Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lipca 2017

„Pan Kleks” jako wytwór kultury patriarchalnej i kolonialnej

Pan Kleks jako przedstawiciel patriarchalnej nauki, admirał Alojzy jako przedstawiciel patriarchalnego kolonializmu i kapitan jako przedstawiciel patriarchalnego palenia cygar.


Jeśli ktoś zna jakąś wnikliwą analizę „Akademii pana Kleksa”, niech się odezwie. Mnie udało się znaleźć tylko komentarze na temat interpretacji filmu jako promocji kultury gejowskiej oraz spiskowe teorie o podobieństwach między „Panem Kleksem” a „Harrym Potterem”.

A przecież gdyby mnie kazano porównać do czegoś przygody pana Kleksa, to pierwszym skojarzeniem byłaby raczej „Alicja w Krainie Czarów”, ze względu na nierealny, oniryczny nastrój tych książek, inwencję językową, nawiązania do innych utworów z literatury dziecięcej i chaotyczne zakończenia, w których następuje rozpad albo diametralna transformacja przedstawionego świata.

„Pan Kleks” chyba nawet bardziej jeszcze niż „Alicja” kpi z logiki i konsekwencji wydarzeń, bowiem jakakolwiek próba chronologicznego rozpisania wydarzeń ze wszystkich trzech części musi zakończyć się sromotną porażką. Wystarczy powiedzieć, że na koniec pierwszego tomu cała akademia ulega właściwie destrukcji, a na początku trzeciego Adaś Niezgódka jakby nigdy nic zostaje tejże samej akademii szczęśliwym absolwentem. Chwilami takie niezrozumiałe niekonsekwencje przyprawiały mnie o kołatanie serca i inne objawy histerii, ale wystarczyło wziąć głęboki wdech i powiedzieć sobie: potraktuj to jak wesoły sen, nic więcej. Patrz na ładne kolorki. Raduj się dowcipem. Daj się ponieść fali dziecięcej pomysłowości.

Tak się jednak złożyło, że równolegle czytam kolejną irytującą książkę o baśniach, która najpierw obiecała, że opowie mi coś ciekawego o bajkach pani d’Aulnoy, a potem zaczęła bombardować mnie mocno naznaczoną marksizmem analizą „Stoliczku, nakryj się” jako opowieści cementującej burżuazyjny, patriarchalny porządek społeczny oparty na relacji pan-niewolnik (przeciwko czemu buntuje się kłamiąca koza) oraz kult własności prywatnej (przeciwko czemu występuje złodziejski oberżysta). Poniższą analizę dedykuję więc książce „Fairy Tales And The Art Of Subversion” Jacka Zipesa.

„Pan Kleks” jako wytwór kultury patriarchalnej i kolonialnej

Stereotypowe opinie na temat książek o panu Kleksie głoszą, że są one pochwałą fantazji i odmienności: główny bohater, Adaś Niezgódka, nie może co prawda odnaleźć się w zwykłym świecie, lecz w akademii tytułowego bohatera dostaje skrzydeł i może rozwijać swoje wyjątkowe zdolności. Takie interpretacje płyną jednak z nadmiernego sentymentalizmu badaczy i powierzchownego czytania tekstu. Rzeczywiste przesłanie powieści o panu Kleksie jest inne, znacznie mroczniejsze, żeby nie powiedzieć: reakcyjne.

Słaba reprezentacja postaci kobiecych w całej serii jest oczywista. W akademii uczą się tylko chłopcy. Również załoga statku, na którym wędruje pan Kleks w „Podróżach Pana Kleksa”, składa się z samych mężczyzn, zaś w krainach odwiedzanych podczas tej odysei również widzimy praktycznie samych mężczyzn, kobiety są bowiem relegowane do roli służących podających gościom jedzenie. Apogeum tej tendencji do umniejszania roli kobiet jest Parzybrocja, kraina, w której mężczyźni są dosłownymi żywicielami rodziny, bowiem z ich bród (nazwanych nawet „życiodajnymi” w tytule rozdziału) gotowane są zupy. W ten sposób kobietom zostaje odebrana nawet ta ostatnia rola strażniczek domowego garnka.

Królowa Aba władająca Abecją może wydawać się wyjątkiem od tej patriarchalnej tendencji, jednak tylko na pierwszy rzut oka; jest bowiem oczywistym nawiązaniem do innych fałszywie pięknych czarodziejek odbierających herosowi siłę męską. Jako taka jest zatem ucieleśnieniem kompleksu kastracji, wyrazem męskich lęków przed kobiecą niezależnością zagrażającą patriarchalnemu porządkowi. Kobieta ma być piękna, ale jednocześnie całkowicie poddana mężczyźnie, co widać doskonale w w „Tryumfie pana Kleksa”, gdzie pięć córek pana Lewkonika zyskuje pożądaną urodę i, co najważniejsze, dobrych mężów.

W całej serii dominuje zresztą wyraźny kult jednostki. Trudno policzyć, ile razy pan Kleks zostaje nazwany wielkim człowiekiem. Jako dojrzały biały mężczyzna, wyróżniający się tym patriarchalnym insygnium, jakim jest broda, pełni on rolę swoistego pater familias, który zazdrośnie strzeże swojej władzy.

Destrukcyjny uczeń Alojzy stanowi dla niego zagrożenie zarówno jako młodszy pretendent, pragnący wydrzeć mu jego wiedzę, jak i jako Obcy, zaprzeczający zasadom, na których opiera się społeczeństwo. Alojzy jest bowiem lalką – i już w samym tym fakcie można wyczuć jego płciową niejednoznaczność i potencjalną subwersywność. W finale „Akademii” Alojzy ośmiela się przecież zakłócić burżuazyjne obchody Bożego Narodzenia, demaskując miałkość i skrzętnie ukrywaną śmiałość autorytarnej władzy pana Kleksa. Niestety, w „Tryumfie pana Kleksa” zostaje poskromiony poprzez przyobleczenie w sztuczną skórę, a następnie mianowany admirałem floty Alamakoty. Buntowniczy element zostaje w ten sposób unieszkodliwiony, wtłoczony w patriarchalną rolę wojskowego dowódcy i zintegrowany z autorytarnym społeczeństwem, które na dodatek wykazuje wyraźne cechy kolonialne.

 
Najpełniej kolonializm prezentuje się właśnie w „Triumfie pana Kleksa”. Akcja książki toczy się na Alamakocie, wyspie zamieszkanej przez szczęśliwych południowców zajętych hodowlą kur i psuciem zegarków. Tymi południowcami – o czekoladowej zresztą skórze – rządzą przybysze z zewnątrz, biali Bajdoci, których garstka opanowała wszystkie wysokie stanowiska państwowe i doprowadziła nawet do zmiany języka. Bajdocka władza pozbawia zwykłych mieszkańców tradycyjnego pożywienia, przeznaczając kurze jaja na eksport, i lubuje się w wyszukanych ceremoniach i galach, urządzanych niewątpliwie na koszt tubylców. Tubylcy jednak nie mają żalu do przybyszów; wręcz przeciwnie, narrator podkreśla pokojowe współżycie obu grup etnicznych i powszechną pogodę ducha, powielając w ten sposób stereotyp szlachetnego, lecz niezdolnego wytworzyć organizacji społecznej dzikusa, i dając wyraz kolonialnemu kompleksowi białego człowieka.

Wiąże się to z ogólną stereotypizacją postaci Obcego. Reprezentantem Obcego niebezpiecznego jest, jak już wspomniano, Alojzy, są jednak również Obcy nieszkodliwi, a nawet pomocni, jak na przykład doktor Paj-Chi-Wo, rzekomy Chińczyk obdarzony powierzchownymi cechami tej kultury. Warto zauważyć, że wszyscy sympatyczni Obcy posługują się łatwymi do zrozumienia językami – Alamakotańczycy, na przykład, mówią po polsku z tą różnicą, że w każdym słowie zamiast "o" mówią "ur", a zamiast "u" - "or". Jest to obrzydliwe i obraźliwe lekceważenie odmienności i tożsamości Obcego.

Bliższe spojrzenie na przygody pana Kleksa ujawnia więc jego niespodziewaną mroczną stronę: ideologia, jaką jest przesiąknięty, służy podporządkowaniu jednostki schematom patriarchalnym i kolonialnym, szerząc seksizm i rasizm.

Obrona pana Kleksa, czyli pan Kleks i metafikcja

Podczas pisania powyższej analizy rozbolała mnie głowa od wszystkich rzeczy, które trzeba było przemilczeć, żeby wszystko pasowało do tezy. Prawda jest bowiem taka, że nawet jeśli „Pan Kleks” zawiera te wszystkie wyżej opisane potworności, to przecież na nich się nie kończy.

Będę więc teraz mówić szczerze. Ze wszystkich trzech książek o panu Kleksie najlepsza jest moim zdaniem „Akademia”. „Podróże pana Kleksa” są wesołym przetworzeniem różnych motywów znanych z „Odysei”, a „Tryumf pana Kleksa” wariacją na temat Utopii i innych wysp szczęśliwych, ale „Akademia pana Kleksa” jest najciekawsza pod względem formalnym i ma najgłębsze przesłanie.

Teraz, gdy czytam ją w wieku sędziwym, zdumiewa mnie, jak udatnie w „Akademii” Brzechwa naśladuje styl szkolnych wypracowań. Mimo że używa bogatego, nieraz wyszukanego słownictwa, to jednocześnie jest coś w całej książce, co sprawia, że prawie można uwierzyć, iż rzeczywiście jest to pamiętnik dwunastoletniego chłopca.

W „Akademii” najwyraźniejszy jest również oniryczny nastrój. Uderzająca jest niepokojąca łatwość, z jaką kolorowy sen zmienia się stopniowo w koszmar pod wpływem działań fryzjera Filipa i Alojzego. Zwłaszcza ten ostatni jest wyjątkowo upiorny: z początku nieożywiona lalka, potem zacinający się mechanizm, a wreszcie groźny przeciwnik, który w błyskawicznym tempie prześcignął zwykłych uczniów i samego pana Kleksa.

Alojzy jest ucieleśnieniem lęku. Może chodzić na przykład o lęk przed sztucznym człowiekiem, który towarzyszy nam co najmniej od czasów „Frankensteina”. Lęk przed czymś, co sami stworzyliśmy, a nad czym nie mamy kontroli; przed czymś, co powinno być nasze, bo z nas pochodzi, a tymczasem okazuje się nam całkowicie obce (to akurat pasuje i do robotów, i do małych dzieci). Lęk przed doskonałym mechanizmem, który sprawi, że my staniemy się zbędni i śmieszni.

Wraz z nadejściem Alojzego pan Kleks staje się przecież zbędny i śmieszny: traci włosy, opada z sił i maleje. Jego akademia też kurczy się i blednie, tak jak wszystkie rzeczy, które kiedyś wydawały nam się piękne i czarowne, a teraz, gdy już trochę więcej wiemy i mamy więcej niż 1,20 m wzrostu, utraciły swój blask.

Kiedy Alojzy wykrada tabliczki z sekretami pana Kleksa, obnaża kruche podstawy całej bajki, słaby szkielecik paru schematów narracyjnych i ideologii, które lubią tropić badacze. Obnaża je – i zaraz potem niszczy, niszcząc jednocześnie całą bajkę.

Bo przecież jest to tylko bajka – mówi szpak Mateusz przemieniony niespodziewanie w Brzechwę na koniec książki. „Po prostu opowiedziałem ci bajkę, a tyś uwierzył w jej prawdziwość” – śmieje się niczym rasowy troll. Nie trzeba się tym przejmować, bo to nie było naprawdę, to tylko napisane słowa. Przecież już parę rozdziałów temu mówiłem ci, Adasiu i czytelniku, żeby nie płakać nad dziewczynką z zapałkami, bo to tylko bajka.

Można by tu snuć jakieś dęte przemyślenia nad utratą niewinności, nad wygnaniem z raju i brutalnym odcięciem od baśniowego świata, który od tej pory będzie już tylko na papierze, a nie w nas i wokół nas. Można by się wściekać na Brzechwę, który tak w kilku zdaniach zlekceważył własną książkę i opowiadanie historii w ogóle.

Ale zostaje jeszcze jedno zdanie, które wypowiada Mateusz-Brzechwa: „ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je, sam bawię się znakomicie”.

I to jest, zdaje mi się, morał.


P.S. Mimo że napisał ją otwarty komunista, „Fairy Tales And The Art Of Subversion” Jacka Zipesa jest jednak daleko lepsza niż koszmarny „Królewicz Śnieżek” Suchowierskiej i Eichelbergera

wtorek, 4 lipca 2017

Co ma wspólnego "Księga 1001 nocy" z porozumieniem międzykulturowym



W czasach, gdy islam znów jest tematem zapalnym, a księgarnie wciąż pękają w szwach od „Tajemnic haremów” i innych książek napisanych na fali popularności „Wspaniałego stulecia”, warto wrócić do dzieła, które miało spory udział w ukształtowaniu obrazu Wschodu jako romantycznego lądu klejnotów, pachnideł, okrutnych sułtanów i strasznych dżinnów, i pięknych niewolnic, których Giaur nie zdołał ocalić. Oto Orient dziki i wyrafinowany jednocześnie, rozkoszny i rozkosznie obcy – idealny, żeby w opozycji do niego zdefiniować Zachód, może uboższy w złoto i korzenne przyprawy, lecz bogatszy w racjonalność i szczerość.

O tym pisał Edward Said w książce Orientalizm. Tak mi przynajmniej mówiono, bowiem moje oczytanie pozostaje pod wieloma względami hochsztaplerką opierającą się na relacjach z drugiej ręki. I „Księga tysiąca i jednej nocy” też do niedawna była mi znana tylko z takich relacji – z drugiej albo i dwudziestej drugiej ręki, jak disneyowski „Aladyn”. Przygody Sindbada Żeglarza znane mi były wyłącznie z książki niezrównanego Leśmiana, który do pierwotnych wątków dodał kuszącego do podróży Diabła Morskiego czy wuja Tarabuka przekonanego o tym, że jest poetą. Może najbardziej dosłowną interpretacją „Księgi tysiąca i jednej nocy” jest film „Kwiat tysiąca i jednej nocy” Pasoliniego, który naśladuje szkatułkową strukturę oryginału i z lubością eksponuje wątki erotyczne, których na kartach książki nie brakuje.

W końcu wyszła z wody, osunęła się tragarzowi na kolana i rzekła do niego: „O ukochany, jak się to zwie?”, wskazując na swój srom. Odrzekł: „To twoja pochwa!” Na to dziewczyna złapała go za kark, uderzyła i zawołała: „Fe! Fe! Czy się nie wstydzisz?” Rzekł wtedy: „Twój srom.” Odparła: „Inaczej!” Powiedział: „Łono”, a ona na to: „Inaczej.” Rzekł tragarz: „Twoja muszka?”, a dziewczyna nie przestawała uderzać tragarza, aż kark i szyja obrzmiały mu od tego. Wreszcie zapytał: „A jakieś jest tego imię?” Odrzekła: „To Wawrzyn Bohatera.” Rzekł: „Chwała niech będzie Allachowi, za twoje zdrowie, o Wawrzynie Bohatera!”, i pozwolili dalej krążyć pucharom i kielichom.
Opowieść o tragarzu i dziewczętach, tłum. Anna Kmietowicz. Fragment ten dedykuję dziennikarkom „Wysokich Obcasów”.

Znacznie bardziej niewinne, a przecież również charakterystyczne przekształcenie arabskich baśni znaleźć można w „Opowieściach z Narnii” C.S. Lewisa. Przy czytaniu „Księgi tysiąca i jednej nocy” raz po raz zdumiewało mnie, jak bardzo w kreowaniu ludu Kalormeńczyków wzorował się na tych właśnie historiach. I nie chodzi o takie oczywiste i rzucające się od razu w oczy szczegóły jak ciemna skóra albo imiona pełne szeleszczących głosek – nie, tu idzie o samo upodobanie do elegancko formułowanych opowiadań gęsto przetykanych utartymi formułami i cytatami z poezji, do przesadnych pochwał i przesadnych wyrazów rozpaczy, do wielosłowia i rytuału. Kalormeńczycy jak gdyby wyszli wprost z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Dekadenccy, brutalni i wyrafinowani zarazem, są znakomitą przeciwwagą dla na wskroś europejskich mieszkańców Narnii i Archenlandii. I chociaż trudno uznać ich za odpowiednik muzułmanów, ponieważ czczą co najmniej dwoje bogów (w czym w sumie przypominają muzułmanów, którzy występują w „Orlandzie szalonym” Ariosta... Ciekawe, że nawet monoteizmu się Orientowi odmawia), to jednocześnie trudno nie uznać ich za odpowiednik Arabów. Dlatego widoki na ekranizację „Konia i jego chłopca”, gdzie Kalormeńczycy odgrywają największą rolę, są moim zdaniem nikłe, nad czym szczerze boleję, bo jest to książka bardzo bliska mojemu sercu.

„Księga tysiąca i jednej nocy” – czy raczej wybór z niej, wydany przez PIW w 1976 roku – jeszcze podsyca te stereotypowe wyobrażenia Orientu, chociażby przez powiastki erotyczne, jak ta o niewolnicach w różnych kolorach (białej, brunatnej, pulchnej, wysmukłej, żółtej i czarnej), które żeby zabawić swojego pana urządzają sobie coś w rodzaju roasta. Inne opowiadania dają możliwość spojrzenia z zewnątrz na Zachód. Moje ulubione przykłady to chrześcijanki, które nawracają się na islam (czasem po wykupieniu z niewoli przez łaskawego muzułmanina), oraz podli chrześcijanie, którzy ukrywają swą plugawą naturę, by siać zgniliznę w zdrowej tkance społeczeństwa.

Czytam więc sobie tę „Księgę”, napawając się jej obcością i egzotyką, i mam świadomość, że nawet i to jest w pewnym sensie relacja z drugiej ręki, bo przecież w przekładzie. Czytam i czytam, i choć od czasu do czasu pojawiają się znajome wątki o mądrym królu Sulejmanie synu Dauda albo proroku Danijalu, który wyratował z tarapatów kobietę oskarżoną o cudzołóstwo przez lubieżnych starców, to coraz częściej nawiedza mnie pytanie: czy da się jakkolwiek uciec od orientalizmu? Czy możliwe jest jakiekolwiek porozumienie?

W czasach, gdy islam znów jest tematem zapalnym, coraz częściej wydaje mi się, że nie.

wtorek, 30 maja 2017

Onanizm, humanonizm i baśnie („Królewicz Śnieżek. Baśniowe stereotypy płci” – Agnieszka Suchowierska, Wojciech Eichelberger)



Nie ma to jak książka z nachalną tezą i miernie przeprowadzonym researchem. Prawie jak zapach napalmu o poranku.

Suchowierska i Eichelberger wychodzą z założenia popularnego jak teza o sztokholmskich podtekstach „Pięknej i bestii”: tradycyjne baśnie są patriarchalne i zmieniają istoty płci żeńskiej w bezwolne grudki budyniu, które szukają tylko jakiegoś mężczyzny, żeby do niego przywrzeć.

Suchowierska i Eichelberger stosują zasadniczo technikę argumentacyjną znaną jako ustawianie chochoła. (Ilustracja Elżbiety Gaudasińskiej do baśni Charlesa Perraulta "Sprytna księżniczka, czyli przygody Filutki").

Chcąc udowodnić to stwierdzenie, Suchowierska zmienia płeć baśniowych postaci, a przy okazji całkiem sporo innych elementów, żeby wszystko pasowało do postawionej tezy. Powstałe w ten sposób „baśnie na opak” zawierają sporą dawkę seksów, łopatologicznych przesłań i – paradoksalnie – stereotypów związanych z płcią.

Tak jest. Baśnie przerobione zawierają więcej stereotypów związanych z płcią niż wersje pierwotne, rzekomo patriarchalne i opresyjne. I w dodatku literacko z reguły nie dorównują pierwowzorom, choćby z racji nieznośnej wręcz rozwlekłości.

Najlepszym komentarzem są tu prorocze słowa Papuzińskiej (prorocze, bo wyprzedzające o siedem lat wydanie „Królewicza Śnieżka”):

„Symbolika baśni okazuje się użyteczna dla przekazu treści przyziemnych i całkiem, wydawałoby się, do klimatu baśni nie przystających, a pojemność tej symboliki i języka wydaje się nie mieć żadnych granic. W obrębie psychologii czy psychoterapii inspirowanej teorią Brunona Bettelheima, lecz, mówiąc nawiasem, bynajmniej nie dochowującej wierności jej zasadniczym tezom, powstają teksty użytkowe o bardzo nikłym wymiarze literackim”.
Joanna Papuzińska, „Nowe tropy baśni” w: Rozigrana córa mitu, Poznań 2005

Mamy zatem śpiącego królewicza, którego ze snu budzi symboliczne macanie po genitaliach. Mamy „Nowe życie cesarzy” – odpowiednik „Nowych szat cesarza”, którego nie da się czytać, bo każde słowo rodzaju męskiego zostało w tekście zamienione na rodzaj żeński i na odwrót, a błyskotliwa puenta i morał pierwotnej baśni Andersena zostały plute i zdeptane. Mamy wreszcie Czerwonego Kapturka – baśń, która pierwotnie opowiada przecież głównie o kobietach (wersja braci Grimm ma nawet coś w rodzaju sequela, w którym babcia i Kapturek topią wilka w wodzie po gotowaniu kiełbasy), a która w wydaniu Suchowierskiej staje się historią o chłopcu teoretycznie gnuśnym i głupim, a moim zdaniem wykazującym objawy porażenia mózgowego, który staje się prawdziwym mężczyzną dzięki erotycznym przeżyciom z wilczycą. Wilczyca, nota bene, służy wyłącznie do tego, by dzięki niej inni odkryli swoją seksualność, bowiem kiedy chce dla własnej przyjemności pofiglować z ojcem Kapturka, ten odpowiada z pobłażliwym uśmiechem, że on już kiedyś poznał wilczycę i teraz jej nie potrzebuje.

Gdybyż jeszcze książka ograniczała się do tych parodystycznych przeróbek! Niestety, Suchowierska, jak sama twierdzi w przedmowie, marzyła, żeby „napisać książkę nie tylko zabawną, ale i taką, która miałaby wartość psychologiczną”. Widocznie uznała, że jej twórczość literacka nie jest w stanie mówić sama za siebie, a czytelnik to idiota i bez glosy nie pojmie, o co chodzi. Na szczęście na ratunek przybywa Superman Eichelberger, psychoterapeuta znany każdemu, kto czytywał „Wysokie Obcasy”. Dzięki niemu każdy rozdzialik zostaje troskliwie opatrzony najpierw tendencyjnym dialogiem o tym, jaka oryginalna baśń jest patriarchalna, a następnie o tym, jaka przerobiona baśń jest zacna i interesująca.

Te dialogi między Suchowierską a Eichelbergerem pogrążają książkę całkowicie samym ciężarem swej łopatologii. Równie trudna do zniesienia jest przenikająca je atmosfera ekshibicjonizmu i egocentryzmu, robienia auto-psychoanalizy na poczekaniu i dowodzenia tez poprzez (mało wiarygodne) wspomnienia z dzieciństwa. Doprawdy nie chce mi się wierzyć, że Eichelberger na „Księżniczkę na ziarnku grochu” jako kilkuletni smarkacz zareagował myślą „Jakie te kobiety delikatne! Trzeba chuchać na nie i dmuchać”. Prawdę powiedziawszy, wątpię, by w ogóle pamiętał swoją pierwotną reakcję na tę baśń.

Irytująca jest nawet sama relacja między Suchowierską a Eichelbergerem: z jednej strony spijanie sobie z dzióbków i klepanie się po pleckach, z drugiej wyraźnie zarysowany stosunek wielce mądry mistrz – wpatrzona w niego adeptka. Nie pomaga to, że refleksje obojga wyrafinowaniem dorównują z reguły gimnazjalnej rozprawce.

Ale jest jeszcze jeden grzech, grzech absolutnie niewybaczalny, grzech, który tę książkę dyskwalifikuje całkowicie.

Nieznajomość tematu.

A co tu znać – można by spytać. Każdy czytał kiedyś jakieś baśnie albo oglądał na dobranockę „Simsala Grimm”, po co jakieś jeszcze przeprowadzać głębsze researche?

Choćby po to, by dowiedzieć się, że wersja „Czerwonego Kapturka” autorstwa Charlesa Perraulta nie zawiera żadnego leśniczego, tylko kończy się pożarciem dziewczynki przez wilka. Wersja braci Grimm zresztą też nie zawiera leśniczego, tylko myśliwego. Leśniczy wygląda mi więc na jakąś późniejszą narośl, wersje tej bajki można bowiem liczyć w tysiącach. W niektórych Kapturka ratuje nawet tatuś wracający akurat z pracy, i to jeszcze zanim połknie ją wilk.

Następną ciekawostką, jakiej autorzy mogliby się dowiedzieć, gdyby zorientowali się trochę w baśniach, to fakt, że nie prezentują one wcale świata tak płciowo czarno-białego, jakby to Suchowierskiej się podobało. W „Jasiu i Małgosi” to nie Jaś ratuje sytuację. W „Królowej śniegu” to nie Gerdę trzeba ocalić. Ośla Skórka i liczne jej krewniaczki bynajmniej nie samą biernością i urodą zdobywają miłość księcia. Wśród XVII-wiecznych baśni można znaleźć tę o księżniczce Filutce*, która sukces osiąga dzięki swojej inteligencji, oraz opowiastkę „Frant z czubkiem” o księżniczce wprawdzie pięknej, ale głupiej i w związku z tym niecieszącej się bynajmniej powodzeniem.

Cóż tu jednak wymagać od Suchowierskiej i Eichelbergera, skoro czasem można odnieść wrażenie, że nie zajrzeli nawet do baśni, o której akurat rozprawiają. Stąd „Królewna śnieżka” staje się pretekstem do długich dyskusji o menopauzie.

Właściwie trudno byłoby się spodziewać czegoś lepszego po książce o tak mętnej deklaracji ideowej:

„Serdecznie zapraszam do świata na opak, w którym feminizm i szowinizm są czasem trudne do odróżnienia i do którego, mam nadzieję, udało mi się wprowadzić trochę maskulinizmu, ponieważ jestem orędowniczką Ruchu Pełnego Miłości i Zrozumienia Wyzwolenia Ludzi – humanonizmu”.

O co chodzi, nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że „humanonizm” kojarzy mi się z onanizmem, co zważywszy na treść tej książki, nie jest całkiem nieuzasadnione. Księżniczka, która maca śpiącego królewicza po metaforycznych genitaliach, rozpoczyna dorosłe życie od masturbacji w stajni.

Gwoli sprawiedliwości przestanę jednak na chwilę się pastwić i przyznam, że w książce są dwa rozdzialiki, które nie budzą we mnie gwałtowne pragnienia wydłubania sobie oczu paznokciami. Pierwszy to „Chłopiec z petardami”, bardzo gorzka i ponura przeróbka „Dziewczynki z zapałkami”, smutna i nawet niestety realistyczna, tyle że pasująca do całej książki jak wół do karety.

Drugi z chlubnych wyjątków to „Kopciuszek”, zgrabnie napisana rzecz o pomiatanym młodzieńcu i bogatej, lecz samotnej prezesce, z towarzyszeniem ręcznie robionych na szydełku stringów zamiast szklanego pantofelka. Tekst chwilami zabawny, chwilami chwytający za serce, i choć były fragmenty, przy których brała mnie irytacja, to w ogólnym rozrachunku jest to chyba najlepszy tekst z całej książki, napisany sugestywnym językiem i przede wszystkim nieobciążony ideologicznie, dzięki czemu historia dwojga zagubionych ludzi, którzy odnajdują szczęście i zrozumienie poprzez drugą osobę może należycie wybrzmieć.

Gdybyż więcej było takich pereł! Niestety, cała reszta to tanie paciorki, niewarte nawet Manhattanu.

* W wielu wydaniach baśń o Filutce podawana jest jako utwór Perraulta. W rzeczywistości została napisana przez
Marie-Jeanne L'Héritier de Villandon, siostrzenicę Perraulta i jedną z wielu kobiet, które parały się baśniami na przełomie XVII i XVIII wieku.

środa, 4 stycznia 2017

Kocham baśnie, nienawidzę Bettelheima („Cudowne i pożyteczne”, tłum. Danuta Danek)



Ktokolwiek interesował się choć trochę baśniami, z pewnością słyszał to nazwisko. Bettelheim i jego klasyczna już książka „Cudowne i pożyteczne: o znaczeniach i wartościach baśni” (1976) pojawia się w niemal każdym artykule o literaturze dziecięcej. Ilekroć napomknę komuś w miarę oczytanemu, że lubię baśnie, natychmiast pada pytanie: „A Bettelheima znasz?”.

Skąd we mnie ta złość, zapytacie. Czy to nie dobrze, że znany i uznany psycholog dziecięcy napisał taką wspaniałą książkę, w której wykłada, że baśnie są niezbędne do prawidłowego rozwoju dziecka? Czy to nie dobrze, że przeanalizował baśnie i udowodnił, że są wyrazem kluczowych procesów psychologicznych? Czy to nie dobrze, że wreszcie można zamknąć usta ludziom krytykującym baśnie za bezwartościowy eskapizm?

Bettelheim pisze, że postaci z baśni zapewniają dzieciom oparcie i pomagają im kształtować własne zachowanie. Tworzą mityczne ramy, w które dziecko może wpisać swój świat i swoją tożsamość, porządkując poznawczy chaos. Dodają otuchy. Tak pisze Bettelheim. Czy to nie piękne, nie rozumne? Więc czemu tak zgrzytasz zębami, OZM? Czemu się tak złościsz?

Bo oto, co pisze Bettelheim o „Żabim królu”:

„Psychoanaliza ukazuje wprawdzie, że popęd seksuwalny wpływa na nasze życie począwszy od najwcześniejszego okresu, ale istnieje ogromna różnica między sposobami jego przejawiania się u dziecka i u osoby dorosłej. Żaba jest zwierzęciem, której najpierw, we wczesnej fazie życia, przybiera postać kijanki – zupełnie odmienną od postaci dorosłego okazu. Dlatego ten symbol dziedziny płci oddziaływa dwojako na nieświadomość dziecka. Po pierwsze, pomaga mu zaakceptować formy życia seksualnego, które właściwe są jego wiekowi. Po drugie przygotowuje dziecko do tego, że w miarę dorastania, dla własnej pomyślności, będzie musiało formy te przekształcić. [...] Dziecko odczuwa przedświadome podobieństwo między wrażeniami, jakie wywołuje dotknięcie żaby – wilgotnej i lepkiej, a doznaniami, jakie budzą w nim własne organy seksualne. Fakt, że żaba pod wpływem pobudzenia nadyma się, powiększa swą objętość, wywołuje skojarzenia (które również są nieświadome) ze zdolnością męskiego członka do erekcji”.

To ja - twoje genitalia!

 Analiza każdej z baśni prędzej czy później zboczy na fazę edypalną i płciowość. Powiem prosto z mostu: nie wierzę we freudowską psychoanalizę, jaką serwuje Bettelheim. Jest ona dla mnie konstruktem, którym można sobie tłumaczyć niektóre, ale nie wszystkie przypadki. Być może odkrywa pewną cząstkę prawdy o pewnych ludziach. Ale sprowadzanie każdego wewnętrznego konfliktu człowieka do sfery płciowości ma dla mnie tyle sensu, co utyskiwania pewnej pani w świątecznych „Wysokich Obcasach” na dominujący paradygmat erekcyjno-falliczny w przestrzeni miejskiej (czyt. „dużą ilość wysokich wieżowców”).

Psychoanaliza jest wygodnym rusztowaniem dla snucia myśli. Jest znakomitym punktem wyjścia dla dowcipów. Ale nie jest dla mnie prawdą, i dlatego nieustające pienia nad geniuszem Bettelheima, który tak zgrabnie ujął nieprzebrane bogactwo baśni w ramy tej pseudonauki, są dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Czasami nawet zastanawiam się, czy ludzie, którzy chwalą „Cudowne i pożyteczne”, przeczytali coś oprócz wstępu, w którym freudyzm aż tak nie rzuca się w oczy.

Baśnie są dla mnie ważne. Są cudowne i pożyteczne. Są pożyteczne dlatego właśnie, że są cudowne. Wszystkie baśnie są podobne; każda jest inna. Znane schematy uspokajają; zmienne i barwne szczegóły oczarowują. Pewność zwycięstwa podnosi na duchu. Prosty humor wywołuje uśmiech. Cukier krzepi.

Nie muszę doszukiwać się w baśniach wydumanych symboli, żeby je lubić i znajdować w nich wartość.

Znacznie lepiej niż ja ujmuje to Robert Darnton w książce „Wielka masakra kotów”:

„Czarnym charakterem w Bettelheimowskiej wersji bajki o Czerwonym Kapturku jest właśnie id, kierujące się zasadą przyjemności, która sprowadza dziewczynkę na manowce, w momencie gdy jest już zbyt duża na fiksację oralną [...] ale zbyt mała na dorosłą aktywność seksualną. Id jest także wilkiem, który jest również ojcem, który jest także gajowym, który jest także ego, a jednocześnie, w jakimś sensie, również superego. [...] To zręczne wymieszanie symboli sprawia, że Czerwony Kapturek może znaleźć się w łóżku ze swym ojcem, wilkiem, przez co dziewczynka daje upust swym edypalnym fantazjom. Ostatecznie ocaleje dzięki ponownym narodzinom na wyższym poziomie egzystencji, wraz z tym jak jej ojciec pojawia się ponownie jako ego-superego-gajowy i uwalnia ją z brzucha ojca jako wilka-id, po czym wszyscy żyją długo i szczęśliwie. [...] [Baśnie] są dla niego jak leżący płasko na kozetce pacjeci, tkwiący w ponadczasowej teraźniejszości. Nie zastanawia się nad ich pochodzeniem ani nie przejmuje się odmiennymi znaczeniami, jakie mogły mieć w innych kontekstach, ponieważ zakłada, że wie, jak funkcjonuje i jak od zawsze funkcjonowała ludzka dusza”.

Tak, popisuję się.


Ale żeby było jeszcze śmieszniej, sam Bettelheim jest postacią co najmniej kontrowersyjną. Po pierwsze, zarzucano mu plagiat – miał on jakoby zerżnąć niektóre fragmenty swojej książki od innych autorów. Po drugie, mimo że był uznanym psychologiem dziecięcym i specjalistą od autyzmu, pojawiały się doniesienia, że swoich pacjentów bił. Po trzecie wreszcie, chociaż był dyrektorem szkoły dla dzieci z zaburzeniami – miał doktorat z historii sztuki, nie z psychologii. Co udało mu się zataić dzięki bałaganowi związanemu z wojną.

Niezły autorytet.

Jakiś już czas temu powstała w mojej głowie myśl, by coś napisać o tej obmierzłej dla mnie personie, lecz dziś dopiero nastąpił przełom. Można to nazwać kroplą, która przepełniła czarę goryczy.

Od pół roku czytam sobie powolutku „Wiedźmina”. Jak być może nie wiedzą trzy inne osoby poza mną, które nie czytały „Wiedźmina”, każdy rozdział w serii rozpoczyna się jakimś zgrabnym ustępem, przeważnie z fikcyjnego źródła, należącego do świata przedstawionego: a to jakaś pieśń dziadowska, a to Encyclopaedia Maxima Mundi Effenberga i Talbota, ot, takie pseudocytaty dla ubarwienia narracji.

Dzisiaj rano czytam sobie tom VI, „Wieżę Jaskółki”. Docieram szczęśliwie do rozdziału drugiego i oto, co widzą moje oczy:

„Wkraczając w wiek dojrzewania, młoda dziewczyna zaczyna podejmować próby penetracji dziedzin życia uprzednio jej niedostępnych, co w baśniach symbolizuje wejście do tajemniczej wieży i poszukiwanie ukrytej tam komnaty. Dziewczyna wspina się na szczyt wieży, stąpając po kręconych schodach – schody w snach są symbolem przeżycia erotycznego. Zakazana komnata, ów mały zamknięty na klucz pokój, symbolizuje vaginę; przekręcenie klucza w zamku to symbol aktu seksualnego.
Bruno Bettelheim, The Use of Enchantment, the Meaning and Importance of Fairy Tales”



Wiecie, czemu schody są symbolem przeżycia erotycznego? Bo w obu przypadkach można się zasapać.

Cytat jest, nawiasem mówiąc, niedokładny, ale ogólna myśl Bettelheima została zachowana. Tym jednym akapicikiem Sapkowski zniweczył jakąkolwiek sympatię, jaką budziła we mnie jego powieść. Zburzył też przy okazji narracyjną iluzję, przemądrzałym głosem Bettelheima eksplicytując to, co i bez komentarza byłoby wystarczająco jasne.

W rozdziale, który następuje po tym cytacie, pojawia się postać o imieniu Hotsporn. Nie chcę wiedzieć, czy to było zamierzone. Boję się nawet zapytać wujka Google’a.

Nawiasem mówiąc, nie rozumiem, czemu Sapkowski podał angielski tytuł książki Bettelheima, skoro istniało już wtedy polskie tłumaczenie. Nie rozumiem też, czemu „vagina” jest napisana przez V.

I nie rozumiem, dlaczego Sapkowski już drugi raz pojawia się na tym blogu w kontekście freudowskim. To pewnie jakiś mój nieprzepracowany kompleks edypalny.