Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mgły avalonu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mgły avalonu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 kwietnia 2017

ŚWIĘTOKRADZTWO C.D.! czyli Krytyka „Wiedźmina” – część II: Miłość, kobiety i Graal



Pamiętam, jak jeden z moich pająków grał w pierwszego „Wiedźmina”.

– Zbliża się koniec samouczka, wiedźmin rozmawia z Triss – opowiadał, nie kryjąc zbulwersowania. – I w pewnym momencie pojawia się wybór opcji dialogowych, który sprowadza się do alternatywy „Bądź miły” / „Bądź kutasem”. No to wybrałem to pierwsze, bo dlaczego nie, a tu nagle bam! Wiedźmin ląduje z Triss w łóżku!

Co więcej, po niespodziewanej scenie erotycznej zostaje miła pamiątka: karta z wizerunkiem roznegliżowanej Triss. 



Takich obiektów kolekcjonerskich, rozbrajająco nazwanych na pewnej stronie fanowskiej „kartami sexu”, jest w grze dwadzieścia kilka, ponieważ – jak wyjaśnia ta sama strona z nieustająco rozbrajającą szczerością – „Wiele z kobiet czuje niedowartościowanie ze strony męża, kochanka, przyjaciela, jak i podniecenie widząc żywą legendę – białowłosego wiedźmina. Dzięki temu Geralt może zaspokoić swoją męskość z bliżej poznaną mu kobietą, jak po prostu ze zwykłą prostytutką”.

Pająk zresztą stwierdził po pewnym czasie, że zaspokajanie męskości Geralta to jedyny powód, żeby w tę grę grać, ponieważ walka jest w niej okrutnie nudna. Opinię tę potwierdził mój wiarołomny kuzyn (ten, który radził mi zacząć czytanie cyklu o wiedźminie od „Krwi elfów”).

Będąc symulatorem randkowania, pierwszy „Wiedźmin” nie do końca zatem oddaje to, co w książkach mi się podobało – czyli właśnie walki – natomiast dość wiernie adaptuje ich aspekt romansowy. Nota bene, pierwsza strona pierwszego tomu opowiada o tym, jak jakaś dziewczyna – jeszcze nie wiemy, czy rusałka, czy też śmiertelniczka – smyra Geralta piersiami.

Romanse w książkach o wiedźminie są bowiem równie subtelne jak karty sexu – choć jednocześnie nie tak prostolinijne jak ciąg przyczynowo-skutkowy „wybierz właściwą opcję dialogową” à „daj kobiecie pierścionek” à „ciesz się nowym trofeum”.

Nie tak prostolinijne, ale i nie tak zrozumiałe. Bo stosunki damsko-męskie (a w jednym przypadku damsko-damskie) są u Sapkowskiego... dziwne.

Miłość jest zaborcza i mordercza

Temat miłości po raz pierwszy zostaje podjęty w „Ziarnie prawdy”, u samego początku pierwszego tomu opowiadań („Ostatnie życzenie”). Z lenistwa, jak również dlatego, że i tak już za dużo czasu spędzam na przeżuwaniu twórczości Sapkowskiego, pozwolę sobie zacytować swoje wrażenia na temat tego opowiadania wzięte stąd:

„W „Ziarnie prawdy” mamy do czynienia z ciekawą i miejscami zabawną transformacją baśni o Pięknej i Bestii. Nivellen – czyli właśnie Bestia – jest ze swojego stanu raczej zadowolony, bo odmienność przyciąga dziewczyny. Trochę go co prawda martwią potworne sny, które ostatnio miewa, ale trudno, da się z tym żyć.

Przynajmniej dopóki nie wyjdzie na jaw, że sny te wywołuje jego najnowsza i najulubieńsza ukochana, która jest – tak, tak – wampirzycą. Śliczna Vereena chce z Nivellena zrobić prawdziwego potwora, którym będzie mogła dowolnie powodować.

I w tym momencie misterna maszyneria opowiadania zaczyna mi ostro zgrzytać. Po pierwsze, poznawszy prawdziwą naturę ukochanej, Nivellen przebija ją na wylot wielkim drągiem. Ją, którą dopiero co tak tkliwie kochał - teraz bez chwili wahania nabija na wielki kołek. Prawda, że wampirzyca zamierza właśnie zabić wiedźmina, ale takie przedziurawienie ukochanej mimo wszystko wydaje mi się krokiem z gatunku tych bardziej radykalnych i niveluje moją sympatię do Nivellena (wybaczcie tę krotochwilę).

A żeby było jeszcze śmieszniej, nadziana na drąg Vereena przed śmiercią jeszcze wyznaje Nivellenowi miłość. Wyznanie brzmi „Będziesz mój albo niczyj”, a towarzyszy mu sięgnięcie wampirzymi ząbkami ku tętnicy szyjnej.

Oto gorzki komentarz na temat miłości - myślę sobie. Żadnej miłości nie ma, jest tylko zaborcza zachłanność, oszustwo, walka płci i autodestrukcja. Znakomicie wyartykułowany cynizm - myślę i szczerze gratuluję Sapkowskiemu jego zręczności.

A potem mój wzrok pada na kolejne akapity, w których okazuje się, że Nivellen właśnie odzyskał ludzką (i nader nadobną postać), zaś wiedźmin orzeka, że stało się to dzięki sile prawdziwej miłości.

Sile prawdziwej miłości, w której kobieta manipulowała mężczyzną, skłaniając go do potwornych czynów, żeby zapewnić sobie potężnego obrońcę. Prawdziwej miłości, w której mężczyzna przy pierwszej okazji nabił kobietę na wielki rożen”.

I tak okazuje się, że „zaborcza zachłanność, oszustwo, walka płci i autodestrukcja” to według Sapkowskiego właśnie JEST miłość.

Miłość jest toksyczna i kłamliwa

Och, Yennefer. Naczelny wątek romansowy cyklu wiedźmińskiego, o którym zapewne słyszał każdy, nawet jeśli nie czytał książek, chociażby dzięki mnogim coverom „Pieśni Priscilli” buszującym po Youtubie. Miłość tak wielka i święta, że Yennefer nie pojawia się nawet w kartach sexu.

O moich odczuciach na temat relacji Geralt-Yennefer dużo można powiedzieć, słowa są jednak kulawe i nie tak wymowne jak obiektywny i naukowy wykres.



Wątek ten jest zgniły od samego korzenia – tzn. od opowiadania „Ostatnie życzenie”. Oprócz naprawdę zabawnej fabuły osnutej wokół życzeń spełnianych przez przypadkowo wypuszczonego z butelki dżina, mamy tam kunsztownie zarysowane narodziny prawdziwej głębokiej miłości. Zafascynowany piękną, niezależną i obcesową Yennefer, Geralt gapi się na nią w kąpieli. Następnie Yennefer gwałci go mentalnie i przejmuje nad nim kontrolę, żeby stłukł paru ludzi, którzy jej podpadli. Efekt: Geralt ląduje w więzieniu. Na koniec Geralt wypowiada przed dżinem życzenie (tytułowe ostatnie), po którym następuje namiętny seks między nim a Yennefer. Jak dokładnie brzmi życzenie, tego nie wiemy, można jednak domniemywać, że Geralt zażądał, by Yennefer go pokochała, co potwierdza wyżej wspomniana „Pieśń Priscilli” w słowach „Kiedy wyrzekłem moje życzenie,
Czyś mnie wbrew sobie wtedy pokochała?” (już nie mogę tego słuchać, odkąd wiem, o czym właściwie mowa).

W istocie, epicki to romans, który zaczyna się od ubezwłasnowolnienia jednej osoby (Geralt zahipnotyzowany przez Yennefer), a kończy ubezwłasnowolnieniem drugiej (Yennefer zostaje natychmiast ogarnięta miłością do Geralta dzięki życzeniu spełnionemu przez dżina).

W swoim eseju na temat legendy arturiańskiej „Świat króla Artura” (do którego jeszcze wrócę) Sapkowski chwali się, że w postaci Yennefer wskrzesił nieustępliwą, niezdobytą Nimue – „silną kobietę, która nie ulegnie, dopóki sama nie zechce”. Powinien dodać: „albo dopóki nie przymusi jej działanie siły nadprzyrodzonej”. Szkoda, że Merlin nie miał pod ręką żadnego dżina.

W kolejnym tomie, „Miecz przeznaczenia”, dowiadujemy się, że związek oparty na tak kruchych podstawach nie mógł się ostać, zwłaszcza że Yennefer rzuca w gniewie talerzami, zmusza Geralta do pieszczot na rozchwierutanym wypchanym jednorożcu i ma tendencje poliamoryczne, których Geralt nie potrafi zaakceptować. Męczą się ze sobą straszliwie, a mimo to Sapkowski usilnie próbuje mnie przekonać, że łączy ich jakieś potężne uczucie, ocierające się o metafizykę. Dwa pierwsze opowiadania w tym tomie przypominają zatem wyjątkowo bolesne zatwardzenie, a absolutnym nadirem jest „Okruch lodu”, zawierający najbardziej chyba grafomański fragment, jaki kiedykolwiek wyszedł spod pióra Sapkowskiego:

-Jadę za tobą, Yen, bo zaplątałem, zawęźliłem uprząż moich sań w płozy twoich. A dookoła mnie zamieć. I mróz. Zimno.
-Ciepło stopiłoby w tobie okruch lodu, którym cię ugodziłam-szepnęła.-Wówczas prysłby czar, zobaczyłbyś mnie taką, jaka naprawdę jestem.
-Smagaj tedy białe konie, Yen, niechaj mkną na północ, tam gdzie nigdy nie nastaje odwilż. Oby nigdy nie nastała. Chcę jak najprędzej znaleźć się w twoim lodowym zamku.
-Ten zamek nie istnieje.-Usta Yennefer drgnęły, skrzywiły się.-Jest symbolem.

Znów Rzędzian próbuje być Katonem. Ten sentymentalny dialog jeszcze bardziej rzuca się w oczy na tle zwykłego, cynicznego i dosadnego stylu Sapkowskiego. Pomijając jednak jego arcypretensjonalną formę, treść jest dosyć jasna: Yennefer nie chce żadnego bliższego, poważniejszego i bardziej szczerego związku, Geralt tradycyjnie jest bęcwałem, zaś relacja, w której oboje tkwią, jest toksyczna. Doprawdy ogromną ulgą jest rozstanie pary kochanków pod koniec „Okruchu lodu”, bo oprócz przywoływanego raz po raz zapachu bzu i agrestu nie istnieje absolutnie żaden powód, żeby byli razem. Kolejne opowiadanie – szyderczy, przenikliwy i pełen wartkiej akcji „Wieczny ogień” – był niczym powiew świeżego powietrza po wyjściu z wilgotnego lochu.

Niestety, nie jest to koniec perypetii miłosnych Yennefer i Geralta. Zanim jednak wątek ten powróci niczym morderczy bumerang, Geralt musi pomęczyć się trochę sam.

Miłość jest nagła i irracjonalna

No, może nie do końca sam, bo już w kolejnym opowiadaniu, „Trochę poświęcenia”, Geralt spotyka młodą pieśniarkę zwaną Oczko. Sama Oczko jest sympatyczną postacią, uroczy jest wątek przyjaźni, uczuć opiekuńczych i rywalizacji między nią a Jaskrem, przewijającą się w tle historię romansu władcy z syreną da się znieść. Wszystko to przypomina babeczkę, która smakuje całkiem nieźle, póki człowiek nie natknie się na ukryty w niej gwóźdź.

A gwoździem jest nagła i wyniszczająca miłość, jaką Oczko ni z tego, ni z owego zaczyna pałać do Geralta. Prezentowane jest to jak wielka tragedia na miarę Tristana i Izoldy, Oczko niemalże kona z nieodwzajemnionego uczucia, a Geralt – po pierwotnym zakłopotaniu – wreszcie obdarza ją rozkoszą. W samą porę, bo jak informuje nas narrator, kilka lat później Oczko umarła z powodu zarazy. Na szczęście przed śmiercią zdołała doznać spełnienia w ramionach wiedźmina, dając nam powód do słodko-gorzkiego wzruszenia.

A przynajmniej taki – jak sądzę – był zamysł Sapkowskiego. Bo w moim przypadku, ilekroć Oczko spoglądała na Geralta z miłosną rozpaczą, po głowie zaczynało mi jak mantra chodzić zdanie: „Dziewczyno, opanuj się, znasz go od kilkudziesięciu godzin”. Przedstawianie czegoś, co bardziej przypomina głupie zauroczenie, jako głębokiego uczucia, po prostu nie gra z wszechobecną kpiną i szyderstwem, jakie uprawia Sapkowski. Ilekroć próbuje zmienić tonację, w moich uszach brzmi fałszywie i niespójnie.

Jest jednak w tym wątku jedna dobra rzecz: początkowe zażenowanie Geralta, który zastanawia się, czy Yennefer czuła wobec niego to samo, co on czuje wobec schnącej z miłości Oczko, tj. żal i litość. Moje złe serce uradowało się bardzo tym fragmentem, który wzięło za postępującą dekonstrukcję wątku miłości Geralta i Yennefer.

Przyszłość miała pokazać, jak bardzo się omyliło. Wcześniej jednak doznało jeszcze jednej radości: tylekroć już przywoływanego „Coś więcej”.

Miłość ma wiele twarzy

Pierwsze moje zetknięcie z tym opowiadaniem – ostatnim w tomie „Miecz przeznaczenia” – miało miejsce wiele lat temu. Z tego pierwszego zetknięcia pozostało mi tylko mgliste i mało przyjemne wspomnienie Geralta jadącego na wozie i majaczącego z powodu ran.

W istocie, Geralt jest ranny i opuszczony przez wszystkich. Tym razem jego smętek brzmi bardziej wiarygodnie niż wtedy, gdy jest w pełni sił żywotnych, a przy boku ma Jaskra gotowego znosić jego humory i białogłowy, które zerkają na niego tęsknie bądź łakomie. W takim stanie absolutnego osamotnienia najpierw spotyka swoją matkę – czarodziejkę, która wiele lat temu go opuściła, skazując go na bolesny wiedźmiński los. Dowiaduje się też, że Yennefer zginęła. Nie może zatem liczyć ani na miłość matczyną, ani na miłość kochanki. Obydwie go w jakimś sensie zawiodły.

I wtedy pojawia się Ciri – dziewczynka, którą miał wziąć na wychowanie i która z powodu magicznych przysiąg i układów stała się ponoć jego przeznaczeniem; dziewczynka, którą opuścił w poprzednim opowiadaniu, dla jej dobra rezygnując z robienia z niej wiedźminki; dziewczynka, która cudem przeżyła rzeź jej rodzinnego miasta. Geralt jest przekonany, że Ciri nie żyje, i że on jest do pewnego stopnia winien jej śmierci. Kiedy wreszcie ona i wiedźmin się spotykają, następuje radosne i naprawdę wzruszające powitanie oraz zapadająca w pamięć puenta.

Geralt zawiódł się i na swojej matce, i na Yennefer. Teraz następuje odwrócenie sytuacji: sam mało co nie zawiódł Ciri. Kiedy na jej słowa „jestem twoim przeznaczeniem” odpowiada „Nie, Ciri, jesteś czymś więcej”, wydaje się, że wreszcie nastąpił w nim jakiś przełom, że wyzwolił się od żalu wobec całego świata, toksycznego uczucia i roszczeniowej postawy bęcwała łaknącego czułości. Teraz to on musi stać się kimś, kto zapewni czułość i opiekę Ciri, i będzie wystarczająco dojrzały, żeby ją wychować.

Szczęśliwe moje serce mogłoby pomyśleć w tym momencie, że wie już, o czym będzie dalsza część cyklu: o budowaniu wzajemnej relacji między Ciri i Geraltem i wspólnych przygodach w niebezpiecznym, czasem wrogim, zawsze barwnym świecie. Coś jak „The Last of Us”, tyle że z elfami zamiast zombi opanowanych przez grzyby.

Tak by mogło pomyśleć moje serce, gdyby nie to, że nieopatrznie poznało już wcześniej treść „Krwi elfów”.

Ten wspaniały przełom postaci Geralta, to cudowne wygaszenie wątku Yennefer, a nawet zapowiedź relacji z Ciri zostają w tej książce całkowicie unieważnione. Geralt znowu jest bęcwałem boczącym się na wszystko i wszystkich, Yennefer żyje i ma się dobrze, a wiedźmin dalej ma niezrozumiałą obsesję na jej punkcie, a relacja między Geraltem a Ciri zostaje ledwie zarysowana, zanim obydwie postaci rozstają się praktycznie na pięć tomów.

Wielki powrót Yennefer

Jeśli „Krew elfów” opisuje budowanie jakiejkolwiek relacji, to jest to relacja między Yennefer i Ciri, początkowo zresztą osnuta wokół Geralta, czyli Wielkiego Nieobecnego tej książki. Kiedy już zaakceptuje się nijakość i nieistnienie samego wiedźmina, relacja ta staje się nawet ciekawa: zrodzona z zazdrości i żalu, ewoluuje z wolna w stronę wzajemnego szacunku i czułości między matką a córką. Trzeba co prawda przełknąć ewidentną fascynację Sapkowskiego kobiecym ciałem, również młodocianym, jest jednak jasne i oczywiste, że Yennefer bez Geralta wiele zyskuje. Tak samo zresztą jak Geralt bez Yennefer.

Geralta, jako mężczyznę, porównać można do ogórka. Yennefer, jako kobieta (w dodatku odgrywająca wobec Ciri rolę matki) jest niczym mleko. A jak wszyscy wiemy, ogórków i mleka łączyć nie należy.

Dlatego z pewną ulgą należy przyjąć fakt, że przez większość sagi Yennefer i Geralt nie mają ze sobą styczności, a ich spotkania, ograniczające się do namiętnego seksu, są na tyle krótkie, by nie zdążyły się pojawić pretensjonalne, toksyczne podteksty z „Okrucha lodu”. Z drugiej strony, brak tych kontaktów (jak również brak kontaktów ich obojga z Ciri po „Krwi elfów” i „Czasie pogardy”) skutecznie zapobiega jakiemukolwiek rozwojowi ich relacji. Geralt nie ma szans dojrzeć ani jako partner, ani jako ojciec.

Oddam Sapkowskiemu sprawiedliwość: Yennefer przeżywa swoją ścieżkę rozwoju, w pełni wpasowując się w rolę matki wobec Ciri. Chociaż wątek przetykany jest mistycyzmem ku czci Wielkiej Bogini Matki, który mocno woniał mi „Mgłami Avalonu” (skojarzenie jak najbardziej uprawnione, bo Sapkowski bardzo ceni tę książkę), to zrealizowany jest zgrabnie, tyle że został ściśnięty na króciutkim odcinku przedostatniego tomu, „Wieży jaskółki”, w którym Sapkowski chciał pomieścić jak na mój gust trochę za dużo rzeczy (łącznie z całą historią jakiegoś królestwa, którego nazwy już nie pamiętam).

Yennefer staje się zatem dla Ciri matką i jest gotowa do ostatecznego poświęcenia dla swojej przybranej córki, natomiast Geralt pozostaje Geraltem. Ich miłość z jakiegoś zupełnie niejasnego dla mnie powodu trwa dalej, mimo że przez ostatnie trzy książki nie mieli ze sobą żadnego kontaktu i każde przeżywało własne przygody i własne olśnienia. Ale książka mówi nam, że bardzo się kochają, a ich miłość nie zna granic. Czym jest czytelnik, by wątpić i pytać „dlaczego” oraz „jak to możliwe”?

Miłość Geralta i Yennefer jest wieczna. Wieczna dlatego, że sam Sapkowski wydaje się już nie pamiętać o jej naznaczonych konfliktem i gwałtem początkach; dlatego, że od „Krwi elfów” trwa niezmiennie, choć pozbawiona pożywki; i dlatego wreszcie, że nie kończy się nawet po śmierci.

Geralt i Yennefer odchodzą bowiem z tego świata i trafiają do pachnącego jabłkami Avalonu, by być razem przez całą wieczność. Ich związek uzyskuje tym samym pełne autorskie poparcie. Ckliwość spod znaku Oczko uderza ponownie, i ponownie chyba mam czuć słodko-gorzkie wzruszenie. Problematyczna miłość Geralta i Yennefer została wybielona z wszelkich podtekstów toksycznych i sadomasochistycznych, i zarazem wyprana z wszelkich cech indywidualnych. Relacja dwóch osób, które będąc razem, potrafiły się tylko unieszczęśliwiać, nagle staje się romantycznym wzorcem, które Sapkowski przecież tak lubi wyśmiewać.

Tę bladą i naiwną wizję ratuje tylko moja złośliwa hipoteza, zgodnie z którą Yennefer i Geralt tak naprawdę trafili do piekła. W końcu za życia mimo swojej deklaratywnej miłości nie byli w stanie wytrzymać ze sobą głupich kilku miesięcy... a teraz będą musieli spędzić razem całą wieczność.

Oscar za najlepszą postać żeńską

Yennefer, szczególnie pod sam koniec sagi (dopóki nie połączy się z Geraltem, oczywista), staje się postacią znacznie ciekawszą niż Geralt. Większość jednak postaci kobiecych, które przewijają się przez karty kolejnych książek, nie może pomarzyć o tak interesującej konstrukcji. Kobiety jako ogół wpisują się w fantastyczny ideał istoty pięknej (i dbającej o linię – dlatego właśnie dwie powabne zarrakiańskie wojowniczki powstrzymują się od jedzenia, choć jednocześnie nie stronią od żłopania hektolitrów piwska) i zawsze chętnej (tu na pierwszy plan wybija się absurdalne przyjęcie, na którym wszystkie [wszystkie!!!] czarodziejki próbują uwieść Geralta). Mimo że Sapkowski tworzy całą tajną organizację czarodziejek, które zamierzają po kryjomu rządzić światem, to skupia się przede wszystkim na opisywaniu ubrań i biżuterii każdej z nich, z pietyzmem dorównującym tylko pieczołowitości opisu wykwintnych posiłków. Głupio się przyznać, ale połowa z tych niby sprytnych, niby silnych czarodziejskich osobowości zlała mi się w głowie w bezkształtną, pozbawioną twarzy masę wydekoltowanych sukni i diamentowych kolii – archetyp kobiety silnej swoją seksualnością.

Bo najczęściej właśnie dzięki swojej seksualności kobieta może być silna: tajemnicza i uwodzicielska, podstępna i niezrozumiała, pociągająco inna. Obca.

Dlatego tak bardzo lubię Milvę – postać zupełnie drugoplanową, która odgrywa jakąś rolę właściwie tylko w „Chrzcie ognia”, trzecim tomie sagi, a piątym całego cyklu. Milva jest łuczniczką, mówi jakąś przestarzałą gwarą i twardo stąpa po ziemi, przywołując do porządku kompanię facetów, z których większość stanowczo za bardzo lubi ględzić. Narracja nie powraca w kółko do jej wyglądu albo zapachu, skupiając się zamiast tego na tym, co Milva ma do powiedzenia albo co przeżyła. To między innymi dzięki niej „Chrzest ognia” jest jedną z przyjemniejszych części cyklu.

I mając w rękach taki skarb, Sapkowski go moim zdaniem zmarnował. Ostatnia ważna rzecz, jaka spotyka Milvę, ma miejsce pod koniec „Chrztu ognia”. Dokonuje ona wtedy doniosłego moralnego wyboru – który zaraz zostaje niestety unieważniony przez przejazd bezlitosnego walca imperatywu fabularnego – i przez następne dwa tomy orbituje wokół Geralta, zachowując wprawdzie cudownie cięty język, ale tracąc nieco ze swojej głębi. Wygląda to tak, jakby autor nie za bardzo wiedział, co z nią dalej zrobić.

Do ostatnich chwil nie opuszczała mnie nadzieja, że Milva będzie jeszcze miała swój moment, jakieś chwalebne zwieńczenie swojego własnego pobocznego wąteczku. Niestety, zamiast tego Milva zostaje podle uśmiercona wraz z kilkoma innymi postaciami znacznie ciekawszymi niż Geralt.

Ale mimo wszystko cieszę się, że Sapkowski ją stworzył.

Specjalne wyróżnienie wędruje do czarodziejki Tissai de Vries: ze swoją surowością i pedantyzmem graniczącym z zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym wyróżnia się ona na tle innych czarodziejek, które wyglądają, jakby wyszły spod jednej sztancy.

Tissaię też Sapkowski bezlitośnie zarzyna.


Ciri: od obiecującej postaci do Mary Sue i Graala

Na tym podtytule można by właściwie zakończyć, bo streszcza całą drogę, jaką przebywa Ciri w cyklu wiedźmińskim.

Na początku jest wrzaskliwym dzieciakiem i zmusza Geralta, żeby się nią zaopiekował. Gorliwie uczy się walki, z dziecięcym idealizmem (który Geralt smętnie próbuje zgasić) zapowiada walkę w obronie dobra przeciwko złu, jest przedsiębiorcza i bezczelna, ufna i ciekawska, i generalnie stanowi postać znacznie ciekawszą niż wymięty Geralt.

Jednocześnie jednak od samego początku w jej postaci pojawiają się niepokojące rysy. Z początku się ich nie dostrzega; potem się je lekceważy; wreszcie jednak, kiedy rysy staną się wyrwami i dojdzie do ostatecznej katastrofy, człowiek zwraca się myślą wstecz i sam siebie pyta: „Czemu wcześniej nie zauważyłem, do czego to wszystko zmierza?”.

Ciri jest królewną w przebraniu. Wielu jest takich, którzy chcieliby dostać ją w swoje łapy i wykorzystać w politycznych zagrywkach. Ciri miewa wizje przyszłości. Ciri ma sny o czarnym rycerzu, który wywiózł ją z masakrowanego miasta, a potem zrobił jej coś strasznego, czego ona nie pamięta. Ciri przykłada się do wiedźmińskich ćwiczeń i opanowuje znakomicie sztukę władania bronią białą. Ciri jest uzdolniona magicznie i dzięki szkoleniu Yennefer osiąga jaką taką biegłość również w czarach. Ciri niby nie jest ładna, ale świątynny skryba z miejsca się w niej zakochuje. Ciri jest potomkinią elfów. Ciri jest potomkinią całego rodu o wyjątkowo potężnych zdolnościach magicznych. Ciri jest ostatnim ogniwem eugenicznego eksperymentu, mającego na celu stworzenie mesjasza, który ocali świat przed epoką lodowcową. Ciri jest posiadaczką magicznej macicy, z której wyjdzie ww. mesjasz, i to dlatego wielu jest takich, którzy chcieliby dostać ją w swoje łapy i wykorzystać w eugenicznych zagrywkach. Ciri wzbudziła uwielbienie niezliczonych hord miłośników, którzy teraz gotowi są oddać życie za jej sprawę. CIRI JEST PANIĄ ŚWIATÓW I POTRAFI PODRÓŻOWAĆ W CZASIE I PRZESTRZENI.

Sapkowski obdarza ją kolejnymi fantastycznymi umiejętnościami i kolejnymi zakochanymi w niej NPC-ami. Można powiedzieć, że Ciri na to zasługuje, bo swoje musi przecierpieć. Tylko że jej osiągnięcia rzadko sprawiają wrażenie czegoś, co Ciri zdobyła swoją krwawicą; o wiele częściej są jej zsyłane hojną ręką autora. Nie zawsze, przyznaję; są momenty, w których Ciri działa, i to skutecznie i efektownie zarazem. O wiele częściej jednak zostaje zredukowana do roli magicznej macicy, a cała jej wartość sprowadza się do jej wyjątkowego, potężnego genomu.

Swoistym nadirem cyklu jest tu początek „Pani jeziora”, ostatniego tomu. Ciri trafia do krainy elfów i wreszcie poznaje prawdę o swoim skomplikowanym rodowodzie i magicznej macicy, a dodatkowo dostaje ofertę nie do odrzucenia: pozostanie w krainie elfów, dopóki nie urodzi jej królowi dziecka – wszechpotężnego mesjasza.

I przyjmuje tę ofertę.

Nie po to nawet, by zyskać na czasie, uśpić czujność elfów i odkryć alternatywną drogę ucieczki. Nie, Ciri godzi się na ofertę elfów całkowicie szczerze, przyjmuje stuprocentowo bierną postawę, a przed zapłodnieniem chroni ją tylko wstręt króla elfów przed kopulacją z osobą o tak wysokiej zawartości genów ludzkich.

Z krainy elfów Ciri wymyka się tylko dzięki nagłej interwencji jednorożców, skonfliktowanych z elfami. To jednorożce nawiązują z nią kontakt i to jednorożce zdradzają jej sposób na ucieczkę. Szczęśliwie Ciri ma przynajmniej okazję stoczyć podczas tej ucieczki efektowną walkę na miecze, ale zanim to nastąpi, wykazuje się przedsiębiorczością zwiędłej pietruszki albo, nie przymierzając, Geralta.

Ciri zresztą wyraźnie zajmuje miejsce Geralta w sadze, stając się nowym centrum, nowym pępkiem świata, nową miarą wszechrzeczy, w odniesieniu do której określają się wszystkie inne postaci. W pewnym momencie staje się to wręcz groteskowe: okazuje się na przykład, że czarny rycerz, który wywiózł ją z masakrowanego miasta, a o którym Ciri śniła koszmary, to zakochany w niej do szaleństwa młodzieniaszek imieniem Cahir. Zakochał się w niej właśnie wtedy, kiedy wywiózł ją, półprzytomną, z miasta, po czym stwierdził, że koniecznie musi ją umyć i zdjął z niej ubranie. Miał około dwudziestu lat, ona około dwunastu, i jej dopiero sposobiące się do dojrzewania ciałko wywarło na niego przemożny wpływ, który przez kolejne lata kierował wszystkimi jego krokami.

Na marginesie tylko zaznaczę, że jedyna sytuacja, w której Cahir byłby zmuszony rozebrać Ciri do mycia, to awaria zwieraczy pod wpływem strachu, a to nie nastraja zbyt romantycznie.

Trzeba jednak przyznać, że w przeciwieństwie do Geralta, Ciri przebywa coś w rodzaju drogi od A do B, polegającej głównie na zgnojeniu młodzieńczego idealizmu. Nie do końca wierzę we wszystkie zakręty tej drogi, momentami odnoszę wrażenie, że Sapkowski wiedzę o psychologii dorastających dziewcząt czerpie przede wszystkim od Bettelheima, ale ogólnie rzecz biorąc można dostrzec w postaci Ciri pewien zamysł: bolesna utrata dzieciństwa, cynizm jako metoda obrony przed okrucieństwem świata, krwawa rozprawa z wrogami, stanięcie na własnych nogach i zjednoczenie z rodziną.

Nad tym wszystkim majaczy jednak mroczny cień przepowiedni o nadchodzącej epoce lodowcowej. Ciri – albo jej dziecko – jest jedyną osobą zdolną uratować świat przed tą groźbą. Do ostatnich stron można się zastanawiać, jak ten wątek się zakończy. Czy Ciri zaakceptuje rolę wyznaczoną jej przez proroctwo i ocali świat? Czy poświęci się dla ludzkości, od której doznała tylu cierpień, ale która ma przecież w sobie również dobro? Czy może plunie w twarz przeznaczeniu i wybierze własną ścieżkę, świadoma, że być może skazuje cały świat na długie zimy, karczmy na Bałtyku i lodowiec pchający głazy narzutowe? Jaką decyzję podejmie Ciri?

Nie wiem. Do tej pory nie wiem. Bo wątek epoki lodowcowej w pewnym momencie się po prostu rozmywa. Ciri z pomocą jednorożca wysyła Yennefer i Geralta do piekła w Avalonie, a sama teleportuje się do świata króla Artura i opowiada swoje przygody Galahadowi (jak można przypuszczać, nie do końca zgodnie z prawdą). Galahad uważa ją za wróżkę i cały czas naprasza się o seks, Ciri najpierw go gasi, ale potem stwierdza, że w sumie jest całkiem niebrzydki i ręka w rękę odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.

Tak jest. Ciri właśnie wypięła się na cały świat, któremu grozi wieczna zmarzlina, na rzecz figli z dopiero co poznanym rycerzykiem, o którym nie wiemy dosłownie nic oprócz tego, że jest naiwny i wrażliwy na niewieście wdzięki. Nie rozumie do końca opowieści Ciri; ba, nie rozumie nawet do końca, kim ona jest, idealizując ją do samego końca jako istotę nadprzyrodzoną. Trudno to uznać za kwalifikacje do odegrania wobec Ciri roli bezpiecznej przystani po rozlicznych traumach i wstrząsach, a co dopiero równorzędnego partnera. Jedyne, co przemawia na korzyść Galahada, to jego wcale przyjemna facjata. Taki jest ostatni dar zesłany heroinie przez zawsze szczodrego autora.

Ostatni akord historii Ciri jest więc wysoce niesatysfakcjonujący. A jeszcze fałszywiej brzmi, jeśli człowiek zda sobie sprawę, co Sapkowski chciał przez ten ostatni akord powiedzieć:

Ciri to Graal.

Lecząca vulva

Nie przypadkiem przecież rycerzem, którego spotyka Ciri, jest właśnie Galahad, najczystszy z rycerzy, od urodzenia przeznaczony do odnalezienia Graala. W tej interpretacji upewnił mnie wspominany już esej Sapkowskiego „Świat króla Artura”, który zresztą uważam za mocno zideologizowany i miejscami wręcz bałamutny.

Jednym z tematów poruszanych w tym eseju jest oczywiście Graal, który Sapkowski interpretuje – za książką Jessie Weston z 1920 r. – jako oczywistego spadkobiercę magicznych kociołków z mitologii celtyckiej. Co prawda napomyka też, że w jednej z wersji opowieści o Percevalu rolę Graala pełni z odciętą głową Brana Błogosławionego, ale już w następnym akapicie z niezachwianą pewnością stwierdza, że Graal jest tak naprawdę symbolem kobiety. „Aby ją odnaleźć i zdobyć, aby ją zrozumieć, warto poświęcić sporo czasu i wysiłku” – pisze Sapkowski, w żaden sposób nie wyjaśniając, jak się to ma do świętego przedmiotu czci, jakim była ponoć głowa Brana.

Ta inspirowana Weston i „Białą boginią” Gravesa interpretacja opanowuje również historię o  Balinie, który zadał królowi Pellamowi ranę świętą włócznią, ściągając katastrofę na całą krainę, którą zażegnać może jedynie uzdrowienie króla przy pomocy Graala. Ku mojemu wielkiemu bólowi, Sapkowski robi z Balina jednowymiarowego zbrodniarza. Ani słówkiem nie wspomina o prześladującym rycerza fatum, skupiając się zamiast tego na tym, by świętą włócznię zrównać z oczywistym symbolem fallicznym. Zamiast na tym poprzestać, dodaje, że „leczący Graal to vulva”. Pomińmy fakt, że pięknie redukuje to kobietę, której „warto poświęcić sporo czasu i wysiłku”, do jej narządów płciowych. Warto zamiast tego doprowadzić myśl Sapkowskiego do logicznego wniosku, który brzmi: opowieść o Graalu jest potępieniem męskiego homoseksualizmu. No bo jeśli włócznia jest symbolem fallicznym, to Pellam zostaje raniony przez Balina penisem – i właśnie to smutne wydarzenie prowadzi do niedołężności samego króla i katastrofy całej jego krainy. Uleczyć go może tylko stosunek z kobietą. Trudno o czytelniejszą przestrogę przed zgubnymi skutkami sodomii.

A zatem kobieta to Graal. Cieszcie się, kobiety – chociaż czy rzeczywiście jest z czego? Kobietom należy się cześć i szacunek („warto poświęcić sporo czasu i wysiłku, by je zdobyć”) przede wszystkim z powodu ich powiązań z celtycką Wielką Boginią, z racji posiadania leczącej vulvy oraz cyklicznie złuszczanej śluzówki macicy. Sapkowski napomyka wprawdzie dość mętnie, że w społeczeństwie celtyckim kobiety odgrywały ogromną rolę, ale tak naprawdę kobieta jest głównie czymś, do czego się dąży (jak do Graala), czego się pragnie (tak, jak Merlin pragnął Nimue), czymś, co budzi poruszający do głębi duszy zachwyt i inspiruje (tak jak Beatrycze zainspirowała Dantego).

Wszystko to Sapkowski rzewnie podsumowuje cytatem z Lechonia: „Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. Oczywiście, że nie ma. W tym obrazie, niby skoncentrowanym na kobiecie, jest tylko mężczyzna, jego pragnienia i jego wyobrażenie o kobiecie, jej ubóstwienie i zarazem uprzedmiotowienie.

Kiedy Galahad spotyka Ciri, odnajduje swojego Graala. Co odnajduje Ciri? Coś, czego wcale nie szukała, chyba żeby uznać Galahada za zwieńczenie bardzo pobocznego wątku zaciekawienia Ciri sprawami seksualności.


Jeśli ktoś uważa, że zbyt daleko idę z interpretacją Ciri jako Graala, to istnieje sposób na jej potwierdzenie prostszy niż czytanie całego eseju „Świat króla Artura”. Wystarczy przejrzeć opowiadanie „Coś się kończy, coś się zaczyna”, czyli coś w rodzaju fan fiction, które Sapkowski napisał do własnej sagi. Tam również Ciri spotyka Galahada (choć w innych okolicznościach), tam również z miejsca się w sobie zakochuje, i tam padają znamienne słowa:

Galahad ponownie pomyślał, marszcząc czoło.
- A Graal? - spytał wreszcie. - Co z Graalem?
- Co to jest Graal?
- Coś, czego się szuka - Galahad uniósł na poetę swoje rozmarzone oczy. - Coś, co jest najważniejsze. Coś, bez czego życie traci sens. Coś, bez czego jest się niepełnym, niedokończonym, niedoskonałym.
Poeta wydął wargi i spojrzał na rycerza swym słynnym spojrzeniem, wzrokiem, w którym wyniosłość mieszała się z wesołą życzliwością.
- Cały wieczór - powiedział - siedziałeś obok twego Graala, matołku.

To właśnie dostajemy zamiast decyzji Ciri w sprawie epoki lodowcowej. Z działającej postaci bohaterka staje się nie tylko nieruchomym poruszycielem na wzór Geralta, ale po prostu obiektem, nagrodą dla Galahada, którego czytelnik nie zdążył nawet dobrze poznać. Co więcej, jest obiektem tajemniczym i niezrozumiałym, bo przecież właśnie powinny być kobiety w porządnym wątku miłosnym – tajemnicze, niezrozumiałe i pociągająco obce. I taka właśnie powinna być według Sapkowskiego miłość – nagła, irracjonalna, zrodzona w nagłym błysku.

Co trochę się kłóci z deklarowaną przez Sapkowskiego mądrością, że na zrozumienie kobiety warto poświęcić trochę czasu i wysiłku.

wtorek, 27 grudnia 2016

"Mgły Avalonu" i wszystkie ich grzechy


Pierwsza część tysiącstronicowego eseju o "Mgłach Avalonu" jest tutaj.

Są podobno ludzie, dla których „Mgły Avalonu” to powieść historyczna. Wszechwiedzący wujek Google wydaje się potwierdzać, że dla sporej ilości osób prawda historyczna w książce Bradley jest rzeczywiście zagadnieniem niemałej wagi. 


I rzeczywiście – mogłoby się wydawać, że „Mgły Avalonu” mają ambicje, by opisać, jak to naprawdę mogło być z Arturem, gdyby rzeczywiście istniał. Legenda arturiańska zostaje wpisana w historię upadku Rzymu, chrystianizacji Brytanii i najazdów Sasów, czyli procesy i zjawiska, które zachodziły gdzieś na przełomie piątego i szóstego wieku. Pojawiające się w książce anachronizmy można by jednak liczyć w dziesiątkach: oto w Hiszpanii żyją muzułmanie, a na wybrzeża Brytanii napadają Wikingowie (i jedni, i drudzy mniej więcej 300 lat za wcześnie), mnisi odmawiają różaniec (o 700 lat za wcześnie), budownictwo i uzbrojenie bardziej przypomina pełnię średniowiecza, a księża głoszą wiarę bardziej przypominającą amerykański purytanizm niż piątowieczne chrześcijaństwo.

Czerpiąc pełnymi garściami od Geoffreya z Monmouth, Chrétiena de Troyes i Thomasa Malory’ego, Bradley stworzyła wizję świata, który jest amalgamatem różnych epok, fantastyczną sublimacją wyobrażeń na temat średniowiecza, a zarazem odpowiedzią na jej osobiste tęsknoty, jak zresztą przystało na opowieść arturiańską. Bradley nie odbiega tu od normy. O ile jednak Howard Pyle i podobni mu bajarze pławili się w nostalgii za czasami dzielnych rycerzy, żyjących od przygody do przygody i na każdym kroku udowadniających swoją wspaniałość, o tyle Bradley dała w „Mgłach Avalonu” upust nostalgii za epoką, gdy nie było jeszcze opresyjnego, patriarchalnego chrześcijaństwa. Epoką, w której kobieta była szanowana, a mądrzy druidzi nauczali tolerancji. Epoką, w której ludzie żyli w zgodzie z naturą, wielbiąc Boginię i krocząc ścieżką kolejnych żywotów ku osobistej doskonałości i przebóstwieniu. Epoką dobrej i słusznej wiary, łączącej pradawne obrzędy płodności omówione (albo zmyślone) w „Złotej gałęzi” przez Frazera z zachodnią interpretacją mądrości Wschodu.

Z nostalgią często jest zaś tak, że kieruje się ku czasom, które, tak jak złoty wiek czy szczęśliwe dzieciństwo, istnieją wyłącznie w naszym wyobrażeniu. Albo przy wyjściu z jaskini, skąd padają na nas ich cienie.

Ad rem, czyli przyczajony chrześcijanin, ukryty smok
W „Mgłach Avalonu” chrześcijanie – a w szczególności księża – są ograniczeni, głupi i agresywni. Nie rozumieją, że każdy powinien mieć prawo do rytualnego seksu i eutanazji na życzenie. W opozycji do nich są wierni wyznawcy Bogini oraz tolerancyjni druidzi, którzy wstąpili na stopnie wtajemniczenia tak wysokie, że nie potrzebują już żadnej religii, w związku z czym głoszą, że każdy ma prawo czcić takich bogów, jak mu się podoba. Jakaż różnica w porównaniu do ciemnych księży, którzy lobbują u Artura, żeby wybijał poganom zęby albo kastrował ich za udział w orgiach przy ogniach Beltanu...

A nie, zaraz, nie ma w „Mgłach Avalonu” żadnego kastrowania ani wybijania zębów, żadnego prześladowania niewiernych. Nie ma nawet tak banalnej i dyżurnej formy demonizacji kleru jak palenie na stosie czarownicy. 


Z jednej strony, bardzo mnie cieszy, że Bradley nie poszła w taką naiwną sztampę, jakiej nie uniknął choćby Sapkowski – z drugiej jednak nie mogę nie dostrzec poważnej wady konstrukcyjnej powieści.

Chwilami można odnieść wrażenie, że połowa książki składa się z rozmów o tym, jacy to chrześcijanie są źli i niedobrzy – ale co sami chrześcijanie robią, żeby na taki osąd zasłużyć? Niewiele. Mówi się nam, że są prostaczkami, którzy nie dorośli do tego, by pojąć światłe nauki druidów o reinkarnacji. Mówi się, że nie pozwalają kobietom uczyć się łaciny i gry na instrumentach. Mówi się, że są nietolerancyjni. Nie ma jednak ani jednej sceny, w której któryś z przemykających na czwartym planie dworskich kapelanów wziął udział w dyspucie ideologicznej z Morganą albo zrobił cokolwiek istotnego dla fabuły.

Właściwie są bardzo podobni do smoka.

Osobliwa bestia króla Pellinore'a. Ilustracja Arthura Dixona (Źródło)
Co mam na myśli? Występuje otóż w „Mgłach Avalonu” król Pellinore (zresztą przyszły szwagier Lancelota), który przez pół książki opowiada wszystkim, że po jego włościach grasuje straszny smok. Ponieważ nikt tego smoka nie widział, staje się on przedmiotem żartów i symbolem czegoś, o czym się w kółko mówi, choć tak naprawdę nie istnieje.

Całkiem jak ci podli księża.
 
Są równi i równiejsi
Jak się rzekło, największym grzechem chrześcijan, przy braku krwawych prześladowań, jest nietolerancja wobec innych religii. Wyznawcy Bogini są o wiele bardziej światli i przyznają każdemu prawo do wierzenia w to, co chce. Wszystkie religie są równie dobre.

Oczywiście, chrześcijaństwo jest dla głupków, którzy wierzą w możliwość zmartwychwstania oraz kojące bajeczki o nagrodzie w niebie za dobre uczynki i cierpienia na ziemi, a odrzucają mistyczną moc stosunku płciowego. Ale poza tym wszystkie religie są równie dobre.

Tak wygląda Sas (w grze komputerowej z 2000 roku).
No, są jeszcze Sasi, którzy czczą swojego prymitywnego końskiego boga. Wstrętna to religia i nie można pozwolić, aby zapanowała w Brytanii. To między innymi dlatego Avalon postanawia wziąć rozbrat z biskupami i wspólnie wynieść na tron Artura. Nawet chrześcijanie są lepsi niż wyznawcy saskiego boga-konia. Chociaż wszystkie religie są równie dobre.

Trochę tu rzecz jasna przesadzam; Sasi są obmierzłymi wrogami nie tylko ze względu na swoje wierzenia, ale przede wszystkim dlatego, że najeżdżają Brytanię i łupią ją z wielkim okrucieństwem. Tak się nam przynajmniej mówi, bo tak naprawdę Sasi są równie niewidzialni jak księża. Słyszymy o wojnie, ale ani razu nie widzimy jej na własne oczy. Raz tylko, gdy Morgana wędruje przez spustoszony kraj, możemy się przekonać, że rzeczywiście trwają tu jakieś walki. Jest to dla mnie jakiś brak, chociaż zrozumiały, skoro Bradley chciała skoncentrować się nie na wojennych wyczynach, ale na przeżyciach kobiet i dyskusji światopoglądowej. 
Najazdy Sasów to jedna z nielicznych rzeczy, które w ekranizacji "Mgieł Avalonu" przedstawiono lepiej niż w książce.
 Czuję lekki zawód, ale rozumiem, że prawdziwy konflikt, napędzający fabułę, leży gdzie indziej. Ale zanim przejdę do tego konfliktu – zanim spróbuję rozgryźć ideologiczny przekaz „Mgieł Avalonu” – muszę rozważyć jeden epizod, w którym jak w soczewce skupiają się ambiwalentne uczucia, jakie budzi we mnie ta książka.

Balin raz jeszcze
Jak niektórzy pewnie wiedzą, Balin jest jedną z bardziej tragicznych postaci legendy arturiańskiej. Intencje ma w sumie dobre rycerskie, ale grzeszy porywczością, która prowadzi go z nieszczęścia w nieszczęście, aż do śmierci z rąk własnego brata Balana.

Śmierć Balina i Balana. Nie mam pewności, czy ta scena jest choćby wspomniana w "Mgłach Avalonu". (H. J. Ford, źródło)
W „Le Morte d’Arthur” Malory’ego upadek Balina zaczyna się w chwili, gdy na dworze Artura zabija on Panią Jeziora. Łamie w ten sposób nie tylko prawo gościny, ale i obowiązek rycerskości wobec dam, który zgoła nie przewiduje dekapitacji. Sam Balin powołuje się jednak na inne prawo: obowiązek zemsty. Według jego słów Pani Jeziora była bowiem winna śmierci jego matki.

W „Mgłach Avalonu” historia Balina kończy się właściwie tam, gdzie u Malory’ego się zaczęła, to znaczy na zabiciu Pani Jeziora. Bradley jednak w bardzo interesujący sposób rozwija wstęp do niej, pokazując, w jaki sposób Pani Jeziora – Viviana – doprowadziła do śmierci matki Balina. Matka Balina była mianowicie ciężko chora i, bojąc się bólu, poprosiła Vivianę o podanie jej trucizny, co Viviana skwapliwie uczyniła.

Ta eutanazja spotyka się ze zrozumieniem, a nawet przychylnością męża chorej oraz Balana (który w tej wersji jest synem Viviany, wychowywanym przez rodziców Balina). Jeden tylko Balin, jako gburowaty chrześcijanin, śmie oskarżać Vivianę o morderstwo. W przeciwieństwie do ojca i przybranego brata, on pozbawiony jest pogańskiej mądrości, która pozwala zachować w obliczu śmierci stoicki spokój, wobec czego wrzeszczy, płacze i miota przekleństwa i ogólnie zachowuje się w sposób mało dystyngowany, tak by czytelnik nie miał wątpliwości, kto jest zaplutym karłem reakcji, a kto popełnił czyn, który wcale nie jest moralnie co najmniej dwuznaczny.

I właśnie dlatego „Mgły Avalonu” jak żadna inna książka budzą jednocześnie moje uznanie i dogłębną irytację. Uznanie – bo Bradley w interesujący sposób rozwija coś, co u Malory’ego było ledwie wzmianką, wpisując całą sytuację w ludzką codzienność i przydając jej psychologicznego prawdopodobieństwa. Irytację – bo jednocześnie okrasza to wszystko łopatologiczną ideologią i niezrozumiałym faworyzowaniem niektórych postaci. Przede wszystkim Viviany, której każdy czyn jest słuszny.



Per maioram Deae gloriam
A co takiego czyni Viviana, Pani Jeziora?

Po pierwsze, najpierw wydaje swoją młodszą siostrę Igernę za Gorloisa, a później zapowiada jej, że rozejdzie się z mężem i urodzi dziecko Uterowi Pendragonowi. Igerna się burzy przeciwko takiemu sterowaniu jej życiem; Morgause radośnie proponuje, że to ona urodzi dziecko Uterowi; obydwie zostają jednak skarcone za sprzeciwianie się woli Bogini i przeznaczonemu im losowi. Na szczęście Gorlois okazuje się zazdrosnym gwałtownikiem, zaś Uter mężczyzną, którego Igerna kochała już w poprzednim życiu, wobec czego są sobie przeznaczeni. Nagła zmiana nastawienia Igerny do planu Viviany zyskuje znakomite i niepodważalne uzasadnienie fabularne. Wszystko dzieje się zgodnie z wolą Bogini.

Po drugie, Viviana wrabia Morganę, swoją ukochaną wychowanicę, w rytualny seks z jej własnym bratem, Arturem. Morgana jest z początku przerażona i wściekła, do tego stopnia, że ucieka z Avalonu. Wstręt do kazirodztwa jednak okazuje się haniebnym wpływem wychowania przez głupich chrześcijan, którzy nie rozumieją świętości związku między bratem i siostrą, jaki praktykowali bogowie i starożytni Egipcjanie. Po jakimś czasie Morgana stwierdza zatem, że to nie Viviana zawiodła jej zaufanie, ale ona zawiodła zaufanie Viviany, nie chcąc podążać wytyczonym przez Panią Jeziora planem. A był to plan zaiste świetny i oczywiście zgodny z wolą bogini. Z jednej strony, straciwszy dziedzictwo właśnie z Morganą, Artur miał przez całe życie być jej poddany, dzięki czemu Morgana mogłaby zza jego ramienia kierować krajem. Z drugiej strony, owocem ich związku miałoby być dziecię łączące w sobie królewską krew Avalonu, przyszły dziedzic Brytanii. Tymczasem wyszedł Mordred i wszyscy wiemy, jak to się skończyło – ale i to najwyraźniej było wolą Bogini.

Artur po lewej, Mordred po prawej. Rohatyna pośrodku (kadr z filmu Excalibur).

Morgana odrzuciła i manipulowanie Arturem, i mistyczną genetykę. Sprzeciwiła się woli Viviany. Sprzeciwiła się woli Bogini. Przez długie lata miała żałować, że opuściła Avalon, gdzie kapłanki zgodnie z wolą bogini oddają się obcym mężczyznom w rytuałach płodności, a urodzone dziewięć miesięcy później dzieci oddają na wychowanie obcym kobietom.

Niby to chrześcijaństwo zniewala człowieka tysiącem ograniczeń i zakazów – ale wiara w Boginię-Matkę, która teoretycznie powinna być przyjazna kobietom, odziera je z intymności i życia prywatnego, a nawet z wolnej woli. Nie tylko dlatego, że odbiera im prawo do buntu; odbiera im również możliwość popełnienia błędu.

Decydując za siostrę o jej związkach z mężczyznami, popychając wychowankę do kazirodztwa czy podając truciznę cierpiącej kobiecie, Viviana jest całkowicie usprawiedliwiona, ponieważ wykonuje wolę Bogini. Przygotowując tabletkę gwałtu dla Lancelota albo przy pomocy czarów mordując swojego szwagra, Morgana jest całkowicie usprawiedliwiona, ponieważ wykonuje wolę Bogini. Nawet na sam koniec, kiedy królestwo Artura poszło już w całkowitą rozsypkę i wszyscy zginęli, w czym i Morgana miała swój udział, Bradley nie pozwala jej na wyrzuty sumienia, żal czy choćby wątpliwość. Wszystko, co można by postrzegać jako błąd albo okrucieństwo, jest w porządku, ponieważ przyczyniło się do spełnienia woli Bogini.

Taki duży, taki mały, może bogiem być
Taką religię proponuje Bradley jako alternatywę do chrześcijaństwa: pełną manipulacji i fatalizmu, i w dużej mierze redukującą możliwości działania kobiety do przepełnionych symboliką stosunków płciowych. Wspomniany parokrotnie postulat dążenia do doskonałości w kolejnych wcieleniach realizuje się w miłości do tego samego mężczyzny w każdym życiu (jak u Igerny) albo kontrolowaniu swoich funkcji fizjologicznych tak, by miesiączka wypadła dokładnie w nów księżyca, bo to jest zgodne z rytmem przyrody (i wolą Bogini).

Mętne to zalecenia, a jeszcze mętniejsze się stają, kiedy od pierwotnych rytuałów płodnościowych przechodzimy nagle do filozofii dorównującej wyrafinowaniem co najmniej misteriom eleuzyjskim. Może Bradley uświadomiła sobie, jaką okropną religię stworzyła, w pewnym momencie bowiem wydaje się nieco z niej wycofywać. W epilogu Morgana stwierdza nie tylko, że wszystkie kłamstwa i manipulacje były wolą Bogini, ale też że chrześcijaństwo jest w sumie spoko, dopóki mniszki oddają cześć Maryi. Mało to przekonujący wniosek po tysiącu stron jeremiad o tym, jakie to chrześcijaństwo jest beznadziejne. Co więcej Bradley napomyka niejasno o tym, że każda kobieta nosi Boginię w sobie. Nie ma innej Bogini oprócz tej, którą może się stać – do której może dojrzeć – kobieta. Jak się to ma do Bogini, której cel uświęca środki, albo do Bogini, która dzięki koitalnym rytuałom zapewnia płodność ziemi – nie mam zielonego pojęcia. Ideologiczna warstwa „Mgieł Avalonu” staje się w tym momencie dla mnie takim gąszczem, że wolę dalej weń nie brnąć.

Dziedzictwo Bradley
Trzeba jednak powiedzieć, że „wewnętrzna bogini”, dla mnie tak nieprzenikniona, przeżyła Bradley i zrobiła karierę w fenomenie ostatnich lat, jakim jest „50 twarzy Greya”. Chociaż zasadniczo została tam zdegradowana do roli libido.

Mówiąc poważniej, wpływ Bradley na literaturę fantasy w ogóle, a opowieści arturiańskie w szczególności, jest z pewnością nie do przecenienia. Mimo wszystko to nie jest zła książka. Taka ocena może być zaskakująca po dwóch gigantycznych krytycznych postach, ale właśnie w tym rzecz: gdyby ta książka była zła, nie zasłużyłaby na dwa gigantyczne posty. Sposób, w jaki w „Mgłach Avalonu” rozwinięte i przetworzone zostały różne wątki legendy arturiańskiej, pogłębione zostały portrety psychologiczne postaci, opisane zostały uczucia i odmienne, rytualny stany świadomości – to wszystko jest naprawdę dobre. Bradley tworzy jedną z ciekawszych interpretacji Lancelota, z jakimi zdarzyło mi się spotkać. Tworzy też rewelacyjną postać sprytnej Morgause, która pod maską jowialności skrywa bezwzględność. Znakomite są opisy równoległych światów Avalonu i elfów, znakomity – i mrożący krew w żyłach – jest moment, w którym Kamelot również zaczyna ześlizgiwać się w ponadczasowy świat baśni i znikać ze świata rzeczywistego.

Ale to, co w założeniu ma być rdzeniem „Mgieł Avalonu”, czyli manifest prokobiecy i antyreligijny, jest niedoskonałe.

Nie każdy tak to odczuwa, rzecz jasna. Wiara w Boginię okazała się przecież na tyle nośna, że do „Mgieł Avalonu” Bradley wespół z Dianą L. Paxson napisała fefnaście prequeli, takich jak „Leśny dom”, „Pani Avalonu”, „Kapłanka Avalonu”, „Przodkowie Avalonu”, „Dziwne losy Avalonu”, „Avalona Karenina”, „Saga o ludziach Avalonu” i tak dalej. Obraz kapłanek odprawiających rytuały przy księżycu przesiąknął do kultury w stopniu wręcz zadziwiającym, a Morgana nie jest już tylko jednowymiarowym czarnym charakterem.

I na tym można by zakończyć, gdyby nie pewne fakty z biografii Bradley. Przeważnie nie dbam o życiorysy autorów, ale w przypadku Bradley o pewnych rzeczach nie można nie wspomnieć.

Już po jej śmierci córka Bradley – Moira Greyland – ujawniła, że ona i jej brat byli w dzieciństwie w okrutny sposób molestowani przez oboje rodziców. Bradley była przez wiele lat związana z Walterem Breenem, pedofilem i propagatarem pederastii, który ostatecznie został skazany i umarł w więzieniu w 1993 r. Z samych zeznań Bradley w jego procesie wynika, że nie widziała nic zdrożnego w związkach Breena z kilkunastoletnimi chłopcami. Nie uważała dzieci za ofiary, tylko za dobrowolnych i chętnych partnerów. Moira Greyland mówi też o swojej „macosze”, młodej kobiecie, która była kochanką Bradley, a jednocześnie zwracała się do niej „mamusiu”. Później twierdziła, że czuła się przez Bradley molestowana.

W tym momencie zawodzą mnie słowa. Bo wiedząc o tym wszystkim, nie można już tym samym okiem patrzeć na relację między Vivianą a Morganą, na sceny obrzędowego seksu, na dyskusyjny stosunek do kazirodztwa – a przede wszystkim na obraz Bogini-Matki, który  nabiera jeszcze bardziej ponurych tonów. Kwestie te przestają należeć wyłącznie do sfery krytyki literackiej, a stają się wyrazem i świadectwem rzeczywistych wydarzeń – i to bardzo smutnych.

------------------------------------------------------

Wyznania Moiry Greyland można przeczytać tutaj:
https://askthebigot.com/2015/07/23/the-story-of-moira-greyland-guest-post/
http://deirdre.net/marion-zimmer-bradley-its-worse-than-i-knew/

niedziela, 11 grudnia 2016

Kobieta na dworze króla Artura - krytykuję sobie "Mgły Avalonu" Marion Bradley (tłum. polskie Magda Pietrzak-Merta)



Mam z tą książką poważny problem. Jednocześnie jednak nie mogę powiedzieć, by była zła – i to właśnie wprawia mnie w stan wielkiego pomięszania i konfuzji.

W swoim czasie (czyli na początku lat 80.) „Mgły Avalonu” były zapewne ogromnie nowatorskie i rewolucyjne. Trudno mi sięgnąć pamięcią do tych odległych czasów, wydaje się jednak, że reinterpretacje legendy arturiańskiej były wówczas mniej powszechne niż dzisiaj i w większości składały się z poczciwych historyjek ku pokrzepieniu serc w duchu Howarda Pyle’a, który po dżentelmeńsku wierzył w czystość uczuć Lancelota do Ginewry. Były to historyjki, które zdradzały nostalgię za romantycznym obrazem średniowiecza, za złotym wiekiem rycerzy, za baśniowym – i osobliwie dziecięcym – światem przygód.

„Mgły Avalonu” próbują z tym zerwać. Oczywiście, historia pozostaje z grubsza ta sama, pojawiają się znane postaci i motywy, Uter Pendragon w przebraniu Gorloisa śpi z jego żoną, aby spłodzić Artura, rycerze poszukują Graala, a Artur ginie ostatecznie z rąk własnego syna; są osobliwe krainy czarodziejskiego ludu, gdzie czas płynie inaczej; pojawia się nawet jeden smok, wyraźnie inspirowany potworem z Loch Ness – ale pomimo tego wszystkiego widac wyraźnie, że Bradley próbuje legendę arturiańską urealnić, racjonalizując pewne wydarzenia. Artur nie wyciąga miecza z kamienia, tylko chwyta go z katafalku swojego ojca, żeby się bronić, kiedy Sasi napadają kościół, w którym trwało czuwanie przed pogrzebem. Merlin nie zostaje zaklęty w drzewo, tylko jest w nim pochowany.

Trzeba przy tym przyznać, że Bradley ani razu nie wpada w przemądrzały ton z gatunku „całe życie byłeś okłamywany, głupi czytelniku, tylko ja znam prawdę i mam rację”. Jej przeobrażenia wątków z legend arturiańskich są zwykle pełne wdzięku i stanowią jeden z głównych powodów, dla których rzeczywiście warto przeczytać tę książkę. Z drugiej strony, często ograniczają się do aluzji czy napomknień, których chyba nie doceni ktoś, kto nie znał legendy arturiańskiej już wcześniej.

Ale przecież „Mgły Avalonu” wybiły się spośród tylu dziesiątek, jeśli nie setek przeróbek opowieści o rycerzach Artura z zupełnie innego powodu. Robią bowiem coś, co nie przyszłoby do głowy Pyle’owi i jemu podobnym: starają się pogłębić portrety psychologiczne postaci, a zwłaszcza kobiet. ZWŁASZCZA KOBIET.

Jankes Kobieta na dworze króla Artura
Zakonnica i Galahad, Edmund H. Garrett (źródło)
Jedno trzeba sobie powiedzieć jasno: skłamałby ten, kto by rzekł, że w legendzie arturiańskiej przed Bradley kobiet nie było. W romansach rycerskich roi się od dam i dziewic; przemierzają one kraj, szukając rycerzy, którzy zdejmą ten czy inny czar, zabiją potwora albo staną w obronie ich pani na sądzie Bożym. Czasem muszą być ratowane przed zakusami niecnych gwałcicieli, czasem zaś same stają się wcieleniem Szatana, uwodząc czystych rycerzy (zwłaszcza ginofobicznego Borsa), czasem spędzają miłe chwile z mniej czystymi rycerzami (zwłaszcza wesołym Gawenem), czasem ofiarowują własną krew, by wyleczyć kobietę chorą na trąd, i same umierają w glorii świętości (jak się to dzieje z siostrą Percevala). Role, jakie pełnią, są o wiele bogatsze niż stereotypowy obraz księżniczki pilnowanej w wysokiej wieży przez ziejącego ogniem smoka. Trudno się jednak nie zgodzić, że nie sa głównymi bohaterkami, a często nie mają nawet imion.

„Mgły Avalonu” chcą tę sytuację odwrócić: oddać głos kobietom, prowadząc narrację wyłącznie z ich punktu widzenia.

Ale kim one są?
Główną bohaterką jest Morgana – nie dość że kobieta, to jeszcze antagonistka Artura. Bradley wiele robi, by jej wizerunek wybielić. Morgana oczywiście nie jest po prostu złą wiedźmą, tylko światłą poganką, która lepiej zna łacinę niż księża, i kapłanką Bogini z pogrążonej wśród mgieł wyspy Avalon. Jej relacja z Arturem to bez wątpienia jeden z najważniejszych wątków książki. Relacja, trzeba powiedzieć, dosyć problematyczna: Morgana jest jego siostrą (przyrodnią), matką (zastępczą, bo to ona się nim opiekowała, kiedy ich prawdziwa matka była zbyt zajęta mężem), kochanką (ponieważ zostali wrobieni w rytualny seks symbolizujący zaślubiny króla z podległą mu ziemią) i śmiertelnym wrogiem (kiedy Artur zdradza dobrą religię Bogini na rzecz wstrętnego chrześcijaństwa).

W swoich najlepszych momentach Morgana jest przejmującą postacią, która próbuje określić swoją tożsamość i znaleźć swoje miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn, obcą religię i ludzi, którzy próbują jej narzucić rolę usłużnej żony albo złej czarownicy. W swoich najgorszym momentach jednak staje się wielką, wulgarną tubą, przez którą Bradley donośnie woła „Chrześcijaństwo złe! Bogini dobra! Jezus spoko, księża fuj! Nie wstydź się mówić o oddawaniu moczu, gdyż mocz, jako dzieło boże, też jest dobry!”.

I dlatego mam z tą książką problem. Ale idźmy dalej.

Ginewra w klasztorze, Edmund H. Garrett (źródło)
Na przeciwległym biegunie od Morgany znajduje się Ginewra (czy raczej Gwenhwyhar – ale nie zamierzam tego pisać więcej niż ten jeden raz). Momenty, w których Ginewra jest zadowolona z życia, można policzyć na palcach jednej ręki. Nieszczęsna żona Artura cierpi z powodu swojej bezpłodności, ale jeszcze bardziej cierpi przez grzeszną miłość do Lancelota, której jednak nie potrafi się wyrzec. Jest wiecznie przerażona światem, czego bardzo ciekawym wyrazem jest jej agorafobia; zarazem jednak usiłuje w tym świecie żyć, rozpaczliwie podkreślając swój status królowej.

Jej największą wadą jest przywiązanie do wstrętnego chrześcijaństwa, na które przeciąga Artura.

Na tych dwóch postaciach jednak się nie kończy. Jest i wspaniała królowa północnego Lothian, chytra i lubieżna Morgause; jest Igerna, która – inaczej niż na przykład u Malory’ego – zdradziła swojego pierwszego męża w pełni świadomie i z miłości; jest Elaine beznadziejnie zakochana w Lancelocie; jest Viviana, Pani Jeziora i mentorka Morgany, która dla większego dobra wrabia swoją podopieczną w rytualny seks z jej bratem; jest jej następczyni Niniana, która właściwie robi niewiele poza byciem kochanką złego Mordreda; jest Nimue, która prowadzi Merlina do zguby.

Mamy więc całkiem sporo różnorodnych, wyrazistych postaci kobiecych – ale mamy też problem.

„Białogłowom trudno jest coś przedsięwziąć bez pomocy mężczyzn...”
„...Jesteśmy niestałe, bojaźliwe, uparte i podejrzliwe” – jak mówi w „Dekameronie” Filomena, „nader roztropna niewiasta”. To przygnębiające, jak dobrze te słowa pasują do „Mgieł Avalonu”.

I nie chodzi wcale o to, że większość wyżej wymienionych kobiet definiuje się poprzez stosunek do mężczyzny, którego są żoną, siostrą czy kochanką. To naprawdę drobiazg, który w żaden sposób ich nie przekreśla. Moja frustrację budzi jednak bezczynność tych postaci, które mają być głównym motorem książki, żeby nie rzec – główną atrakcją.

Owszem, zdarza się, że niektóre z kobiecych postaci przejmują inicjatywę i robią to całkiem udatnie, chociaż przeważnie polega to na popychaniu do działania mężczyzn. Między tymi miłymi momentami rozciągają się jednak rozległe połacie książki, podczas których ma się nieodparte wrażenie, że oto dostaliśmy książkę z punktu widzenia postaci drugo-, albo i trzecioplanowej. Takiej, co to siedzi w domu i przędzie, a do prawdziwej fabuły ma dostęp tylko dzięki plotkom albo mistycznym wizjom. 

Scena, której nie ma w "Mgłach Avalonu": Morgana pokazuje Arturowi freski, na których Lancelot przedstawił cały swój romans z Ginewrą. (Źródło)


Nie mając nic do roboty, Ginewra, jako kobieta zagubiona i zniewolona przez chrześcijaństwo, przez całe lata przeżuwa wciąż te same zawody i konflikty wewnętrzne, a Morgana, jako kobieta światła i wyzwolona, przez całe lata przeżuwa wciąż te same zawody i konflikty wewnętrzne. Obydwie przy tym popisują się swoistą formą mizoginii: Ginewra nie lubi kobiet, ponieważ wszystkie (łącznie z nią) są grzesznymi potomkiniami Ewy, a Morgana nie lubi kobiet, ponieważ nie dążą do osobistego spełnienia i umysłowego rozwoju, tylko zajmują się rodzeniem dzieci, plotkowaniem o ślubach i cerowaniem skarpet. Mimo że sama właściwie przez pół książki nie robi nic innego. Nie może rzucić tych skarpet, bo, rozumiecie, żyje w opresyjnym świecie mężczyzn, którzy są głupi, i chrześcijańskich księży, którzy są źli.

„Gdy same swoimi przewodnikami będziemy, to społeczność nasza długo trwać nie będzie...”
Ten obraz kobiet nienawidzących innych kobiet, jest tym bardziej przygnębiający, że znajduje się właśnie z opowieści arturiańskiej, w której tradycyjnie bardzo istotny jest duch wspólnoty i braterstwa. Rycerze tworzą społeczność skupioną wokół ukochanego króla i wokół wspólnych ideałów honoru i waleczności.

Dlaczego więc w opowieści arturiańskiej z kobiecego punktu widzenia nie opisać społeczności kobiecych? A tymczasem dostajemy Ginewrę, która zazdrości Arturowi wiernego kręgu przyjaciół.

Nie twierdzę, że społeczności kobiecych nie ma całkowicie, ale te, które się pojawiają – kapłanki Avalonu, rozchichotane dwórki Ginewry czy młode zakonnice z Epilogu – stanowią w gruncie rzeczy tło. Żadna z głównych bohaterek tak naprawdę nie należy do tych społeczności; czasem nawet definiuje się w opozycji do niej, tak jak Ginewra, którą irytują młodzieńcze zachwyty jej podopiecznych nad tężyzną rycerzy.

Więcej nawet – kobiety w „Mgłach Avalonu” tak naprawdę nie mają przyjaciółek. Nawet poprawne stosunki podszyte są zawiścią. Morgana zazdrości Ginewrze piękności. Ginewra zazdrości Morganie młodego wyglądu. Morgana zazdrości Ginewrze wpływu na Artura. Ginewra zazdrości Morganie wpływu na Artura. Morgana, Ginewra i Elaine zazdroszczą sobie nawzajem względów Lancelota. Morgana zazdrości swojej ciotce Morgause, ponieważ Mordred ją uważa za swoją matkę. Morgana zazdrości Ninianie pozycji w Avalonie. Niniana zazdrości Morganie czarodziejskich umiejętności.

Kiedy nie ma zawiści, jest dla odmiany żal. Igerna ma żal do Viviany za wydanie jej w młodym wieku za Gorloisa. Morgana ma żal do Viviany za rytualny seks z Arturem. Morgause ma żal do Viviany za zeswatanie Utera z Igerną, a nie z nią. Viviana ma żal do wszystkich, że nie rozumieją, iż działała zgodnie z wolą Bogini.

Właściwie jedyna w pełni pozytywna relacja (silnie zresztą podszyta erotyzmem) to ta między Morganą a Raven, kapłanką, która złożyła śluby milczenia i przez niemal całe życie nie opuściła Avalonu. Chciałoby się rzec złośliwie, że z taką kobietą można budować dobre relacje, ponieważ nie stanowi konkurencji.

Ten niemal całkowity brak przyjaznych stosunków między kobietami i pogarda dla kobiet „głupich” sprawiają, że książka brzmi fałszywie wszędzie tam, gdzie kobiety są opiewane jako naczynia Bogini, zasługujące ze strony mężczyzn na szacunek, żeby nie powiedzieć cześć. „Mgły Avalonu” trącą na dobrą sprawę naiwnymi formami feminizmu, które z jednej strony ograniczają się do lamentowania nad tym, jak to kobietom jest źle, a z drugiej krytykują zajęcia i zachowania uważane za kobiece. Gdy przychodzi do poradzenia kobietom, jak mają w takim okropnym świecie żyć, są albo boleśnie łopatologiczne (zacznij nosić spodnie! – jak to napisała sama Bradley w jednej ze swoich wcześniejszych książek fantasy), albo zaskakująco mgliste.

„Mgły Avalonu” są i łopatologiczne, i (nomen omen) mgliste jednocześnie. To już jednak zahacza o bardziej kontrowersyjne wątki i mój drugi wielki problem z tą książką. W następnym odcinku dowiemy się zatem, co z „Mgieł Avalonu” przeniknęło do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”.

Śmierć Artura w Avalonie, James Archer (źródło)