takie opowiadania, które nie są ważne i nie mają żadnego związku z tym, co dzieje się później”.

Dobrze wam radzę, jeśli jeszcze nie czytaliście tych książek: NIE ZACZYNAJCIE „WIEDŹMINA” OD „KRWI ELFÓW”. Zacznijcie od którejkolwiek innej części, byle nie od „Krwi elfów”.

Ze wszystkich książek „Krew elfów” to najgorsza książka, żeby od niej zaczynać. Sam wiedźmin prawie w niej nie występuje, mnóstwo jest za to jakiejś Ciri, jakiejś Triss, jakichś innych postaci wplątanych w wielkie polityczne spiski między wielkimi politycznymi graczami. Narrator cały czas robi aluzje do jakichś wcześniejszych wydarzeń, o których nic nie wiem, a co gorsza poza tymi aluzjami właściwie niewiele się w książce dzieje.

Mam wrażenie, że wepchnięto mnie w sam środek jakiegoś przyjęcia klubu ponuraków, na którym wszyscy świetnie się znają i albo ponuro i solidarnie milczą, albo ponuro i solidarnie wspominają wspólne przeżycia z młodości. Ja zaś kręcę się nieśmiało na obrzeżach tej grupki wtajemniczonych, podsłuchuję nieprzeznaczone dla moich uszu rozmowy, usiłuję zrozumieć relacje łączące nieznajomych i nawet chyłkiem robię sobie notatki, ale z coraz mniejszym zapałem, bo w głowie rodzi mi się potworna myśl: co mnie właściwie ci ludzie obchodzą? Przecież ja nic o nich nie wiem. Co mnie obchodzą ich rozterki, których korzeni i podłoża nie znam, co mnie obchodzi przyszłość, którą im przepowiedziano, co mnie obchodzi, że ktoś na nich dybie?

Może gdyby dano mi wcześniej przeczytać dwie książki opowiadań, które pozwoliłyby mi się z nimi zaznajomić i oswoić...

A zatem pokornie cofam się do „Ostatniego życzenia” i czytam cały cykl zgodnie z numeracją, jak matematyka przykazuje, aż do „Pani Jeziora”. I oto, po blisko ośmiu miesiącach od wyruszenia, staję u kresu tej drogi, czując brzemię doświadczenia, które muszę ubrać w słowa, by przestało tak bardzo mi ciążyć. Muszę sobie przepracować „Wiedźmina” z uwagą równą tej poświęconej „Mgłom Avalonu”.

Co mi się podoba w „Wiedźminie”

Tytuł posta prawdopodobnie już mnie zdradził. „Wiedźmin” nie wzbudził mojego zachwytu, i gdyby nie sława tych książek, moja przygoda z nimi zakończyłaby się prawdopodobnie na tomach opowiadań.

Może jest to wina mojej przekornej, przewrotnej natury. Bardzo często książki chwalone i żywo polecane przez innych okazują się dla mnie gorzkim rozczarowaniem. Tak było z „Metrem 2033”, które wydało mi się niespójnym zlepkiem potencjalnie ciekawych pomysłów (ściągniętych zresztą przez autora od innych osób) z równie niespójnym zlepkiem stereotypów zamiast głównego bohatera. Tak też było z „Grą o tron” – mam tu na myśli pierwszy tom książkowej „Pieśni lodu i ognia”, który mając za protagonistę osobnika tak nieciekawego i ociężałego umysłowo, że do dziś bardzo dojrzale przezywam go Nud Smark, wydał mi się niczym więcej jak rozwleczonym na kilkaset stron prologiem i zniechęcił mnie do dalszej lektury.

I tak też było z „Wiedźminem”. Muszę jednak poczynić zastrzeżenie: nie uważam, by były to złe książki. Są one tylko – jakkolwiek by to brzmiało – niekompatybilne ze mną. Mimo to jestem w stanie zrozumieć ich powab, a to znacznie więcej, niż mogę powiedzieć o takich rozreklamowanych gniotach jak „Korona śniegu i krwi” czy wyżej wspomniane „Metro 2033”. Dlatego na samym wstępie tych bolesnych rozważań zaznaczę, co mi się w „Wiedźminie” podoba.

Język. Trzeba Sapkowskiemu przyznać, że nad tym panuje po mistrzowsku. Potrafi znaleźć odpowiednio barwne słowa, zbudować kunsztowny opis, nasycić dialog sarkastycznymi ripostami, naśladować i parodiować najróżniejsze style.

Humor. Kiedy Sapkowski zamierza być zabawny, to zazwyczaj rzeczywiście jest. Dwa pierwsze życzenia, które musi spełnić dżin w „Ostatnim życzeniu”, są wyśmienite. Ironiczne sformułowania, którymi przesycona jest narracja, to majstersztyk. Wypowiedzi Milvy, którymi narrator wydaje się z przymrużeniem oka krytykować własną opowieść („Gadacie tak mądrze, że aż łeb kręgiem wiruje. A przecie i tak wszystkie te mądrości koło tego się kręcą, co u baby pod kiecką. Filozofy zasrane”) to jeden z jaśniejszych punktów końcowych części cyklu.

Aluzje i nawiązania. Sapkowski bardzo zręcznie miesza w swoim intertekstualnym kociołku. Jego prześmiewcze reinterpretacje baśni i podań – zarówno tych najbardziej znanych, jak „Królewna Śnieżka”, jak i mniej, jak „Hans, mój jeż” i „Królewna-strzyga” – muszą zainteresować kogoś takiego jak ja, kto uwielbia śledzić wędrówki i przekształcenia różnych wątków i motywów.

Sceny walk. Bardzo zgrabne, bardzo krwiste, chociaż nie rozumiem tych wszystkich nazw pozycji.

Niziołki. W wielu przykładach fantastyki wzorowanej na Tolkienie można znaleźć odpowiedniki elfów i krasnoludów, ale z hobbitami jest już gorzej. Niziołki w cyklu o wiedźminie stanowitą znakomitą trawestację tolkienowskich, łącząc czupurność i zaradność z typową sapkowską szczyptą cynizmu.

Kombos, czyli niziołki + scena walki. Prawdopodobnie najlepszy kawałek „Pani jeziora” to ten, w którym wredni rabusie sromotnie przegrywają z wioską niziołków i zostają rozniesieni na widłach i sekatorach ogrodowych.

Opowiadanie „Coś więcej” na zakończenie tomu „Miecz przeznaczenia”. Moim zdaniem szczytowe osiągnięcie cyklu. Moment, w którym wydaje się, że Geralt dojrzewa, wyrasta ponad dotychczasowe ramy swojej postaci, osiąga coś w rodzaju konkluzji swojego duchowego rozwoju, stabilizuje swoje relacje z innymi ludźmi  (przede wszystkim płci żeńskiej) i zamyka wielce irytujący wątek miłosny. Niestety, wszystkie te dobre rzeczy zostaną zaprzepaszczone w dalszych książkach.

Jak tak się na to patrzy, to całkiem sporo jest elementów, które mi się podobały. A mimo to ogół cyklu nie budzi mojego zachwytu, tak jakby był nieprzegryzioną sałatką owocową – dużo pysznych składników, które jednak nie tworzą harmonijnej całości. Zawsze jest coś, co zgrzyta. I kiedy zaczynam się zastanawiać, co to takiego, nachodzi mnie myśl wręcz obrazoburcza:

Najsłabszym ogniwem „Wiedźmina” jest sam wiedźmin.

„Wiedźmin nie jest rębajłą pokroju Conana”

Tako rzecze pierwsze zdanie blurba z tyłu „Ostatniego życzenia”.

Teoretykom literatury znany jest tak zwany „paradoks OZM”, który głosi, że im bardziej protagonista pragnie odróżnić się od Conana, tym bardziej jest do niego podobny:

Tak czy siak chodzi o miecz.


Tutaj można przeczytać sobie moje refleksje sprzed kilku miesięcy o zaskakujących podobieństwach między Conanem Barbarzyńcą a Białym Wilkiem. Białowłosy wojownik wymyka się prostym podziałom tradycyjnej moralności, nie znosi być od kogokolwiek zależny i generalnie gardzi całym światem za jego fałszywość, obłudę i nikczemność, tak różne od jego bezpośredniości. Nienawidzi brutalnej przemocy – a mimo to, gdy przychodzi co do czego, stosuje metody jak najbardziej conanowskie, czyli ordynarną rzeź. Zaiste, przedziwną postać stworzył Michael Moorcock.

Zaraz, zaraz, Moorcock? Przecież miała być mowa o Sapkowskim.

A jednak powyższy opis – łącznie z posępną ksywką i kolorem włosów bohatera – równie dobrze pasuje do Elryka z Melnibone stworzonego przez Moorcocka, jak i do Geralta z Rivii. Obu też cechuje moralne pęknięcie, swego rodzaju hipokryzja, która niekoniecznie wynika ze świadomego zamysłu twórcy, co z bardziej prozaicznych przyczyn pisania kolejnych przygód danego bohatera bez uprzednio określonego planu.

O Elryku nie będę się w tym miejscu rozpisywać. Spróbuję za to jakoś ubrać w słowa moralność wyznawaną przez Geralta.

1) Ludzie są źli i ja też jestem zły. Ale ja przynajmniej wiem, że jestem zły, co czyni ze mnie Sokratesa. To daje mi prawo, żeby spoglądać na innych ludzi odrobinę z góry – z malutkiego, obrzydliwego podium świadomości własnej nikczemności.

2) Nie będę się mieszał do polityki ani w ogóle do cudzych sporów. Dlatego kiedy karawana krasnoludów będzie chciała mnie wynająć jako ochroniarza do walki z całkiem realnym i niebędącym zgoła wymysłem ludzkiej propagandy zagrożeniem elfiej partyzantki, uniosę się honorem i będę sprzedawał Ciri głodne kawałki o tym, że trzeba być niezależnym i kierować się sumieniem. Głodne kawałki zostaną wprawdzie unieważnione przez atak rzeczonej elfiej partyzantki, w trakcie którego będę musiał zrobić właśnie to, przed czym się wzdragałem – tj. uciec się do przemocy w obronie krasnoludzkiej karawany – ale kto by się przy tym przejmował.

3) Jestem inny od wszystkich. Ludzie widzą we mnie potwora i ogólnie są nietolerancyjni. Według nich inny=gorszy, ale ja wiem, że inny=lepszy, co pozwala mi spoglądać na innych ludzi odrobinę z góry etc., zob. pkt 1). Oprócz tego daje mi to moralne prawo do warczenia na ludzi, którzy mnie akceptują, jak np. Jaskier.

4) „Jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale” – złota myśl z opowiadania „Mniejsze zło”. Mam wszystko w odwłoku, głoszę absolutny nihilizm i relatywizm, a działać zaczynam dopiero przymuszony okolicznościami. Oszczędzę sobie w ten sposób męki podjęcia świadomej decyzji. Zob. też pkt 2).

5) Nie będę niczyim sędzią. Nie ja decyduję, kto ma zginąć, a kto żyć.

I na tym punkcie 5) muszę się zatrzymać, bo właśnie na jego przykładzie wykazać można mimowolną hipokryzję Geralta. W tym celu musimy cofnąć się do zamierzchłych czasów, w których Sapkowski napisał pierwsze opowiadanie o wiedźminie, zwane po prostu „Wiedźmin”. Tam naszego bohatera nie dręczą żadne rozterki. Zabić zaczepiających go w karczmie brzydali to dla niego jak splunąć. Dokonać mentalnego gwałtu na strażniku, który przyszedł wezwać go do pałacu, to pestka. Na deser bez mrugnięcia okiem rzuca na pożarcie strzydze możnego tłuściocha. Grzechem tłuściocha są typowe dworskie intrygi (a zatem coś, co Geralta w ogóle nie powinno obchodzić) i wypowiedziana w gniewie klątwa, w której sprawczą moc można powątpiewać.

Geralt w „Wiedźminie” to pozbawiony jakichkolwiek wątpliwości zabójca, gotowy dążyć po trupach do celu. Nie wzdraga się przed samosądem. Kieruje się bardziej interesownością i insynktem przetrwania niż moralnością. I jako bohater jednorazowego opowiadania doskonale spełnia swoje zadanie, ale jego mroczny wizerunek byłby jednak najpewniej całkowicie niestrawny w perspektywie dłuższej serii.

Dlatego należało go zmiękczyć, wygładzić ostro kanty, wszczepić mu filozoficzne refleksje, opór przed zabijaniem i chroniczny ból istnienia. Problem jednak w tym, że wszystkie jego rozważania i wątpliwości, wszystkie pouczenia, których nie szczędzi innym postaciom [wywyższony przez świadomość własnej słabości moralnej, zob. pkt 1) powyżej], wszystkie wahania i niepokoje brzmią fałszywie w moich uszach, które wciąż pamiętają zimny ton tamtego pierwszego opowiadania.

Nawet i bez tego jednak Geralt wiecznie stoi w rozkroku między oportunistycznym podejściem pod tytułem „nie dbam o nic większego niż własna osoba, względnie najwęższy możliwy krąg bliskich znajomych” a obroną uciśnionych, do której popycha go nazbyt już natarczywe dziamgolenie sumienia w sytuacjach ekstremalnych. I ta jego chwiejność nie byłaby jeszcze taka zła, gdyby nie to, że Geralt nie wychodzi poza ten etap przez siedem książek. Poza krótką sekwencją w „Coś więcej” nie przebywa żadnej wewnętrznej przemiany. Pod koniec „Pani jeziora” jest tak samo mądry, jak był w „Mniejszym złu” u progu pierwszego tomu opowiadań.

Próbuję wyznaczyć jego duchową ścieżkę, jakieś przejście od A do B, ale nie potrafię. Może Sapkowski był zdania, że „A” jest już wystarczająco dobre – może właśnie dlatego Geralt porusza się wiecznie po maleńkim kółku między cynicznym marazmem a bezinteresownym działaniem. Z tego maleńkiego kółka wyrywa go dopiero śmierć.

Nieruchomy poruszyciel

Jeden ze słynniejszych cytatów z cyklu o wiedźminie to „Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty”.

Generalnie nie cenię za bardzo słynnych cytatów z cyklu o wiedźminie. Wyżej przytoczony fragment z „Mniejszego zła” sprawia wręcz, że żółć rzuca mi się na mózg, i ogólnie odnoszę wrażenie, że ilekroć Sapkowski wpada w ton głęboki i filozoficzny, to jest jak Rzędzian, który próbuje grać Katona. Ale cytat o mieczu przeznaczenia jest dobry – ba, jest jednym z powodów, dla których końcówka tomu opowiadań zatytułowanego właśnie „Miecz przeznaczenia” jest według mnie zenitem cyklu.

Tyle że Geralt nigdy tak naprawdę nie staje się ostrzem. Nigdy nie przyjmuje naprawdę aktywnej postawy. Wiecznie tylko reaguje – a to na otrzymane zlecenie, a to na atak opryszków, a to na niecne plany wrogów. Wzdraga się przed czynnym działaniem nawet w sprawie tak błahej jak dopchnięcie się do stołu z jedzeniem.

Chwilami degeneruje się wręcz do postaci skrajnie biernego bęcwała, który mruga niemrawo, kiedy wszystkie czarownice na wielkim balu próbują go poderwać, albo pod wpływem czułej kobiety i beztroskich pierwszopoziomowych questów w Toussaint całkiem zapomina o poszukiwaniu niby ukochanej Ciri, której grozi niebezpieczeństwo. Ten ostatni przypadek jest tym bardziej irytujący, że cała towarzysząca mu szajka postaci pobocznych mówi mu wprost, że gnuśnieje i lekceważy ważną misję, ale Geralt całkowicie ignoruje te napomnienia. Do wznowienia poszukiwań przekonują go nie logiczne i rzeczowe argumenty przyjaciół, tylko widok zupełnie obcych kupców, którzy nie przerywają interesów mimo zimowych warunków pogodowych.

Poruszony jakże emocjonalnym przykładem kupców, Geralt powraca wreszcie do fabuły, odnajduje Ciri, odnajduje Yennefer, zabija masę ludzi – żeby w ostatniej chwili poddać się cesarzowi Nilfgaardu. Więcej nawet, oddaje cesarzowi Ciri. Rezygnuje. Nie ma siły ani odwagi, żeby walczyć do końca. Za możliwość ostatniego seksu z Yennefer i mętną obietnicę dobrego traktowania dla Ciri zgadza się popełnić samobójstwo.

Może dla niektórych czytelników to złożenie broni jest oznaką stoickiej siły ducha, może czyni z Geralta uosobienie rzymskich cnót, jakąś mieszankę Petroniusza i Seneki. Może i na mnie zrobiłoby takie właśnie wrażenie – gdyby nie to, że wiedźmin rozporządza tu nie tylko własnym życiem, i nawet nie tylko życiem Yennefer, która zgadza się umrzeć razem z nim, lecz również życiem Ciri, której cesarz potrzebuje jako samicy rozpłodowej (a sytuacja staje się tym obrzydliwsza, że związek między cesarzem a Ciri byłby w najwyższym stopniu kazirodczym).

Przed iście szczurzym losem ocala go umiejętność specjalna „Głupi ma zawsze szczęście”, która powoduje, że cesarz po prostu odjeżdża, rezygnując z Ciri, chociaż próbował dopaść ją przez pięć książek.

Tak jak rozliczne kobiety ciągną do Geralta jak muchy do miodu, choć on palcem nawet nie kiwnie, by je do siebie przekonać, tak i cesarz zostaje porażony sokratejską (zob. pkt 1 powyżej) duchowością wiedźmina. Wyłącznie szczęśliwy obrót fabuły składa to ostatnie zwycięstwo prosto do rączek Geralta – rączek, które nie są nawet błagalnie wyciągnięte, tylko złożone z rezygnacją na kolanach.

Już w niesławnej „Krwi elfów” uderzyło, mnie że chociaż Geralt bynajmniej nie zabiega o niczyją uwagę, to wszystko kręci się wokół niego. W „Krwi elfów” jest zasadniczo wielkim nieobecnym, ale inne postaci definiują się przez swój stosunek do niego. Triss marzy o wznowieniu romansu z nim, informując czytelnika, że dla każdej czarodziejki dotyk wiedźmina jest wielce podniecający, bo naładowany magią. Yennefer i Ciri najpierw się nie cierpią, rozdzielone zazdrością o Geralta, ale potem nawiązuje się między nimi głęboka więź, zrodzona z miłości obu do wiedźmina. Geralt jest praprzyczyną wszystkiego, nieruchomym poruszycielem.

Narzekam, ale może właśnie w tej bierności tkwi siła Geralta. Może dlatego ludzie lubią te książki – bo Geralt może być jednocześnie krwawym zabijaką i subtelnym filozofem. Może popełniać akty przemocy, a zarazem nie ponosić za nie odpowiedzialności, bo zmuszony do nich został przez okoliczności. Może być zgorzkniałym i doświadczonym przez życie cynikiem, cedzącym sarkastyczne riposty, a jednocześnie kierować się od czasu do czasu idealistycznymi porywami serca. Może być mimowolnym Casanovą budzącym pożądanie żeńskich legionów, ale też czułym kochankiem wielbiącym jedyną-jedyną Yennefer.

Może o to właśnie chodziło Sapkowskiego: stworzyć Everymana, który będzie tym, co w danej chwili czytelnik zapragnie w nim widzieć. Kiedy trzeba, będzie Conanem – niepowstrzymanym w walce i niezrównanym w łożu, a przy tym tak cudownie odmiennym od całego tego zepsutego, zdegenerowanego świata. Ale jednocześnie wcale nie będzie rębajłą pokroju Conana, bo ma sumienie i snuje głębokie refleksje. Niby nie jest idealny, więc można się z nim utożsamić – ale jest przecież wyraźnie lepszy niż nietolerancyjni kapłani, krwiożerczy żołdacy i prymitywni plebejusze, których spotyka na swojej drodze. A skoro on jest lepszy, to my, którzy się z nim utożsamiamy, też czujemy się lepsi, i razem z nim gramolimy się na sokratejskie podium.

Ja jednak czuję, że muszę zejść głębiej. Po wiwisekcji Geralta pora na kolejny wielki temat cyklu o wiedźminie: miłość i kobiety, ze specjalnym aneksem poświęconym Ciri. A potem... potem chyba przyjdzie czas na strukturę cyklu i metafikcję.

W końcu mam obsesję na punkcie metafikcji.

wtorek, 14 marca 2017

Płeć białą, bohatyry, wojny i miłości śpiewać będę - "Orland szalony", Ludovico Ariosto (tłum. Piotr Kochanowski)



Oblecze się we zbroję i konia wywiedzie
I do lasa w gęstwinę co nawiętszą jedzie,
I jeśli kogo niemasz, w koło się obziera
I strasznym wyciem bramę żalowi otwiera.
...
„Nie jestem tem, czem się zdam z twarzy: już nieżywy,
Już dawno jest pod ziemią Orland nieszczęśliwy”.


...z tego przykładu daje się przestroga miłośnikom, aby to pewnie wiedzieli, że miłość barziej pochodzi z rozsądku i z obierania, aniźli z jakiego niebieskiego przeznaczenia.

Są książki, których korzenie tkwią w tylu wcześniejszych utworach i które same sięgają mackami swoich wpływów do takiej mnogości późniejszych, jak to się ładnie nazywa, „tekstów kultury”, że kiedy próbuje się to ogarnąć takim dyletanckim umysłem jak mój, natrafia się w pierwszej chwili na mur własnej bezsilności. A przecież już sam „Orland szalony” jest gigantycznym przedsięwzięciem złożonym z 46 pieśni (każda po ok. 100 strof), pisanym przez Ariosta przez dwadzieścia lat z okładem. Byłoby dłużej, gdyby nie to, że dalsze szlifowanie tekstu przerwała Ariostowi śmierć w 1533 roku.

Ten obraz namalowany przez Tycjana często podawany jest za portret Ariosta. Podobno jednak nim nie jest. Moja teoria jest taka, że Ariosto schował się w tym gigantycznym rękawie.

Jak wszyscy wiemy ze szkoły, Karol Wielki walczył z Saracenami, a najdzielniejszym z jego rycerzy był hrabia Roland. Roland był tak mężny, że w obliczu przeważającej siły wroga nie chciał wezwać posiłków i w związku z tym – wpierw rozsiekawszy nieprzeliczone rzesze wrogów – poniósł śmierć w wąwozie Roncevaux.

Brawo, Rolandzie. Szczere gratulacje. (Źródło)


Na długo przed tym jednak zakochał się bez pamięci w bosko pięknej Angelice (jak widać z imienia, księżniczce chińskiej). Jak do tego zakochania doszło, można przeczytać w poemacie „Orlando innamorato” Boiarda, zawiedzie się jednak ten, kto będzie oczekiwać happy endu tej miłości. I wcale nie z powodu śmierci Orlanda – już raczej śmierci samego Boiarda, przez co poemat pozostał nieukończony.

W tym właśnie miejscu do akcji wkracza Ludovico Ariosto, humanista, dyplomata, podopieczny kardynała Hipolita d’Este i niezły szelma, który ukrywał przed światem swoje małżeństwo, żeby nie stracić dochodów z kościelnych beneficjów.

Ariosto postanowił dokończyć to, co Boiardo tak śmiało rozpoczął, i tak właśnie powstał „Orland szalony”, monumentalne dzieło, w którym Orland jest tylko jednym z bardzo, bardzo licznych bohaterów. 

Ferrant szuka swojego hełmu w stawie, kiedy nagle zjawia mu się widmo Argalii, do którego ten hełm wcześniej należał (malował Giuseppe Cades).
Ci liczni bohaterowie to zarówno chrześcijańscy rycerze Karola Wielkiego, jak i Saraceni. Po stronie tych ostatnich walczy też na przykład król Serykany („krainy gdzieś za Indiami, w Chinach leżącej”) oraz Tatar Mandrykard – ten przysiągł, że nie będzie walczył mieczem, póki nie dostanie tego, którym niegdyś walczył Hektor (ten z "Iliady"), a który obecnie należy do Orlanda. Są wśród rycerzy i dwie wojujące kobiety: Bradamante wzdychająca za ukochanym i Marfiza łapiąca za broń przy byle okazji. Jest i mag Malagizy, który dzięki księgom ma władzę nad diabłami. Doprawdy, długo by jeszcze można było wymieniać!

Bradamante właśnie pognębiła maga Atlanta, który uwięził jej ukochanego Rugiera (chociaż zrobił to tylko po to, żeby ustrzec go od śmierci w bitwie. Rugier jest zapewne gdzieś wśród tych smerfów biegających w prawym górnym rogu. (Malował Giuseppe Cades).


Wszyscy ci rycerze od czasu do czasu stoczą jakąś straszliwą bitwę, w której trup ściele się gęsto i krew leje się strumieniami, zaś w chwilach wolnych jeżdżą sobie po świecie i:
walczą z magami latającymi na hipogryfach, 

ratują dziewice złożone w ofierze morskim potworom, 


Rugier uratuje Angelikę, ale "orki" nie zabije. Dokona tego dopiero Orland, spuszczając się na linie wgłąb jej gardzieli i kłując ją od środka. (Filippo Napoletano)

zabijają olbrzymów, którzy zrastają się nawet po rozczłonkowaniu, 

dadzą się uwieść czarownicom,

Alcyna opętała Rugiera i skłoniła go, by porzucił zbroję na rzecz czerwonego szlafroka. Hańba! (Rutilio Manetti)
 
odznaczają się na turniejach, 

słuchają przepowiedni Merlina, 

przepędzają harpie dręczące etiopskiego króla, 

Astolf przegania harpie prosto do piekła (drzeworyt z wydania Zoppina).


czynią spustoszenie na wyspie Amazonek, 

przez pomyłkę ścinają głowy kobietom, których pożądają 

Obrazek 1: Rodomont uprowadza Izabellę (która jest w żałobie po śmierci ukochanego Zerbina). Przy okazji zabija pustelnika (w tekście rzucił nim trzysta metrów dalej). Obrazek 2: Izabella wmawia Rodomontowi, że szykuje magiczną miksturę, dzięki której żadne żelazo nie będzie się go imać. Rodomont upija się po raz pierwszy w życiu. Obrazek 3: Izabella posmarowała się trefną miksturą i namówiła Rodomonta, by wypróbował na niej swój miecz. W ten sposób umknęła jego żądzy i poszła prosto do nieba XD


i mają wiele innych pociesznych przygód, opisanych zgodnie ze stosowaną już przez Chrétiena de Troyes techniką entrelacement, czyli przeplatania się wątków i przeskakiwania od jednego bohatera do drugiego.

Wszystko to okraszone jest jeszcze interwencjami samego Boga, który posyła Michała Archanioła na poszukiwanie Niezgody, żeby zesłać ją na Saracenów (Niezgoda znajduje się, ku zaskoczeniu Michała, w klasztorze, gdzie spodziewał się raczej zastać Milczenie), oraz peanami Ariosta na cześć rodu d’Este, dzięki którym miał co jeść.

Jurny Rygier chce nagrody za uratowanie Angeliki przed morskim potworem. Będzie musiał obejść się smakiem, bo Angelika zaraz użyje magicznego pierścienia, dzięki któremu stanie się niewidzialna i mu ucieknie. (Malował Montelatici Francesco, zwany Cecco Bravo).
 
Tu właśnie ucieka. (Giuseppe Bergomi)

Orland wędruje i bohateruje jak wszyscy. Zamiast siedzieć przy Karolu Wielkim (czy też Karle, jak nazywa go polski tłumacz) szuka ukochanej Angeliki. Nie jest w tym odosobiony; chińską księżniczkę posiąść pragnie u Ariosta właściwie każdy zdrowy na ciele mężczyzna, a nawet i ci, którym zdrowia nie starcza (jak pewien lubieżny pustelnik). 

Jako zboczeniec Rubens wybrał oczywiście ten motyw z "Orlanda". Nota bene w książce Angelice wcale nie jest do śmiechu.

 Angelika zaś nie chce żadnego z nich i bez przerwy ucieka, aż do czasu, gdy zakocha się w saraceńskim wojowniku o anielskiej urodzie, Medorze.

Angelika przy pomocy ziół leczy rany Medora. W rogu mało subtelny amorek już mierzy w jej serce. (Matteo Rosselli).

 
Bardzo dużo jest obrazów inspirowanych miłością Angeliki i Medora – może dlatego, że temat ten stanowi dobrą wymówkę, by przedstawić sielankową scenerię i ludzi na golasa. To, jak kochankowie wypisują swoje imiona na drzewach, dowodzi natomiast, że wandalizm istniał zawsze.

 
Nie wiem, co zamierza zrobić putto w lewym dolnym rogu. (malował anonim).


 Te właśnie napisy napotyka na swej drodze Orland. Zrozpaczony i upokorzony tym, że Angelika zamiast niego wybrała jakiegoś saraceńskiego kmiotka, traci rozum, zdziera z siebie zbroję i tocząc pianę z ust, wyrywa drzewa z korzeniami, urywa ludziom głowy i kończyny oraz wlecze za sobą zajeżdżonego na śmierć konia.

Orland dowiaduje się, że Angelika oddała bransoletkę od niego wieśniaczce. Cierpi. (Benjamin West).
 
A tutaj już oszalał. (Arnold Bocklin).

Trzeba będzie, by inny rycerz, Astolf, w towarzystwie św. Jana wsiadł do płonącego wozu, który swego czasu zabrał do nieba Eliasza, i poleciał aż na Księżyc, gdzie oprócz krzątających się Parek i rzeki zapomnienia znaleźć można wszystko, co się zgubiło. Jest tam również rozum Orlanda w starannie podpisanej butelce, który następnie Astolf musi zaaplikować szaleńcowi drogą inhalacji przez nos, w ten sposób przywracając mu zmysły.
Astolfo leci na księżyc. (malował Vincenzo De Barberis).

I to streszczenie wątku Orlanda chyba najlepiej opisuje całe dzieło: cudowny, feeryczny kocioł wątków antycznych, arturiańskich i karolińskich, opisanych z ironiczną wręcz swadą i przesadą. Nie ma tu miejsca na półśrodki. Kiedy Izabella opłakuje zabitego Zerbina, to robi wszystko, by umrzeć wkrótce po ukochanym. Kiedy Saracen Rodomont wpada do oblężonego Paryża, to w pojedynkę morduje pół populacji i burzy ćwierć zabudowań. Kiedy Marfiza się wścieka, bo jakiś rycerz miał czelność wyśmiać brzydotę podróżującej z nią staruszki, to w trymiga zrzuca go z konia (a potem każe towarzyszce pokonanego zamienić się na ubrania z wyśmianą staruszką). 

Marfiza zwycięska. Każdy pretekst do namalowania gołej kobiety jest dobry. (Eugene Delacroix).


I nadludzkie wyczyny, i aż nazbyt ludzkie słabostki Ariosto traktuje z lekkim dystansem, z przymrużeniem oka, które jednak nigdy nie prowadzi do otwartej drwiny czy parodii. To nie jest „Don Kichot”. W „Orlandzie” kryje się wręcz odrobina nostalgii za czasami rycerskiej chwały.

To były bowiem czasy sprzed wynalezienia broni palnej (którą Ariosto wprost nazywa największym nieszczęściem ludzkości, a przeciwko jej twórcy – nikczemnikowi gorszemu od Judasza – wygłasza całą tyradę).

To były czasy, gdy Syryjczycy nosili zupełnie takie same zbroje jak rycerstwo zachodnie, bo Ziemia Święta była przecież w rękach chrześcijańskich (nie to co teraz, kiedy europejscy książęta żrą się między sobą, zamiast swoje militarne wysiłki obrócić na zbożny cel).

To były czasy, gdy kobiety mogły swobodnie podróżować bez eskorty, a w dodatku zdarzały się wśród nich takie perły odwagi jak Bradamante i Marfiza oraz takie wzory wierności i szlachetności jak Olimpia czy Izabella (chociaż kobiety zawsze są wspaniałe, mimo wstrętnych pomówień różnych mizoginów, a niektóre z nich stanowią niedościgłe ideały we wszystkich dziedzinach, słyszysz, Izabello d’Este? Słyszysz? Nazwałem jedną z postaci na twoją cześć, chyba zasłużyłem na protekcję?).

Olimpia porzucona przez niecnego Birena, dla którego całe jej królestwo poszło na zatracenie. (Giuseppe Cades).

Czarująca jest nieskrępowana baśniowość. Czarujące są wszystkie moralizujące wstawki, które we współczesnym utworze byłyby nie do zniesienia – nie wyobrażam sobie książki, w której każdy rozdział rozpoczyna się od noty zatytułowanej „Alegorie”, w której autor objaśnia z powagą, że na przykładzie postaci X widać, że cnotę nawet we wrogu należy miłować albo że Bóg zawsze mści złamane przysięgi.

Prawda, są w „Orlandzie” również epizody, które budzą mieszane uczucia. 

Fiordispina zakochuje się w Bradamancie, po czym orientuje się, że to kobieta. Bradamante nie jest zainteresowana, ale ma bardzo podobnego brata Ricciarda, który usłyszawszy całą historię, jedzie do Fiordispiny. Podaje się za własną siostrę i twierdzi, że nimfa dorobiła mu penisa. Fiordispina jest uszczęśliwiona. (malował Guido Reni).

Prawda, że polskie tłumaczenie Piotra Kochanowskiego (bratanka Jana K.) najpewniej nie dorasta do pięt oryginałowi. Prawda, że peany na cześć Estów to wedle współczesnej miary zwykłe lizusostwo, niedopuszczalne w epoce, gdy uważa się, że artysta powinien być niezależny i służyć wyłącznie sztuce. Prawda, że pogłębione portrety psychologiczne to nie ten adres.

Wiedźma Melissa pokazuje Bradamancie widma jej potomków z rodu Este (rysował anonim).
Patrzę z intelektualnych wyżyn swojej zarozumiałej epoki i dziwię się: to na początku XVI wieku, gdy nikt nie słyszał o politycznej poprawności, Saraceni mogli być heroiczni, honorowi i piękni, mimo wiary w „fałszywego Mahometa”? To wtedy były postacie walecznych kobiet ciekawsze niż w sporej części współczesnego popularnego fantasy? To wtedy byli tacy narratorzy, żartobliwi i (auto)ironiczni, ale gdy trzeba, potrafiący zagrać na prawdziwych, dramatycznych uczuciach? Były takie historie, które oślepiają blaskiem, a mimochodem i z wdziękiem potrafią dać do myślenia, przede wszystkim o stosunkach damsko-męskich?



I wreszcie dochodzę do wniosku oczywistego, choć tak często przeze mnie zapominanego: dobra literatura była zawsze. Nie jest wymysłem wieku XX ani nawet XIX.

I to jest wspaniałe. Wspaniałe jest to, że Ariosto napisał swojego „Orlando furioso”. Wspaniałe jest to, że Piotr Kochanowski go przetłumaczył, a Jan Czubek wydał w całości w 1905 r. Wspaniałe jest wreszcie to, że poemat zainspirował tylu innych artystów – przede wszystkim Händla, którego opery „Ariodante”, „Alcina” i „Orlando” w ogóle nakłoniły mnie do przeczytania książki. Zwłaszcza „Ariodante”, który przez całą ponurą zimę był promyczkiem utrzymującym mnie przy życiu.

Trudno było wybrać jakiś zgrabny cytat na zakończenie, bo „Orlando szalony” niemal cały się składa ze zgrabnych cytatów, więc po długich deliberacjach dam fragment filipiki przeciwko broni palnej:

Jakoś, o niecnotliwy, przeklęty wymyśle,
Nalazł miejsce w człowieczem sercu i umyśle?
Przez cię rycerska sława i chwała spodlała,
Przez cię każda przewaga beze czci została;
Przez cię dzielność w swej słusznej cenie nie zostawa,
Przez cię się za dobrego często zły udawa.
Męstwo więcej na place przez cię – żal się, Boże! –
I serce śmiałe stanąć na próbie nie może
[...]
Przeto i teraz twierdzę, com rzekł, że od wieka
Gorszego i sroższego nie było człowieka
Nad tego, który naprzód wymyślił swą głową
Przeklętą broń i srogą strzelbę piorunową.

I ja tak o niem trzymać i rozumieć muszę,
Że Bóg jego przeklętą, potępioną duszę
W piekle nagłębiej zawarł z Judaszem, gdzie za tę
Subtelność swoję godną odbiera zapłatę.

Święte słowa.

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci. (Gustave Dore).