sobota, 3 grudnia 2016

I przestań przeklinać, do diabła - "Hugo", Bédu (tłum. Agnieszka Labisko)




Po krótkim zastanowieniu śmiało rzec mogę, że „Hugo” był pierwszym komiksem w moim życiu i do tej pory chyba pozostaje ulubionym, wyprzedzając „Thorgala”, który zaczął się rozrastać i pączkować w sto tysięcy nieogarnialnych dla mnie serii pobocznych.






Ten komiks nauczył mnie wszystkiego, co warto wiedzieć o średniowieczu.

„Hugo” jest baśnią. Przedstawiony w nim świat po mistrzowsku łączy elementy znane i nieznane, realistyczne i cudowne: są tam zbrojne warzywa wojujące z oblegającymi ich mury hordami szkodników, ale i całkiem zwykłe średniowieczne opactwo; jest magiczny zamek stworzony dosłownie z tysięcy mew, ale i budowana przez dziesięciolecia gotycka katedra. Równie wyraziste są postaci. Sam Hugo, choć w wieku dość młodocianym (sądząc z mikrej postury), cieszy się całkowicie dorosłą autonomią; to on nauczył mnie słowa „trubadur”, mimo że swojej lutni zazwyczaj używa jako broni obuchowej. Jest też jego milczący towarzysz, niedźwiedź Biskoto, i aż nazbyt rozgadane przeznaczenie – Narcyz, no i wróżka Śliweczka, którą wbrew niesprawiedliwym i z gruntu niesłusznym słowom jednego z moich pająków („Śliweczka to Deus ex machina i dama w opresji w jednym) uważam, za jedną z najbardziej pamiętnych żeńskich postaci mojego dzieciństwa.

Dwa posiadane przeze mnie zeszyty komiksu („Zaklęcie w fasolę” i „Zamek mew”) zostały zaczytane niemal na śmierć i podczas jednego z zabiegów konserwatorskich zostały im zamienione okładki, dlatego ogromnie mnie ucieszyło nowe wydanie wszystkich pięciu części „Hugo” w jednym tomie. Radość i przyjemność ogromna, mimo nowego tłumaczenia, które, jak to zwykle bywa z nowymi tłumaczeniami, budziło czasem sprzeciw u tych, którzy znają stare.

Przyznać trzeba, że nowe tłumaczenie Agnieszki Labisko jest znacznie bardziej nastawione na dzisiejszą młodzież, nader często używając sformułowań takich jak „tępe dzidy”, sypiąc ripostami wyraźnie pomyślanymi jako „śmieszne teksty”, a nawet stosując aluzje popkulturowe z wróżbitą Maciejem włącznie. To może się nie podobać, ja jednak patrzę na to łaskawiej, bo niektóre sformułowania są naprawdę bardzo udane, a jedno weszło już do mojej codziennej komunikacji:

Nie macie pojęcia, ile rzeczy można w ten sposób skomentować.


Z drugiej jednak strony jest co najmniej jedno miejsce, które bardzo mnie skonfundowało. Zwróćcie uwagę szczególnie na trzeci obrazek:

To jest stare tłumaczenie, autorstwa Iwony Sienickiej...
...a to nowe.


Gdzie się podziałeś, mój finezyjny dowcipie? Co się z tobą stało? Bo przecież chyba pojawiasz się w oryginale – ale jeśli tak, czemu zniknąłeś u Agnieszki Labisko? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie – niech się odezwie, niech uśmierzy mój niepokój.

Niepokój, który mimo wszystko nie jest aż tak wielki, by „Hugo” nie był dla mnie jednym z najprzyjemniejszych czytelniczych doświadczeń ostatniego czasu.

piątek, 25 listopada 2016

Jak mieć lwa i żonę jednocześnie - ideał mężczyzny według Chrétiena de Troyes



Trudno w to może uwierzyć, ale rycerze też mieli problem z tym, jak pogodzić życie osobiste z zawodowym – czy, jak oni to ujmowali, miłość z rycerską chwałą. Jak tu być jednocześnie czułym kochankiem, wiernym swej damie, i śmiałym wojownikiem, przemierzającym kraj w poszukiwaniu przygód? Jak można poddać się miłości, a jednocześnie pozostać męskim panem samego siebie? Niektórzy by powiedzieli, że się nie da, wskazując klasyczne przykłady Herkulesa pokornie snującego przędzę pod okiem Omfale albo Lancelota, który z radością przestałby oddychać, gdyby Ginewra miała taki kaprys. A jednak Chrétien de Troyes – ten sam, który napisał „Rycerza z wózka” właśnie o niewolniczo oddanym królowej Lancelocie – w „Rycerzu z lwem” próbował dowieść, że miłość i chwała wcale się nie wykluczają.

Rycerz z lwem. Lew jeszcze nie dorósł. (Źródło)


Iwen – albo Yvain, albo Owain, względnie Uwaine lub Iven, przez jakiś czas przemierzający kraj incognito jako rycerz z lwem – w niektórych kwestiach jest właściwie dość podobny do Lancelota. Tak jak on rozpłomieniony jest wielką miłością, która staje się dla niego sensem życia; co więcej, zakochuje się w kobiecie, która wcześniej była już mężatką. Tak samo jak Lancelot zostaje też (przynajmniej czasowo) oderwany od swojego obiektu uczuć i na jakiś czas traci rozum, co w legendach arturiańskich objawia się przede wszystkim bieganiem po lesie bez odzienia i z rozwianym włosem. Można nawet powiedzieć, że Iwen tak samo jak Lancelot dokonuje świetnych czynów przede wszystkim z miłości do ukochanej damy – tu jednak analogie zaczynają nieco szwankować.

Po pierwsze, ukochana Iwena – Laudyna – jest jego własną małżonką, a nie niedostępną połowicą seniora i króla. Po drugie zaś motywacją Iwena co najmniej równie silną jak miłość jest ambicja rycerska, pragnienie przygód i chwały.

Po początkowych zawirowaniach (obejmujących między innymi zabicie przez Iwena pierwszego męża Laudyny, czym zrobił na niej raczej marne pierwsze wrażenie) bohater osiąga szczęście małżeńskie. Po pewnym czasie jednak dopada go ten odwieczny rycerski konflikt: miłość albo chwała. Iwen zaczyna się lękać, że zostanie uznany za chevalier recréant – czyli rycerza, który w gruncie rzeczy rycerzem być przestaje, bo gnuśnieje w domu, zamiast dokonywać świetnych czynów. Ta troska o reputację sprawia, że rychło ulega namowom Gowena (jeśli wierzyć wersji Chrétiena de Troyes) lub samego króla Artura (jak podaje wersja walijska o uroczym tytule Owain: Chwedl Iarlles y Ffynawn) i rusza na przygodę, obiecując żonie, że wróci w ściśle określonym terminie.

A potem tę przysięgę łamie, zostaje odtrącony przez Laudynę i na jakiś czas traci rozum. Cała reszta jego historii to wysiłki zmierzające do odzyskania miłości żony. Co ciekawe, wysiłki te oparte są na tym, co w pewnym sensie doprowadziło do zerwania z ukochaną, a mianowicie na rycerskich czynach. Iwen przemierza kraj w towarzystwie lwa, któremu pomógł w walce z wielkim wężem, i zabija olbrzymy, broni uciśnionych, walczy po stronie niewinnych i zdobywa sobie tak wielką sławę jako bezimienny Rycerz z Lwem, że kiedy w końcu jego tożsamość wychodzi na jaw, Laudyna nie może nie przyjąć miłości rycerza, który tak znakomicie się odznaczył.

W ten sposób – powiada Chrétien de Troyes – rycerskie czyny wzbudzają miłość, a miłość pobudza do rycerskich czynów. Te dwie wartości nie muszą być sprzeczne; wręcz przeciwnie, mogą się wzajemnie uzupełniać, jeśli tylko zostanie zachowana między nimi równowaga.

Trzeba jednak pamiętać, że nie byłoby rycerza z lwem, gdyby nie lew. Z jednej strony odzwierciedla on cnoty Iwena i stanowi dowód łaski zesłanej nań przez Boga. Jest jednak czymś znacznie więcej niż wyciągniętym z bestiariuszem symbolem: to bohater z krwi i kości, wierny towarzysz Iwena, równie wyrazisty co jego najlepszy ludzki przyjaciel Gowen.

Znakomita postacią w „Rycerzu z lwem” jest służka Laudyny, Lunette. Jak to służka, jest śmielsza i sprytniejsza od swojej pani. Nie pomylę się chyba, jeśli powiem, że wprawia w ruch osiemdziesiąt procent fabuły, najpierw gasząc skrupuły świeżo owdowiałej Laudyny, by przekonać ją do Iwena, potem wymierzając rycerzowi karę za złamanie przysięgi, a wreszcie doprowadzając do pogodzenia małżonków. Im więcej myślę o bystrej i prężnej Lunette, tym większa ogarnia mnie frustracja w związku z czytanymi właśnie „Mgłami Avalonu” Marion Bradley, bo „Mgły Avalonu” niby mają koncentrować się na kobietach z legend arturiańskich, tylko że żadna z nich w wydaniu Bradley nie ma w sobie tej iskry, którą ma opisana ponad 800 lat temu Lunette. Mało która z nich robi też tyle co ona, żeby popchnąć do przodu fabułę.


Z lewej - Lunette właśnie powiedziała Iwenowi, że nie ma po co wracać do Laudyny. Na środku - Yvain rozdziera szaty. Z prawej - nagi Yvain biegnie do lasu. (Źródło)


Nie mogę się też nie zastanawiać, dlaczego Iwen jest współcześnie znany o wiele mniej niż na przykład Gowen, nie mówiąc już o Lancelocie. W końcu ma lwa, a to powinno mu dawać z automatu przepustkę do strefy dla arturiańskich VIP-ów.

Chciałoby się oskarżać o niecne knowania jakąś lancelotiańską światową masonerię, ale odpowiedź jest prawdopodobnie o wiele prostsza i brzmi: „Le Morte d’Arthur”. Thomas Malory bowiem o Iwenie – czy też Owenie, bo w jego wersji takie nosi imię – ledwie wspomina, za Malorym zaś idzie chyba większość późniejszych przeróbek, w tym wspomniane wyżej „Mgły Avalonu”. Co więcej, przygoda Iwena nie miała żadnego związku z poszukiwaniem Graala, na którym dużo wersji się koncentruje. Choć więc nie można powiedzieć, by był całkiem zapomniany, Iwen przegrywa z wieloma innymi rycerzami Okrągłego Stołu.

A szkoda. Naprawdę szkoda.

wtorek, 8 listopada 2016

Męczeństwo po rumuńsku: "Las wisielców" – Liviu Rebreanu (tłum. Stanisław Bik)



Jak można przeczytać w każdym streszczeniu i recenzji „Lasu wisielców”, Rebreanu napisał tę książkę jako swego rodzaju hołd dla swojego brata, straconego przez władze austro-węgierskie na froncie rumuńskim w 1917 roku.

Wzorowany na tymże bracie Apostoł Bologa, z pochodzenia Rumun, oficer w armii austro-węgierskiej, służy wiernie swojemu państwu, walczy ofiarnie, zdobywa odznaczenia, nie kwestionuje sensu wojny, a nawet z poczuciem spełnienia patriotycznego obowiązku bierze udział w sądzie wojskowym i głosuje za powieszeniem dezertera, oficera Svobody (z pochodzenia Czecha). Kiedy jednak przychodzi od egzekucji, skazaniec nie sprawia wrażenia zdrajcy ojczyzny, który zasługuje na karę, lecz raczej męczennika – i to sprawia, że Bologa zaczyna się wahać.

Jak można przeczytać w każdym streszczeniu i recenzji „Lasu wisielców”, wahanie Bologi jeszcze się wzmaga, kiedy dostaje rozkaz przeniesienia na front rumuński. Uczucia patriotyczne względem państwa – Austro-Węgier – muszą przegrać z uczuciami względem współplemieńców po drugiej stronie granicy. Bologa szamocze się więc, hamletyzuje, popada w niełaskę u generała, zrywa zaręczyny z narzeczoną nazbyt łaskawą dla węgierskiego oficera, jednym słowem – stawia kolejne kroki na drodze, która zaprowadzi go w to samo miejsce, w które sam na początku książki popchnął oficera Svobodę. 

Grafika Goi z cyklu "Okropności wojny" (źródło)


To bardzo niespieszna książka, co jeszcze potęguje fakt, że właściwie od pierwszej strony (a nawet i wcześniej, od dedykacji dla straconego w 1917 roku brata) wiadomo, jak się skończy. Jeśli jednak Rebreanu był w czymś mistrzem, to w monologach wewnętrznych, w refleksyjnych opisach i w narracji przesyconej uczuciami bohater.

Jak można przeczytać w każdym streszczeniu i recenzji „Lasu wisielców”, jest to książka o patriotyzmie i rumuńskiej świadomości narodowej. Warto przy tym zauważyć, że Rebreanu wystrzega się potępiania Węgrów jako takich (Bologa nawet zakochuje się bez pamięci w węgierskiej chłopce Ilonie). Winna jest bezduszna machina Austro-Węgier, państwa, które niewoli liczne narody, zmuszając Rumunów, Czechów, Polaków, by stawali przeciwko swoim pobratymcom.

Jest jednak coś jeszcze, o czym streszczenia i recenzje „Lasu wisielców” wspominają znacznie rzadziej: wewnętrzna droga Bologi ma charakter wyraźnie religijny. Nie przypadkiem przecież on sam nosi imię Apostoł; nie przypadkiem jego egzekucja i egzekucja Svobody nabierają cech męczeństwa. Nie przypadkiem jedną z ważnych postaci w książce jest pop, który z początku sprawia wrażenie zahukanej ofermy, by w chwili ostatecznej przemienić się w prawdziwego duchowego pocieszyciela i wypowiedzieć następujące słowa: „Miły jest Panu ten, kto z własnej woli poświęca się dla plemienia ojców swoich i dla ich wiary na wieki wieków”. Nie przypadkiem miłość Bologi do Ilony zostaje przedstawiona jako przejaw przenikającej świat miłości Bożej – tej miłości „wypływającej z głębi ziemi”, która obejmuje Bologę w chwili śmierci. Patriotyzm i sprzeciw wobec obcej opresji nabierają tutaj wymiaru ogólnoludzkiego i moralnego, stając się wyrazem sprzeciwu wobec zła i miłości bliźniego.
 
A jednak na kilkanaście przeczytanych przeze mnie streszczeń i recenzji (głównie angielskich i francuskich) w żadnym nie było nawet wzmianki o tym, co mnie wydało się jednym z naczelnych tematów powieści. Nie wiem, na ile jest to wina złowrogiego Google’a, który podsunął mi te, a nie inne wyniki, a na ile tłumaczenia książki albo percepcji i światopoglądu czytelników; wydało mi się to wszakże zjawiskiem niemal równie ciekawym jak sam „Las wisielców”.

piątek, 28 października 2016

Kocham zwierzęta, dlatego lubię je zabijać - "Sztuka życia i przetrwania", Hans-Otto Meissner (tłum. Adam Sznaper)



Czasem ludzie tworzą sobie różne listy, na przykład listę 100 najbogatszych Polaków, 20 najgroźniejszych ras psów albo 50 najlepszych heavymetalowych frontmanów wszech czasów, aby w ten arbitralny sposób jakoś zamknąć magmę naszej rzeczywistości w jakieś dające się pojąć ramy. Darzę wielkim podziwem twórców takich list, po pierwsze dlatego, że znają tyle ras psów, żeby zapełnić nimi dwadzieścia pozycji, a po drugie dlatego, że nie boją się narzucić swojego werdyktu innym. O ich dzielnym zdecydowaniu świadczy chociażby sformułowanie „wszech czasów” w kontekście jakże długiej, sięgającej nieledwie pomroki dziejów historii heavy metalu.

Dawno, dawno temu – kiedy ów zacny gatunek muzyczny dopiero raczkował – ludność zabawiała się robieniem list nieco innego rodzaju. List wyraźnie osobistych, subiektywnych, żeby nie rzec – ekshibicjonistycznych: list 10 najważniejszych książek w życiu danej osoby.

Gdyby ktoś kazał mi sporządzić taką listę – grożąc, że nie zdejmie mi kajdan ani nie da choćby skibki chleba, dopóki nie skończę – to pewnie trafiłaby na nią „Sztuka życia i przetrwania”, czyli gawęda o survivalu. Jest to książka po prostu wspaniała, która rozpaliła swego czasu moją ośmioletnią wyobraźnię równie mocno jak „Robinson Cruzoe” albo „Biały kieł”, ucząc mnie, że:

  • węże można jeść, byle najpierw obciąć im głowę,
  • alkohol (najlepiej osiemdziesięcioprocentowy rum) należy popijać tylko wieczorem, bo w ciągu dnia powoduje zmęczenie,
  • „traperską brodę” zapuszczają przeważnie nowicjusze, żeby imponować innym, sprawiając wrażenie, że znosili tak ogromne trudy, że nie mogli się ogolić,
  • nie ma nic groźniejszego niż ranny komar nosorożec,
  • jeśli zostawi się w strumieniu truchło łosia, następnego dnia będzie przy nim mnóstwo ryb, które można wyłapać i zjeść.


Pokazując mi pięć sposobów zawieszania garnka nad ogniem i dziesięć typów szałasów, „Sztuka życia i przetrwania” jednocześnie odmalowała romantyczną wizję nieulękłego człowieka, który poskramia naturę przede wszystkim dzięki zdrowemu rozsądkowi i pomysłowości. A chociaż różne rdzenne ludy zdarza jej się określić mianem „dzikich”, co współczesne oko razi, to jednocześnie o umiejętnościach owych „dzikich” wypowiada się z dużym szacunkiem i uznaniem, piętnując za to cywilizację, która czyni ludzi nieporadnymi w obliczu przyrody.

Przypomniała mi się ta książka z powodu „Globalii”. Jeden z bohaterów uwięzionych w idealnym świecie wiecznej konsumpcji natrafia tam na książkę „Walden, czyli życie w lesie”. „Walden” to dziewiętnastowieczny zbiór esejów filozoficznych niejakiego Thoreau, który – jak wskazuje tytuł – przez dwa lata żył w lesie. „Walden” jest utrzymany w tym samym duchu co „Sztuka życia i przetrwania”, a także „Globalia”. Wszystkie te książki krytykują cywilizację, która urabia ludzi według jednej matrycy, nie pozwalając im na prawdziwe poznanie siebie; wszystkie – mniej lub bardziej jawnie – upatrują szczęścia w powrocie do natury.
 
Bo tylko będąc blisko natury, człowiek w pełni czuje swoje nad nią zwycięstwo. Wystarczy, że uda mu się rozpalić ognisko wśród siąpiącej mżawki, a już może czuć się panem stworzenia.

czwartek, 20 października 2016

Zniewolenie umysłu i zanik umiejętności żucia - "Globalia", Jean-Christophe Rufin



Globalia jest rajem na ziemi. To świat, w którym nie ma konfliktów na tle narodowościowym – bo nie ma narodowości, lecz najwyżej ściśle określony zestaw dozwolonych kulturowych punktów odniesienia, które pozwalają postawić sobie w domu matrioszkę, jeśli miało się wśród przodków Rosjan.

Nie ma w Globalii ubóstwa, każdemu bowiem przysługuje minimalna płaca. Każdy ma absolutną wolność wyboru zajęcia i nikt nigdy nie jest zwalniany z pracy – najwyżej spotka go „przyspieszenie tempa rozwoju kariery”. Przyspieszenie tak gwałtowne, że kariera dobiega swojego końca w ciągu jednego dnia.

Nie ma w Globalii starych ludzi. Są tylko „ludzie wielkiej przyszłości”, dojrzali i stateczni, świadomi, że życie zaczyna się dopiero po setnych urodzinach i siódmej operacji plastycznej – a mimo to nie mogą nie patrzyć z zawiścią na przedstawicieli tego jednego promila społeczeństwa, którzy nie skończyli jeszcze trzydziestki.

Globalia jest idealną demokracją, gdzie wszystko jest rozstrzygane w drodze wyborów – na które nikt nie chodzi, bo gigantyczna machina światowego państwa napędza się sama. Obywatele zamiast tracić czas na politykę, wolą spędzić dzień w centrum handlowym albo przed ekranem reklamowym.

Życie w bezpiecznych strefach Globalii jest kolorowe i bezproblemowe, i tak miałkie, że aby całe społeczeństwo nie rozlazło się w szwach, decydenci (czyli szefowie wielkich koncernów) muszą od czasu do czasu stworzyć dlań nowego wroga – najczęściej jakąś grupę terrorystyczną – która postawi rozleniwionych ludzi do pionu i zjednoczy ich przy pomocy strachu.

A jest się czego bać, bowiem tuż za szklanymi kopułami Globalii rozciągają się postapokaliptyczne anty-strefy, gdzie ludzie żyją w biedzie, czcząc legendarnego przodka imieniem Frezer, który był kapłanem wielkiego boga Forda w świętym mieście Detroit. Globalia na zmianę ich bombarduje i zsyła im pomoc humanitarną, ale zwykli jej obywatele najczęściej mają bardzo mgliste pojęcie o ich istnieniu, bo świat w ogóle interesuje ich w niewielkim stopniu. Zajęci pobieżnym rozwijaniem coraz to nowych pasji i zakupywaniem niezbędnego sprzętu związanego z tymi pasjami, poprzestają na prostych przekazach medialnych, które utwierdzają ich w wierze, że żyją w najlepszym z możliwych światów.

http://www.actioncontrelafaim.org/
Autor „Globalii” angażował się swego czasu w działania humanitarne, był nawet przez pewien czas prezesem walczącej z głodem Action contre la faim. Bardzo dobrze widać te jego doświadczenia w tym, jak konstruuje świat przedstawiony "Globalii", podzielony grubą krechą na (anty)utopię i postapokalipsę. Świat sytości, kupionej za cenę konsumpcyjnej niewoli i wiecznej inwigilacji, graniczy ze światem skrajnego niedostatku – ale i romantycznej swobody, w którą można uciec.

„Globalia” nie jest bowiem antyutopią przygnębiającą jak „Rok 1984” albo „Nowy wspaniały świat”. Swoim bohaterom pozostawia furtkę eskapizmu w dzikie, nieskażone cywilizacją regiony. Brzmi to jednak z lekka fałszywie, bo i sami bohaterowie są w większości płascy i bierni, i bardzo bladzi w porównaniu ze światem, w którym się obracają. Aż szkoda mi strzępić na nich języka, niestety; jeśli ktoś zapadnie mi głębiej w pamięć, to raczej makiaweliczni antagoniści, którzy niemal do ostatniej strony sterują każdym ruchem bohaterów usiłujących wydostać się z zaklętego królestwa Globalii. Trudno, nie można mieć wszystkiego – a doprawdy niewdzięcznością byłoby narzekać w sytuacji, gdy Rufin naprawdę po mistrzowsku opisał dziesiątki mechanizmów i tendencji, ubarwiając je takimi szczegółami jak zanik umiejętności żucia (ze względu na starzenie się społeczeństwa przestawiono się na produkcję pokarmów płynnych i galaretkowatych) albo aktorki robiące sobie postarzające operacje plastyczne (bo młodość i naturalność są faszystowskie).

Dawno temu zdarzyło mi się natrafić na recenzję "Nowego wspaniałego świata", której autor bardzo się dziwił Huxleyowi, czemu tak krytycznie przedstawia wykreowaną przez siebie rzeczywistość. Bo jak to - każdy ma co jeść, każdy wykonuje pracę, która mu się podoba, bo został tak uwarunkowany, żeby ją lubić, każdy może wziąć udział w orgii, czegóż więcej chcieć? Mówiąc szczerze, recenzja przygnębiła mnie dalece bardziej niż cały "Nowy wspaniały świat". To uczucie powróciło przy lekturze książki Rufina.

Bo prawda jest taka, że już teraz żyjemy w Globalii.

niedziela, 9 października 2016

Metafikcja? To elementarne, drogi Watsonie - "Dobrego złodzieja przewodnik po Amsterdamie" (Chris Ewan, tłum. Jan Rybicki)

Pora znów napisać o zjawisku w literaturze równie powszechnym jak suche gałązki, które trzaskają pod stopami akurat w chwili, gdy bardzo chce się zachować ciszę – i równie rzadko dostrzeganym.

Metafikcja ma wiele twarzy i form, ale ogólnie rzecz biorąc sprowadza się do tego, że utwór sygnalizuje nam, że jest utworem – że został napisany, czyli stworzony, i że ma zostać przeczytany, czyli odtworzony. Do tej samej szajki co metafikcja należy metalepsa, co – przyznaję – brzmi jak jakaś nieprzyjemne choroba układu nerwowego. Chora na metalepsę literatura rzuci w nas na przykład postacią upierającą się, że to ona napisała książkę, którą trzymamy w rękach. Bardziej fachowo rzecz ujmując – metalepsa to zatarcie granic między rzeczywistością empiryczną (w której żyjemy), rzeczywistością przedstawioną (o której czytamy) i rzeczywistością narratora (która na ogół plasuje się gdzieś pomiędzy).

Może ktoś pomyśleć, że taki teoretyczno-literacki wygibas występuje tylko w dziełach ambitnych lub aspirujących do tego miana, ale wcale tak nie jest. Metafikcja trzyma się mocno w tak popularnym gatunku, jakim jest kryminał.

Przykładem oczywistym są przygody Sherlocka Holmesa pozują na relacje spisane przez naocznego świadka geniuszu detektywa, doktora Watsona. U Agathy Christie od metafikcji jest aż gęsto: pojawia się nie tylko watsonowaty Hastings, narrator niektórych historii o zarozumiałym cudzoziemcu Herkulesie Poirot, ale też Ariadne Oliver, autorka kryminałów narzekającą na stworzoną przez siebie zarozumiałego cudzoziemca Svena Hjersona, którego czytelnicy nie wiedzieć czemu uwielbiają. No i wreszcie jest Chris Ewan i jego „Dobrego złodzieja przewodnik po Amsterdamie”.

Przewodnik OZM po Amsterdamie: Uważajcie na papugi. Czają się nad każdym kanałem. Naprawdę.
 
Książka zdaje się pełnymi garściami czerpać z tradycji kryminałów. Stosuje nawet klasyczne rozwiązanie akcji, pozwalając głównemu bohaterowi monologować przez dwa rozdziały i przedstawić cały swój tok rozumowania uważnemu audytorium złożonemu ze wszystkich podejrzanych. W pierwszej chwili Ewan może wydawać się nieortodoksyjny, robiąc swojego protagonistę złodziejem, ale i to przecież smakuje Arsene’em Lupinem.

Złodziej nazywa się Charlie i jest Anglikiem mieszkającym czasowo w Amsterdamie, gdzie dostaje zlecenie na kradzież dwóch pozornie bezwartościowych małpek z gipsu – po czym znajduje swojego zleceniodawcę pobitego na śmierć. Jako kryminał „Przewodnik” sprawdza się nieźle: szybkie zwroty akcji, dowcipna i błyskotliwa narracja, w miarę logiczne rozwiazanie zagadki i posępny Amsterdam pełen posępnych kanałów i posępnych słoneczników Van Gogha. Ale jest jeszcze coś.

Otóż Charlie jest nie tylko złodziejem i detektywem-amatorem – jest również autorem kryminałów. Bohater jego kryminałów – co za niespodzianka – również jest złodziejem i detektywem-amatorem. Na tym ciąg się kończy, nie ma więc niestety nieskończonej metafikcyjnej studia kolejnych złodziejopisarzy piszących książki o złodziejopisarzach. Metafikcja i metalepsa sięgają w „Przewodniku” nie tylko w głąb, ale na zewnątrz, ponieważ Charlie po długim i bezskutecznych zmaganiach z bzdurą, którą palnął w najnowszym kryminale, postanawia zupełnie go zarzucić i zamiast go poprawiać, po prostu opisać swoją przygodą z gipsowymi małpkami w Amsterdamie. Efektem tego postanowienia jest – jak nam sugeruje – książka, którą właśnie mamy w rękach.

Bardzo to prosty przykład metafikcji, żeby nie rzec – prymitywny, jego celem bowiem nie jest refleksja nad naturą literatury kryminalnej, tylko coś wręcz odwrotnego: na wpół żartobliwe przybliżenie rzeczywistości przedstawionej do rzeczywistości empirycznej. I właśnie na tym poziomie książka zaczyna się trochę sypać.

Charlie ma agentkę, z którą prowadzi długie rozmowy przez telefon. Opowiada jej nie tylko o mękach twórczych, nie tylko o swoim śledztwie, ale nawet o złodziejskich eskapadach. Jej też na koniec zwierza się z zamiaru opisania całej sprawy jako powieści. Zaufanie, jakim ją obdarza, choć nigdy w życiu nie widział jej na oczy, jest tak zadziwiające, że mocno nadweręża zaufanie czytelnika. Czyli moje.

Wiadomo, OZM jak zwykle narzeka, snując rozdęte teorie, a przecież „Przewodnik” jest w sumie przyjemnym, choć zachowawczym kryminałem. Przywiódł mi jednak na myśl „Zabójstwo Rogera Ackroyda”. Kto czytał, ten wie – kto nie czytał, niech zrobi to czym prędzej, bowiem książka ta jak żadna inna obnaża zasady funkcjonowania kryminałów. Uświadamia, że narrator w nich jest jak iluzjonista, który wymyślnym gestem jednej ręki odwraca uwagę publiczności od drugiej, którą wyjmuje z kieszeni monetę: jedne rzeczy uwypukla, o innych ledwo napomyka, a jeszcze inne przemilcza, tylko po to, aby czytelnik nie domyślił się prawdy, póki nie nadejdzie właściwy czas.

sobota, 1 października 2016

Brud, smród i wampiry - "Vampire de Ropraz" (Jacques Chessex)



Malutkie to dziełko – gdyby nie rozstrzelona czcionka i marginesy szerokości kanału La Manche, zmieściłoby się pewnie na trzydziestu stronach – dowodzi, że Szwajcaria u progu XX wieku była zapadłą dziurą żywcem wziętą z Lovecrafta, gdzie plenią się plugastwo, ignorancja, przesądy, zdegenerowany kalwinizm, kazirodztwo i chów wsobny oraz inne skrzętnie skrywane wynaturzenia, a ciemny lud w każdej chwili gotów jest chwycić za widły i pochodnie, domagając się śmierci dla wampira.

"Venerina" - Clemente Susini (Źródło)
Fabuła jest ponoć oparta na faktach, o czym książka nie pozwala nam zapomnieć, zachowując chłodny styl dziennikarskiej relacji, cytując artykuły prasowe i skrupulatnie zaznaczając momenty, w których wkracza na teren domysłów. Zaczyna się od śmierci młodej dziewczyny, nie ona jednak jest wampirem. Wampir nie wychodzi w tej historii z grobu – wręcz przeciwnie, on groby plądruje, gwałcąc i nadgryzając zwłoki młodych kobiet, a efekty jego działań opisywane są z obrzydliwą dokładnością. Podejrzenie pada na ociężałego umysłowo parobka, przyłapanego w oborze na zoofilii. Poznajemy jego trudne i głodne dzieciństwo, dowiadujemy się, że w przeszłości sam był molestowany – narrator jednak nigdy nie precyzuje, czy to rzeczywiście on był straszliwym wampirem z Ropraz.

Bo nie ma to większego znaczenia. Liczy się to, że wszyscy go za wampira uważali: i ciemny lud, wymachujący widłami, i tajemnicza kobieta, która odwiedzała go w więzieniu, podniecona otaczającą go aurą śmierci. I tak jak wcześniej wampir nie wychodził z grobu, tylko się do niego włamywał, tak teraz nie jest napastnikiem, lecz ofiarą czyjejś lubieżności.

Parobek wyszedł na wolność i ślad po nim zaginął. Wiele wskazuje jednak na to, że później walczył podczas pierwszej wojny światowej, został pochowany w grobie nieznanego żołnierza i teraz przy jego ciele składa się uroczyście kwiaty. Czy rzeczywiście to on tam spoczywa? Czy rzeczywiście był nie tylko zoofilem, ale i „wampirem”?
 
Nie ma to większego znaczenia. Liczy się to, za co go wszyscy uważają.